wtorek, 15 sierpnia 2017

Sam głos był piosenką

Wróciła z twarzą mokrą od deszczu. Trzymała w ręce płytę. Stella natychmiast rozpoznała w niej płytę schowaną w starym kufrze. Zerknęła na równo ułożony plik albumów na półce. Muzyka klasyczna. Każdego roku na urodziny żony William kupował jej nową płytę, a ona zawsze była zadowolona. Stela słyszała, jak Grace mówiła pannie Spinks, że mąż wie lepiej niż ona sama, jaka muzyka jej się podoba. 
Wyjmując płytę z okładki, matka szła w stronę gramofonu. Uśmiechnęła się tajemniczo, podniosła wieko adapteru i umieściła płytę na krążku. Uruchomiła tez specjalne urządzenie Williama, służące do czyszczenia płyt podczas odtwarzania.
Stella usłyszała odgłos osiadania igły na płycie i miarowe trzaski poprzedzające pierwszy dźwięk. Ze zdumieniem uniosła głowę, gdy mocny, piękny głos zabrzmiał w pokoju. 
Głos kobiety.
Gładki jak atłas, głęboki i dźwięczny, pełen emocji. Stella nie potrafiła wyłowić słów, ale to nie miało żadnego znaczenia.
Sam głos był piosenką. Czuła, jak wnika w jej ciało, dotyka duszy. Szalony, nieokiełzany...
Popatrzyła na matkę. Grace stała pośrodku pokoju zagubiona w dźwiękach. Zamknęła oczy i poruszała nieznacznie biodrami w rytm muzyki. Dziewczyna widziała, że ta piosenka przenosi matkę w przeszłość, do innego życia.

Katherine Scholes - Kamienny anioł. Świat Książki, Warszawa 2007, s. 180-181, tłum. Ewa T. Szyler

sobota, 5 sierpnia 2017

Za czym kolejka ta stoi?

Po prostu wstawałaś znacznie wcześniej. Zajmowałaś kolejkę przed otwarciem sklepu. Przed świtem. Na mrozie. Na smagającym śniegiem wietrzysku. W wilgotnej, przenikającej do szpiku kości mgle. Po żółty serek. Po wędzoną rybkę. Po wszystko, mamo. Dla mnie. Nóżka i pierś dla mnie, dla ciebie skrzydełko.
Buntowałam się przeciwko twemu poświęceniu. Ale nie za długo. Po prostu z czasem przyzwyczaiłam się, że ty skrzydełko, a ja udko. Przestałam zwracać uwagę na to, co jesz i ile jesz.

Za czym kolejka ta stoi?
Po szarość, po szarość, po szarość.
Na co w kolejce tej czekasz?
Na starość na starość, na starość...
Co kupisz, gdy dojdziesz? 
Zmęczenie, zmęczenie, zmęczenie...


E. Bryll, Psalm dla stojących w kolejce, śpiew Krystyna Prońko, 1981.

Ewa Ostrowska - O zmierzchu. Oficynka 2017, s. 33


środa, 2 sierpnia 2017

Zostań ze mną, piosenko...

Zostań ze mną, piosenko,
Któż czoło pomarszczone
Pogładzi lekką ręką?

Zostań dźwięku cichutki,
Zostań, słowo polotne,
Żeby moje czekanie
Nie było takie samotne.

Na kamieniu, na skale
Rosa siada kroplami,
Chłodem spada na czoło
Ciche słowo z nutami.

Z nutami nuconymi
Na dalekim Podhalu,
Zostań ze mną, piosenko,
Żebym nie miał żalu…

Pośpiewamy po trochu,
Pomyślimy, kochana,
Zostań, piosnko, tu przy mnie
Aż do samego rana.

Nocą gwiazdy wysokie
Spać nie dają mi wcale,
A może to nie gwiazdy,
Może smutki czy żale?

Za tym życiem spłyniętym,
Za tym życiem straconym,
Za tym sianem pachnącym,
Za księżycem zielonym.

W samotności, w starości,
Gdy się nie śpi nocami,
Słychać, idą kosiarze,
Brzęczą piosnki kosami.

Aż do rana tak chodzą
Pod moimi oknami,
A o świcie o trawę
Uderzają kosami.

Zostań ze mną do świtu,
Śpiewaj ze mną, piosenko,
Aż mnie kosiarz zielony
Uderzy mocną ręką.


Jarosław Iwaszkiewicz


sobota, 29 lipca 2017

Emma znalazła się w świecie swej młodości, w pełni lektury Waltera Scotta...

Tymczasem zapłonęły świece w orkiestrze. Żyrandol opuścił się z sufitu i rzucił na sale wraz z migotaniem kryształów nagłą radość. Jedni po drugich weszli muzykanci i rozległo się, zrazu bezładne, dudnienie basów, piski skrzypiec, trąbienie kornetu, kwilenie fletów i flażolety. Wtem usłyszano trzy głuche uderzenia na scenie. Zabrzmiały kotły, rozległy się dźwięki trąb, kurtyna podniosła się odsłaniając krawędź lasu. W cieniu dębu, z lewej, znajdowało się źródło. Włościanie i panowie z pledami przerzuconymi przez ramie śpiewali razem myśliwską piosenkę, po czym nadszedł jakiś wódz, który wzywał anioła ciemności, wznosząc w górę oba ramiona; zjawił się drugi i odeszli razem, a strzelcy znów zaczęli śpiewać.
Emma znalazła się w świecie swej młodości, w pełni lektury Waltera Scotta. Zdało się jej, że słyszy wśród mgły dźwięk szkockiej kobzy na wrzosowiskach. Znajomość powieści ułatwiała jej zrozumienie libretta; śledziła intrygę zdanie po zdaniu, a nawiedzające ją myśli rozpierzchały się wnet pod falami muzyki. Kołysana melodią, czuła, że sama wibruje cała, jakby smyczki skrzypiec przesuwały się po jej nerwach. Nie mogła się dość napatrzyć kostiumom, dekoracjom, postaciom, malowanym drzewom, które drżały, gdy przechodzono koło nich; aksamitnym toczkom, płaszczom, szpadom i wszystkim tym urojeniom ożywającym wśród dźwięków muzyki jak gdyby w atmosferze z innego świata. Wtem wysunęła się naprzód młoda kobieta, rzucając sakiewkę zielonemu masztalerzowi. Została sama i rozległ się wówczas głos fletu, podobny do szmeru strumyka i do świergotu ptaków. Łucja zaintonowała śmiało swa Cavatine G-dur.
Skarżyła się na nieszczęsną miłość i prosiła o skrzydła. Emma również pragnęła uciec od życia, odlecieć w jakimś uścisku. Wtem zjawił się Edgar Lagardy. Miał tę olśniewającą bladość, która użycza płomiennym rasom południa majestatu marmurów. Krzepka jego kibic ujęta była w obcisły kaftan brunatnej barwy, mały cyzelowany sztylet zwisał mu nad lewym udem, rzewnie przewracał oczyma, pokazując białe zęby. Powiadano, że pewna polska księżniczka zakochała się w nim słuchając, jak śpiewał kiedyś na plaży w Biarritz, gdzie naprawiał szalupy. Zrujnowała się dla niego. Porzucił ja dla innych kobiet, a rozgłos tych miłostek przydawał tylko sławy jego sukcesom artystycznym. Kabotyn-dyplomata, ilekroć reklamował swą osobę, nie omieszkał nigdy przemycić jakiegoś poetycznego zdania o uroku swej postaci i tkliwości duszy. Piękny głos, niezachwiana pewność siebie, więcej temperamentu niż inteligencji i więcej emfazy niż liryzmu, oto co przydawało blasku temu wspaniałemu okazowi szarlatana, w którym było coś z fryzjera i coś z toreadora.
Od pierwszej sceny wzbudził entuzjazm. Tulił Łucję w ramionach, opuszczał ją, powracał, zdawał się być zrozpaczony; zionął gniewem, potem wywodził elegijne jęki o niezrównanej słodyczy, a tony wymykały się z jego obnażonej szyi pełne łkań i pocałunków. Emma, drąc paznokciami aksamit loży, wychylała się, by go lepiej widzieć. Serce jej wypełniało się owymi melodyjnymi skargami, rozbrzmiewającymi przy akompaniamencie kontrabasów jak wołania rozbitków w zgiełku burzy. Stanęły jej w pamięci wszystkie upojenia, wszystkie męki, które ją niemal o śmierć przyprawiły. Głos śpiewaczki zdawał się jej jedynie oddźwiękiem własnych uczuć, a złuda, która ja czarowała, cząstką jej życia. Lecz nikt na świecie nie kochał jej taką miłością. On nie płakał jak Edgar, gdy w blasku księżyca mówili sobie ostatniego wieczoru: "Do jutra! Do jutra!..." Sala grzmiała od oklasków. Powtórzono całą strette. Kochankowie mówili o kwiatach na swych grobach, o przysięgach, wygnaniu, złym losie, nadziejach, a gdy zaintonowali pożegnalny finał, Emma wydała przenikliwy 
okrzyk, który wplatał się w wibracje ostatnich akordów.


Gustaw Flaubert - Pani Bovary. s. 188-190; przekład - Aniela Micińska. Tom 3 z Kolekcji Hachette, wydany w porozumieniu z wydawnictwem Świat Książki



Lucia di Lammermoor - Scena e cavatina: Regnava nel Silenzio

wtorek, 18 lipca 2017

Jak pani wie, muzyka roznosi choroby nieuleczalne

Droga pani Schubert, w młodości często chorowałem na operę. Operę tragiczną, która dosypuje do życia trucizny, przebija sztyletem strach, ginie w pojedynku, popełnia samobójstwo. Podziwiałem śpiewaków, którzy ratowali honor sopranu. Kiedy z arii wydobywał się ogień, wzywali na pomoc fabułę i inne cudaczne desenie sztuki. Jak pani wie, muzyka roznosi choroby nieuleczalne: nokturny, serenady, symfonie, urojenia smyczkowe. Jako pacjent sal koncertowych biegle nimi władam.

Ewa Lipska: Pęknięte oko czasu (Droga pani Schubert...). Wydanie dwujęzyczne: polsko-francuskie. Przekład Elżbiety Jogałły. Wydawnictwo Austeria, Kraków-Budapeszt 2017, s. 76

sobota, 15 lipca 2017

Julia Hartwig - Gdzie są melodie...

Julia Hartwig

Gdzie są melodie po prostu melodie
Kiedyś czerpano je jak wodę ze strumieni
budzono nimi i przy nich zasypiano
Gdzie są te melodie
Ach głowo jakże jesteś pyszna
kiedy wszystko chcesz wyprowadzać z siebie
Gorgono słyszę syk twoich wężów
próbujących powrócić do swoich ziemskich gniazd

Julia Hartwig (14 sierpnia 1921 - 14 lipca 2017)


czwartek, 9 lutego 2017

Lubiłem śpiewać tę pieśń, bo sama myśl o czymś gorszym niż śmierć ogromnie działała na moją wyobraźnię.

— A więc, Leo, co zaśpiewasz? — spytała Marian. Mówiła swoim naturalnym głosem, jakby nikogo więcej nie było na sali i wcale nie było ważne, czy ktoś jest.
Przewidując powrót na miejsce, katastrofalny brak oklasków i przeszywające mnie do głębi poczucie klęski, powiedziałem bezradnym głosem:
— Ale nie mam nut.
Uśmiechnęła się promiennie, co jeszcze do tej pory pamiętam, i powiedziała:
— Może będę potrafiła akompaniować bez nut. Co to jest?
— Młody minstrel.
— Moja ulubiona pieśń — rzekła. — W jakiej tonacji?
— W tonacji A — powiedziałem dumny z tak wysokiej tonacji, a jednocześnie obudziła się we mnie obawa, czy zdoła zagrać w takiej tonacji.
Nic na to nie powiedziała, tylko zdjęła pierścionek z palca i położyła go z głębokim zastanowieniem na fortepianie. Następnie usiadła pośród szelestu jedwabnej spódnicy, który zdawał się unosić w górę niczym perfumy, i zagrała wstępne takty.
Chyba tym razem nie miałem powodu, aby odczuwać wdzięczność za to drugie wybawienie, truchlałem bowiem jak nigdy, żeby się nie ośmieszyć publicznie. Za pierwsze — miałem powody: dużo trudu sobie zadała, abym wypadł jak należy. Za drugie — nie jej samej należałoby się moje podziękowanie, ale jej talentowi. A jednak, wydaje mi się, ceniłem tę drugą interwencję bardziej, bo to nie jej dobroć mnie uratowała, tylko jedna z jej łask. Nie wiem, czy toczyłbym walkę o dobroć, ale o łaskę tak, co zresztą czyniłem. Kiedy mój głos wznosił się coraz wyżej, nie miałem wątpliwości, kto się wznosi i dlaczego. To ja się wznosiłem... dla niej. Ona była krainą mej pieśni. Chyba żaden żołnierz nie poświęcał swojego życia z takim oddaniem jak ja — wyczekiwałem śmierci, za nic w świecie nie chciałbym, aby mnie ominęła. Jeśli chodzi o moją harfę, to nie mogłem się doczekać chwili, kiedy będę mógł zerwać struny. Nie powinna nigdy rozbrzmiewać w niewoli i, szczerze mówiąc, wcale tak nie było.
Znałem tę pieśń tak dobrze, że wcale nie musiałem myśleć o śpiewaniu. Moje myśli miały pełną swobodę, mogły wędrować tam gdzie im się żywnie podobało, mogłem — nie tak jak inni śpiewacy, którzy musieli patrzeć w nuty — odwrócić się twarzą do słuchaczy, a jednocześnie widzieć palce Marian na klawiaturze, błysk jej białych ramion i bielszej jeszcze szyi i wyobrażać sobie, że chętnie złożyłbym jej w ofierze nie tylko jedną moją śmierć, lecz całą ich serię. Każda oczywiście, była bezbolesna — korona bez krzyża.
Sądząc po milczeniu na sali odnosiłem wrażenie, że idzie mi dobrze, ale nie byłem przygotowany na taką burzę oklasków, które w zamkniętym pomieszczeniu robiły o wiele silniejsze wrażenie. Wirowało mi od nich w głowie silniej niż od apluazu, jaki powitał piłkę, którą udało mi się złapać. Nie wiedziałem jednak — dopiero później się o tym przekonałem — że co prawda nie uznano mnie za głupca z tego powodu, że wszedłem na podium bez nut, ale uznano mnie za ryzykanta. Zapomniawszy się skłonić, stałem sztywno, gdy tymczasem rozległ się tupot nóg i wołanie o więcej. Marian nie stanęła obok mnie, siedziała nadal przy fortepianie z lekko pochyloną głową. Znowu czując się zagubiony. podszedłem do niej i co prawda z trudem, ale udało mi się przyciągnąć jej uwagę. Powiedziałem całkiem niepotrzebnie:
— Chcą, żebym znowu coś zaśpiewał.
— Co możesz zaśpiewać? — spytała nie podnosząc oczu.
— Mogę zaśpiewać pieśń Aniołowie wiecznie radośni i piękni, tylko że to pieśń religijna.
Na jej poważnej twarzy pojawił się uśmiech, po chwili jednak powiedziała krótko i w tak charakterystyczny dla niej sposób:
— Chyba nie będę ci mogła służyć pomocą. Nie znam do tego akompaniamentu.
Ziemia mi się rozstąpiła pod nogami, ogromnie bowiem chciałem powtórzyć swój triumf, a byłem tak zemocjonowany, że całkiem zabrakło mi sił dla stawiania czoła przeciwnościom. Starałem się jednak tak zachować, jakby mnie to w ogóle nie obeszło, gdy nagle z sali dobiegł głos o mocnym miejscowym akcencie:
— Chyba mam te nuty przy sobie — i już po chwili mówiący znalazł się na podium z zeszytem w podartej papierowej okładce, który zatytułowany był, do dziś pamiętam: Popularne pieśni.
— Opuścimy pierwszą zwrotkę? — spytała Marian, ale prosiłem, by mi pozwoliła zaśpiewać.

     Zaiste już śmierć wolę!
     Prowadźcie straże,
     Na łoże tortur mnie prowadźcie czy w płomienie,
     Wielką mi uczynicie łaskę.

Tak brzmiał motyw, zakończony jak zwykle u Händla pom... pom... Z dumą to zaśpiewałem, przez cały czas była to tonacja molowa, a interwały ogromnie zaskakujące. Sam byłem wystarczająco muzykalny, aby wiedzieć, że bez tego urocza melodia, która potem następowała, nie byłaby tak efektowna. Lubiłem śpiewać tę pieśń, bo sama myśl o czymś gorszym niż śmierć ogromnie działała na moją wyobraźnię.
Młody minstrel wybrał się po śmierć, lecz bohaterce tej pieśni groziło coś gorszego niż śmierć. Co to było, nie miałem pojęcia, ale przy mojej pasji doszukiwania się niezwykłości, rozmyślałem o tym w uniesieniu. Poza tym to pieśń kobieca i czułem, że doświadczam tych ciężkich przeżyć nie tylko dla Marian, ale razem z nią... Razem stawaliśmy wobec losu gorszego niż śmierć, razem wznosiliśmy się ku naszej apoteozie:

     Wiedźcie mnie, jaśni anieli,
     W szatach nieskalanej bieli.
     Unieście mnie w swe dziedziny,
     Strzeżcie jak słabej dzieciny,
     Strzeżcie jak słabej dzieciny.

Cała moja istota przepojona była wizją aniołów, szat, dziewictwa i bieli, przeciągającą się w nieskończoność, i poczuciem wznoszenia się ku niebiosom, które to poczucie z przemożną siłą potęgowała muzyka i jej coraz wyższe tony. Ale głos mój nie wyrażał tych uczuć, miałem bowiem do śpiewu wcale nie mniej poważny stosunek niż do krykieta — z żadnymi uczuciami nie należy się zdradzać.
Marian pozostała chwilę przy fortepianie, abym sam przyjmował oklaski. Ponieważ jednak nie milkły, lecz się nasilały, nagle wstała i ująwszy mnie za rękę skłoniła się słuchaczom, następnie puściła moją dłoń, odwróciła się i nisko skłoniła.
Wróciłem na miejsce...

L.P. Hartley - Posłaniec. PIW, seria KIK, Warszawa 1978, tłumaczenie: Ryszarda Grzybowska

czwartek, 2 lutego 2017

Kalina, wielka diwa polskiej piosenki

KALINA®



Bąbelki, brązowy kolor, biała czcionka na czerwonym tle – to Coca-Cola. Przymknięte powieki, pełne usta, zmysłowy szept – to Kalina, wielka diwa polskiej piosenki. Co je łączy? Obie są znakami towarowymi.
Oto opowieść o kobiecie, która nie chciała być postrzegana jako człowiek, a jako zjawisko nieskrępowane regułami rządzącymi światem – choć los nawet na chwilę nie pozwalał jej zapomnieć, że wciąż jest jednak śmiertelna.
O konstruktorce własnego mitu, która zżymała się na jego użycie. O wielkiej falsyfikatorce, która najbardziej bała się zamknięcia w jednej formie. O micie, lepionym z ról, prasy, anegdot, wspomnień kochanków i męża – Pigmaliona. O kobiecie – matrioszce, choć, jak mówiła, matrioszki ją przerażają. Wreszcie – o znaku towarowym, używanym i reprodukowanym w kolejnych opowieściach.
Znaku, który chciał być słuchany i pragnął zrozumienia.
Czy dostanie je od nas?

Koncepcja, wybór piosenek, wykonanie: ANNA MIERZWA
Reżyseria: AGATA BIZIUK
Tekst, dramaturgia: MAGDALENA ZANIEWSKA
Aranżacje muzyczne: KRZYSZTOF “WIKI” NOWIKOW
Scenografia i kostiumy: JUSTYNA PRZYBYLSKA
Ruch sceniczny: KAMIL GUZY
Video: KRZYSZTOF BLOK
Inspicjent: AGNIESZKA RYDELLEK

Zespół muzyczny:
KRZYSZTOF “WIKI” NOWIKOW (gitara)
MIESZKO ŁOWŻYŁ (perkusja)
STANISŁAW PAWLAK (instrumenty klawiszowe)
PIOTR „MAX” WIŚNIEWSKI (gitara basowa)
Spektakl realizowany przez Annę Mierzwę w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Młoda Polska”.
Spektakl bierze udział w 23. edycji Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Materiał o spektaklu pochodzi ze strony Teatru Nowego w Poznaniu

piątek, 27 stycznia 2017

Głos jej przypominał głos dziecka, głos ptaka, naturalny, czysty, łagodny.

– Nazywam je krainą ain – błysnęła oczami w jego kierunku nieufnie i wyzywająco.
– Czy to jest w ich języku?
– Nie – zaprzeczyła niechętnie. – To z piosenki.
– Z jakiej piosenki?
– Był kiedyś w naszym szkolnym zespole taki jeden, który to śpiewał, i przyczepiło się do mnie. Nawet połowy nie mogłam zrozumieć. To jest chyba po szkocku. Nie wiem nawet, co oznacza „ain”. – W zażenowaniu mówiła tak, jakby była zła.
– Zaśpiewaj – poprosił Hugh bardzo cicho.
– Połowy słów nie znam – odparła i wtem nie patrząc w jego stronę zaśpiewała:

          Kiedy w pączku kuli się kwiat
          i drzewo się liśćmi okrywa,
          wiedzie mnie w dom skowronka śpiew,
          do ain krainy mnie wzywa.

Głos jej przypominał głos dziecka, głos ptaka, naturalny, czysty, łagodny. Ten głos i ta tęskna melodia sprawiły, że włos jeżył mu się na głowie, oczy zaszły mgłą i drżenie lęku czy rozkoszy przeszło przez ciało. Dziewczyna podniosła wzrok, wpatrując się w niego pociemniałymi oczami. Uzmysłowił sobie, że wyciągnął rękę w jej stronę, żeby uciszyć śpiew, chociaż nie chciał, żeby przestała, nigdy nie słyszał równie słodkiej melodii.
– Nie powinno się... nie powinno się tutaj śpiewać – powiedziała szeptem. Popatrzyła wokół, a potem znów na niego. – Nigdy dawniej nie śpiewałam. Do głowy mi nie przyszło. Dawniej tańczyłam. Ale nie śpiewałam nigdy...

Ursula le Guin - Miejsce początku. Wydawnictwo Iskry 1987, s. 105; tłumaczenie Macieja Buszewicza

wtorek, 24 stycznia 2017

Wraz z Phillym ryczymy nasze ulubione piosenki...

  Chowam się. Zachowuję się jak zbieg, którego wspólnikami są Philly i J.P. Co wieczór chodzimy do starej kawiarni o nazwie Peppermill na Stripie. Pijemy hektolitry kawy, zajadamy się ciastem i gadamy, gadamy bez końca - oraz śpiewamy. J.P. niedawno właśnie zrobił istotny krok w życiu i z pastora przeistoczył się w muzyka - kompozytora. Przeprowadził się do Orange County i poświęcił się muzyce. Wraz z Phillym ryczymy nasze ulubione piosenki, aż pozostali klienci kawiarni odwracają się i patrzą na nas.
   J.P. jest również pozbawionym złudzeń satyrykiem, wielbicielem Jerry'ego Lewisa i często robi jakiś slapstickowy numer, aż Philly i ja nie możemy złapać tchu ze śmiechu. Wtedy staramy się przebić J.P. Tańczymy wokół kelnerek, pełzamy po podłodze i w końcu śmiejemy się we trójkę tak mocno, że może to skończyć się zapaścią. Śmieję się częściej, niż kiedy byłem chłopcem i chociaż jest to dość histeryczny śmiech, to i tak ma właściwości terapeutyczne. Śmiech przez kilka godzin późnym wieczorem sprawia, że czuję się jak dawny Andre, choć zupełnie nie znam tej osoby.

Andre Agassi - Open. Autobiografia tenisisty. Wydawnictwo Bukowy Las, Wrocław 2012, s. 158; przełożył Jarosław Rybski

środa, 18 stycznia 2017

Na koniec przychodzi mi do głowy, że prawdziwym ruchem świata może być śpiew.

Dziennik ruchu świata nr 4

   Chór, jakie to piękne

   Wczoraj po południu był występ szkolnego chóru. W mojej szkole mieszczącej się w szykownej dzielnicy działa chór. Nikt nie uważa tego za obciach, wszyscy biją się, żeby do niego należeć. To stowarzyszenie najwyższej klasy. Pan Trianon, nauczyciel muzyki, starannie dobiera chórzystów. Powodem sukcesu jest on sam. Młody i piękny, uczy śpiewać zarówno stare standardy jazzowe, jak i ostatnie hity. Wszyscy się stroją jak stróż w Boże Ciało i chór występuje przed uczniami szkoły. Zaprasza się tylko rodziców chórzystów, inaczej byłoby zbyt tłoczno. I tak sala gimnastyczna jest pełna i panuje w niej fantastyczna atmosfera.
[...]
Pan Trianon wdrapał się na taboret, plecami do publiczności, podniósł rodzaj pałeczki z migocącym czerwonym światełkiem na końcu, zapadła cisza i zaczął się koncert.
   Za każdym razem zdarza się cud. Wszyscy ci ludzi, wszystkie te zmartwienia, wszystkie nienawiści i pragnienia, cale to zamieszanie, cały ten rok szkolny z jego wulgarnością, wydarzeniami mniej i bardziej znaczącymi, nauczycielami, różnorodnymi uczniami, całe to życie, w którym tak się męczymy, a na które składają się łzy, śmiech, walka, zerwania, zawiedzione nadzieje i niespodziewane szanse - wszystko to nagle znika, kiedy chórzyści zaczynają śpiewać. Bieg życia tonie w śpiewie, pojawia się nagle poczucie braterstwa, głębokiej solidarności, nawet miłości, i ta doskonała łączność duchowa rozpuszcza brzydotę codzienności. Nawet twarze śpiewaków są zmienione. Już nie widzę Achille'a Grand-Ferneta (który ma bardzo piękny tenor) ani Deborah Lemeur czy Ségolène Rachet ani Charles'a Saint-Sauveura. Widzę ludzkie istoty, które oddają się śpiewowi.
   Za każdym razem jest tak samo, mam ochotę płakać, coś mnie ściska za gardło, staram się z całych sił zapanować nad sobą, ale czasami ledwo powstrzymuję łkanie. A kiedy słyszę kanon, patrzę w ziemię, bo emocje są zbyt wielkie. To zbyt piękne, zbyt samotne, zbyt cudownie zespalające. Nie jestem już sobą stanowię część szlachetnej całości, do której należą także inni, i w tym momencie zawsze się zastanawiam, dlaczego to nie reguła codzienności, a tylko wyjątkowa chwila śpiewu.
   Kiedy chór milknie, wszyscy z rozświetlonymi twarzami oklaskują promiennych chórzystów. To takie piękne.
   Na koniec przychodzi mi do głowy, że prawdziwym ruchem świata może być śpiew.


Muriel Barbery - Elegancja jeża. Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, Warszawa 2008, s. 219-221; tłumaczenie Ireny Stąpor

wtorek, 17 stycznia 2017

najpiękniejsze dzieło operowe świata

   Nagle zdaję sobie sprawę, że słychać muzykę.
   Dźwięk nie jest bardzo głośny, a wydobywa się z niewidzialnych głośników, które rozpraszają go po całej kuchni.

   Thy hand, lovest soul, darmness shades me,
   Only thy bossom let me rest.
   When I am laid in earth
   May my wrongs create
   No trouble in thy breast.
   Remember me, remember me,
   But ah! Forget my fate.

   To śmierć Dydony w Dydonie i Eneaszu Purcella. Jeśli chcecie znać moje zdanie - najpiękniejsze dzieło operowe świata. Nie tylko urodziwe, ale także wzniosłe, a to dzięki niewiarygodnej bliskości dźwięków, jakby trzymała je razem jakaś niewidzialna siła i jakby - chociaż każdy inny - stapiały się w jeden, na granicy możliwości głosu ludzkiego, niemal zahaczając o zwierzęcy jęk; ale krzyki zwierząt nigdy nie osiągną takiej urody, urody zrodzonej z obalenia artykulacji fonetycznej i z poniechania precyzji, z którą język zwykle rozróżnia dźwięki.
   Zakłócić tempo kroków, stopić dźwięki.
   Sztuka to życie, ale w innym rytmie.


Muriel Barbery - Elegancja jeża. Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, Warszawa 2008, s. 333-334; tłumaczenie Ireny Stąpor

niedziela, 25 września 2016

A dźwięki muzyki poprzez ruch powietrza dotykają ciała...

A dźwięki muzyki poprzez ruch powietrza dotykają ciała: swym czystym brzmieniem pobudzają ulotną energię, która spaja ciało z duszą: wzbudzając uczucia ogarniają zmysły i duszę równocześnie: swym znaczeniem oddziałują na umysł... dzięki swej harmonii przepełniają nas cudowną rozkoszą: z natury, łączącej duchowość i materialność, porywają i domagają się praw do człowieka w całym jego jestestwie.

Marsilio Ficino, Opera omnia (Komentarz do Timeasa). za: Robert Lipscombe - Drzewo Salamandry. Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 1993, s. 11


wtorek, 6 września 2016

Nigdy nie przypuszczałam, że malutkie dzieci tak potrzebują muzyki!

   Tak zaczęło się moje drugie życie muzyczne, w pewnym sensie bardziej udane niż pierwsze. Pomału, z każdym dniem stawałam się coraz śmielsza, coraz więcej czułam w sobie odwagi. Nie tylko grałam, ale i śpiewałam! Dziecinne piosenki płynęły wciąż z tego samego źródła, z mojego dalekiego dzieciństwa, gdy nosiłam kokardy w warkoczach. Tę piosenkę śpiewała mi niania, a tamtą - mama...
   Nigdy nie przypuszczałam, że malutkie dzieci tak potrzebują muzyki! Wchłaniały ją chciwie jak wyschnięta ziemia. Gdy nadchodziła godzina muzyki dla niemowląt, ich wysokie, pomalowane na biało żelazne łóżeczka, zaścielone płasko, bez poduszek, wtaczano do niewielkiej sali, w której stał fortepian. Niemowlęta płakały, uskarżając się na los. Ale gdy tylko zaczynałam grać, cichły i słuchały. Ich mlecznoniebieskie oczy patrzyły zagadkowo, śledziły coś, co dla innych było niedostępne. A niektóre podnosiły maleńkie rączki z różowymi promykami paluszków i igrały nimi jakby do taktu. Starsze, raczkujące, rozumiały jeszcze więcej. Stały w kojcach na słabych, uginających się nóżkach, i uczepione poręczy wprost rwały się do piosenki. Najlepiej było wtedy, gdy wszystkie razem zaczynały śpiewać czy raczej nieśmiało, niezgodnie gaworzyć. Ten "raczkujący" śpiew zawsze mnie wzruszał - trudno powiedzieć, że do łez, nie potrafiłam już płakać, lecz w sercu czułam bolesne drżenie. A starsze, chodzące dzieci - półtoraroczne lub dwuletnie - jakże gorliwie i chętnie tłoczyły się koło fortepianu! Były bladziutkie, rachityczne, z nóżkami w iks, w porównaniu z dziećmi wychowywanymi w normalnych rodzinach mało rozwinięte. Wiele z nich nie umiało mówić, porozumiewały się gestami i ptasim szczebiotem... Ale teraz się ożywiały, popiskiwały, każde chciało stać jak najbliżej, uczepić się mojej sukni. A jedno spośród nich - najśmielsze i najbardziej dorosłe - wspinało się na palce i dotykało klawiszy fortepianu. Rodził się dźwięk. "Muzyka" - mówiłam wtedy, a dzieci świergotały za mną trudne słowo. Dla nich muzyka była cudem, zresztą naprawdę była cudem. Fortepian pojękiwał, moje mało ruchliwe dłonie poruszały się niezgrabnie, lecz wbrew wszystkiemu była to muzyka, jak gdybym grała nie ja, lecz ona sama, wielkodusznie wybaczając mi, że tak mało umiem...


I. Grekowa - Statek wdów. Państwowy Instytut Wydawniczy, seria KIK Warszawa 1984, s. 20-21, przełożyła Alicja Wołodźko

poniedziałek, 5 września 2016

Usłyszycie sonatę Mozarta...


   - Naczelniku - rzekł spokojnie Luo - to jest instrument muzyczny. Mój  przyjaciel jest dobrym muzykiem, naprawdę.
   Naczelnik wziął skrzypce i jeszcze raz dokonał oględzin. Po czym wyciągnął je w moją stronę.
   - Przykro mi, naczelniku - powiedziałem zażenowany - niestety nie gram zbyt dobrze.
   Nagle spostrzegłem, ze Luo puszcza do mnie oko. Zdziwiony wziąłem skrzypce i zacząłem je stroić.
   - Usłyszycie sonatę Mozarta, naczelniku - zapowiedział Luo równie swobodnie jak przed chwilą.
   Zatkało mnie, myślałem, że zwariował; przecież od kilku lat wszystkie utwory Mozarta czy jakiegokolwiek innego zachodniego kompozytora były w naszym kraju zakazane. Nogi w przemoczonych butach mi zlodowaciały. Trząsłem się z zimna, które znowu mnie ogarniało.
   - Co to jest sonata? - zapytał mnie podejrzliwie naczelnik.
   - Nie wiem - wymamrotałem - To coś z zachodu.
   - Piosenka?
   - Coś w tym rodzaju - odparłem wymijająco.
   Na te słowa w oczach naczelnika pojawiła się czujność dobrego komunisty i w jego głosie zabrzmiała wrogość.
   - A jak się nazywa ta twoja piosenka?
   - To przypomina piosenkę, ale to jest sonata.
   - Pytam, jak się nazywa! - wrzasnął przeszywając mnie wzrokiem.
   Znowu się zląkłem na widok trzech kropli krwi w jego lewym oku.
   - Mozart... - bąknąłem niepewnie.
   - Co Mozart?
   - Mozart myśli o przewodniczącym Mao - dopowiedział za mnie Luo.
   Co za zuchwalstwo! Ale bardzo skuteczne: groźne oblicze naczelnika od razu się rozjaśniło, tak jakby usłyszał coś cudownego. Oczy zwęziły mu się w szerokim błogim uśmiechu.
   - Mozart zawsze myśli o Mao - powiedział
   - Tak, zawsze - potwierdził Luo.
    Kiedy naciągnąłem włosie smyczka, wokół rozległy się entuzjastyczne oklaski, aż się przestraszyłem. Moje zgrabiałe palce zaczęły wędrować po strunach, a w pamięci, niczym wierni przyjaciele, powróciły mi frazy Mozarta. Zacięte twarze wieśniaków odprężały się z minuty na minutę pod wpływem orzeźwiającej radości Mozarta, jak wyschnięta ziemia rozmięka od deszczu. A potem, w pląsającym świetle lampy naftowej ich rysy stopniowo się rozmywały.

Dai Sijie: Balzac i chińska krawcówna.  Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, seria KALEJDOSKOP, Warszawa 2001, 6-8; przełożyła Maria Braunstein

piątek, 4 marca 2016

Ostatnia to dziewczyńska zabawa jutrzejszej panny młodej...

   W przeddzień ślubu zebrały się dziewczęta, krewne i sąsiadki narzeczonej Kacpra, na dziewiczy wieczór.
   Ostatnia to dziewczyńska zabawa jutrzejszej panny młodej. Nie ma na tym wieczorze chłopców, nie ma mężatek, same aby dziewczęta.
   Pośrodku izby stos liści, gałązek i kwiatków. Przy tym stosie na ławach siedzą druhny i plotą wianki dla drużbów. Wszystkie inne dziewczęta stanęły kręgiem wokół nich, objęły się wzajemnie za szyję, chwieją się rytmicznie w prawo i w lewo, i chórem śpiewają:

W ogródeczku lelija,
pod leliją szałwija.
Tam panienki siadały,
tam wianeczki wijały.
Toć pewnie! Toć pewnie!

Przyszedł do niej dziad stary,
prosił ci ją o dary.
- Uboga ja dzieweczka,
nie mam dla cię wianeczka.
Toć pewnie! Toć pewnie!

Przyszedł do niej młodzieniec
i prosił ją o wieniec.
- A mam ci ja wieńców sześć,
weźże sobie, który chcesz.
Toć pewnie! Toć pewnie!


Janina Porazińska - Kto mi dał skrzydła. Rzecz o Janie Kochanowskim. Czytelnik 1967 s. 211-212
[zamieszczona wyżej okładka pochodzi z wydania Czytelnika z roku 1974]

Włodzimierz Tetmajer - Zrękowiny. 1895
Muzeum Narodowe w Szczecinie

piątek, 15 stycznia 2016

Tańcuj, tańczy cała szopka, a cyś to ty za parobka?

Autoportret Stanisława Wyspiańskiego z 1902 roku,
Foto: Wikipedia, domena publiczna/Muzeum Narodowe w Warszawie

CHOCHOŁ

To drugi CZAR!
A zaklęte słomiane straszydło, ująwszy w niezgrabne racie podane przez drużbę patyki — poczyna sobie jak grajek–skrzypek — i — słyszeć się daje jakby z atmosfery błękitnej idąca muzyka weselna, cicha a skoczna, swoja a pociągająca serce i duszę usypiająca, leniwa, w omdleniu a jak źródło krwi żywa, taktem w pulsach nierówna, krwawiąca jak rana świeża: — melodyjny dźwięk z polskiej gleby bólem i rozkoszą wykołysany.

JASIEK
jest teraz kontent a dziwuje się
Tyle par, tyle par!

CHOCHOŁ
Tańcuj, tańczy cała szopka,
a cyś to ty za parobka?

JASIEK
z ręką do czoła, jakby se chciał na ucho nasunąć czapki
Kajsi mi sie zbyła copka —
przeciem drużba, przeciem drużba,
a drużbie to w copce służba.

CHOCHOŁ
w takt się chylą a przygrywa
Miałeś, chamie, złoty róg,
miałeś, chamie, czapkę z piór:
czapkę wicher niesie,
róg huka po lesie,
ostał ci sie ino sznur,
ostał ci sie ino sznur.

Kogut pieje.

JASIEK
jakby tknięty, przytomniejąc
Jezu! Jezu! zapioł kur!
Hej, hej, bracia, chyćcie koni!
chyćcie broni, chyćcie broni!!
Czeka was WAWELSKI DWÓR!!!!!

CHOCHOŁ
w takt się chyla a przygrywa
Ostał ci sie ino sznur.
— — — — — — — — — — — —
Miałeś, chamie, złoty róg.

JASIEK
aże ochrypły od krzyku
Chyćcie broni, chyćcie koni!!!!

A za dziwnym dźwiękiem weselnej muzyki wodzą się liczne, przeliczne pary, w tan powolny, poważny, spokojny, pogodny, półcichy — że ledwo szumią spódnice sztywno krochmalne, szeleszczą długie wstęgi i stroiki ze świecidełek podzwaniają — głucho tupocą buty ciężkie — taniec ich tłumny, że zwartym kołem stół okrążają, ocierając o się w ścisku, natłoczeni.

JASIEK
Nic nie słysom, nic nie słysom,
ino granie, ino granie,
jakieś ich chyciło spanie…?!

Dech mu zapiera Rozpacz, a przestrach i groza obejmują go martwotą; słania się, chylą ku ziemi, potrącany przez zbity krąg taneczników, który daremno chciał rozerwać; — a za głuchym dźwiękiem wodzą się sztywno pary taneczne we wieniec uroczysty, powolny, pogodny — zwartym kołem, weselnym
----------------------
 Kogut pieje.

JASIEK
nieprzytomny
Pieje kur; ha, pieje kur…

CHOCHOŁ
nieustawną  muzyką przemożny
Miałeś, chamie, złoty róg….
------------------------------------------------------

Stanisław Wyspiański - Wesele. Fragment sceny XXXVII pochodzi z serwisu Wolne lektury

Stanisław KuczborskiTaniec Chochoła ze sztuki S. Wyspiańskiego Wesele, 1904
(grafika z "Teki Melpomeny")



wtorek, 1 grudnia 2015

cicha muzyka dzieciństwa...

pada pierwszy śnieg
i unosi się ku niebu
cicha muzyka dzieciństwa
myślę o rzeczach pierwszych
nie do powtórzenia
o zdarzeniach
czystych jak źródło
które mam już za sobą
usiłuję przywołać
ich soczystość smak i zapach
pada pierwszy śnieg
stoję w oknie
i czuję się stary

Józef Baran: Pada pierwszy śnieg. W: Borzęcin. Poezja i proza Józefa Barana.Gminna Biblioteka Publiczna w Borzęcinie, Borzęcin 2014, s. 171

niedziela, 22 listopada 2015

Obraz połączony z dźwiękiem był teraz jednym niespokojnym oczekiwaniem na słońce...

Kwadrans po trzeciej wpadł do montażowni Darek. Blady, z błędnym wzrokiem.
- Przepraszam za spóźnienie, nie mogłem odpalić samochodu, przyjechałem taksówką. Macie.
Położył przed Mateuszem płytę, po czym zabrał mu ją sprzed nosa.
- Gdzie kompakt? Ach, widzę. Posłuchamy?
- Zapuszczaj - powiedział Mateusz.
Rozległy się dźwięki harfy.
- Nie, nie, daj obrazki, Mateusz; tak to nie ma efektu! - Eulalii udzieliła się trema Darka, który stał teraz za ich plecami, a oczy miał jak talerzyki deserowe. - Darek, siadaj, bo trudno wytrzymać, jak tam sterczysz. Grajmy od razu, najwyżej będziemy poprawiać.
- Słusznie - Mateusz zatrzymał płytę, po czym ustawił taśmę na pierwszej ramce i wystartował muzykę, od razu nagrywając ją na odpowiedniej ścieżce.
Harfa zagrała ponownie. Na ekranie snuły się mgły poprzedzające świt w Kotlinie Jeleniogórskiej. Eulalia poczuła dreszcze. Dopiero teraz jej film nabierał życia. Wstrzymała oddech. Soczysty granat na ekranie zmieniał się w ciemny błękit, pojawiły się pierwsze różowe blaski na horyzoncie. Melodia harfy stawała się coraz bardziej intensywna, po czym przygasała, jakby zasnuta tą mgłą, która wciąż jeszcze utrzymywała się u stóp Śnieżki. Obraz połączony z dźwiękiem był teraz jednym niespokojnym oczekiwaniem na słońce. Eulalia zapomniała już, jaką wściekłość wywołał w niej brak złotej kuli wyłaniającej się zza horyzontu. „Po co komu kula?”. Tajemnicze mgły rozwiewały się, w szybie obserwatorium odbił się czerwonawy poblask. Pozornie chłodna harfa prowadziła przez szczyt Śnieżki, obok kaplicy i obserwatorium, ku skałom. Wreszcie na krawędzi skały rozbłysnął słynny Markowy pic, ogromne, oślepiające słońce - i wtedy niespodziewanie zabrzmiała tryumfalną fanfarą cała orkiestra symfoniczna.
Eulalia i Mateusz wybuchnęli radosnym śmiechem, nie odrywając oczu od ekranu. Kiedy odwrócili się w stronę Darka, Eulalii łzy płynęły po policzkach. Darek siedział blady i zdezorientowany.
- Śmiejecie się ze mnie - wyszeptał.
Mateusz zatrzymał maszyny.
- Nie z ciebie, stary, nie z ciebie. Zrobiłeś to genialnie.
- To czemu się śmiejecie?
- Ze szczęścia, Dareczku - powiedziała Eulalia. - Ja w każdym razie. Chyba sam widzisz, jak to wygląda. Grajmy dalej. Ale ty jesteś symfonik, człowieku! Nie miałam pojęcia! Spodziewałam się ładnej muzyki, ale nie takiej eksplozji! Mateusz, dawaj dalej, bo nie wytrzymam!
Ciąg dalszy nie rozczarował ich. Efekt przestrzeni Darek uzyskał rzeczywiście, stosując rogi i dodając im echo. Motyw Śnieżki był wyrazisty i rozpoznawalny, chociaż występował w wielu wariantach. Muzyka do sekwencji z cmentarzykiem w Łomniczce przyprawiła Eulalię o dreszcze.
- Słuchaj, Darek - mówiła podniecona, kiedy po skończonym zgraniu wycałowała już i wyściskała zażenowanego kompozytora - ty musisz tę całą muzykę zebrać do kupy, opracować i zrobić symfonię. Rozumiesz: nutki napisać porządnie i żeby to orkiestra mogła zagrać, a nie komputer. Swoją drogą bardzo dobry ten twój komputer. Prawie jak prawdziwe instrumenty. Ale pamiętaj, musisz napisać symfonię!
Kompozytor zasłonił oczy rękami.
- Jaką symfonię? Lala, wy jesteście życzliwi, ja wiem, ale przecież ja widzę, ile mi brakuje...
- Nie chrzań, stary. - Mateusz oderwał się na chwilę od opisywania kasety. - Skoro ona ci mówi, że jest dobre, to jest dobre. W ogóle uważam, żeśmy wyprodukowali zupełnie niezły kawałek. Lala, planujesz jakiś pokaz dla tych wszystkich goprowców, co ci robili za aktorów i pomoc techniczną?
- Tak. Niedługo. I tak chciałam tam jechać, a dzwonił jeden ratownik, że dziesiątego sierpnia mają święto na Śnieżce i pod Śnieżką; proponował, żeby przywieźć materiał właśnie wtedy, to wszyscy zainteresowani obejrzą. Chyba tak zrobię. No dobrze, kochani, dosyć pracy na dzisiaj. Może jeszcze przegraj mi to na VHS, Mateuszku, będę sobie w domu oglądać i się samouwielbiać!
- A co, to ty postawiłaś te wszystkie góry w tym miejscu? - zdziwił się niewinnie Mateusz, ustawiając kasetę dziesięć sekund przed pierwszą ramką filmu.

Monika Szwaja - Romans na receptę. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011, 336 s.