czwartek, 9 lutego 2017

Lubiłem śpiewać tę pieśń, bo sama myśl o czymś gorszym niż śmierć ogromnie działała na moją wyobraźnię.

— A więc, Leo, co zaśpiewasz? — spytała Marian. Mówiła swoim naturalnym głosem, jakby nikogo więcej nie było na sali i wcale nie było ważne, czy ktoś jest.
Przewidując powrót na miejsce, katastrofalny brak oklasków i przeszywające mnie do głębi poczucie klęski, powiedziałem bezradnym głosem:
— Ale nie mam nut.
Uśmiechnęła się promiennie, co jeszcze do tej pory pamiętam, i powiedziała:
— Może będę potrafiła akompaniować bez nut. Co to jest?
— Młody minstrel.
— Moja ulubiona pieśń — rzekła. — W jakiej tonacji?
— W tonacji A — powiedziałem dumny z tak wysokiej tonacji, a jednocześnie obudziła się we mnie obawa, czy zdoła zagrać w takiej tonacji.
Nic na to nie powiedziała, tylko zdjęła pierścionek z palca i położyła go z głębokim zastanowieniem na fortepianie. Następnie usiadła pośród szelestu jedwabnej spódnicy, który zdawał się unosić w górę niczym perfumy, i zagrała wstępne takty.
Chyba tym razem nie miałem powodu, aby odczuwać wdzięczność za to drugie wybawienie, truchlałem bowiem jak nigdy, żeby się nie ośmieszyć publicznie. Za pierwsze — miałem powody: dużo trudu sobie zadała, abym wypadł jak należy. Za drugie — nie jej samej należałoby się moje podziękowanie, ale jej talentowi. A jednak, wydaje mi się, ceniłem tę drugą interwencję bardziej, bo to nie jej dobroć mnie uratowała, tylko jedna z jej łask. Nie wiem, czy toczyłbym walkę o dobroć, ale o łaskę tak, co zresztą czyniłem. Kiedy mój głos wznosił się coraz wyżej, nie miałem wątpliwości, kto się wznosi i dlaczego. To ja się wznosiłem... dla niej. Ona była krainą mej pieśni. Chyba żaden żołnierz nie poświęcał swojego życia z takim oddaniem jak ja — wyczekiwałem śmierci, za nic w świecie nie chciałbym, aby mnie ominęła. Jeśli chodzi o moją harfę, to nie mogłem się doczekać chwili, kiedy będę mógł zerwać struny. Nie powinna nigdy rozbrzmiewać w niewoli i, szczerze mówiąc, wcale tak nie było.
Znałem tę pieśń tak dobrze, że wcale nie musiałem myśleć o śpiewaniu. Moje myśli miały pełną swobodę, mogły wędrować tam gdzie im się żywnie podobało, mogłem — nie tak jak inni śpiewacy, którzy musieli patrzeć w nuty — odwrócić się twarzą do słuchaczy, a jednocześnie widzieć palce Marian na klawiaturze, błysk jej białych ramion i bielszej jeszcze szyi i wyobrażać sobie, że chętnie złożyłbym jej w ofierze nie tylko jedną moją śmierć, lecz całą ich serię. Każda oczywiście, była bezbolesna — korona bez krzyża.
Sądząc po milczeniu na sali odnosiłem wrażenie, że idzie mi dobrze, ale nie byłem przygotowany na taką burzę oklasków, które w zamkniętym pomieszczeniu robiły o wiele silniejsze wrażenie. Wirowało mi od nich w głowie silniej niż od apluazu, jaki powitał piłkę, którą udało mi się złapać. Nie wiedziałem jednak — dopiero później się o tym przekonałem — że co prawda nie uznano mnie za głupca z tego powodu, że wszedłem na podium bez nut, ale uznano mnie za ryzykanta. Zapomniawszy się skłonić, stałem sztywno, gdy tymczasem rozległ się tupot nóg i wołanie o więcej. Marian nie stanęła obok mnie, siedziała nadal przy fortepianie z lekko pochyloną głową. Znowu czując się zagubiony. podszedłem do niej i co prawda z trudem, ale udało mi się przyciągnąć jej uwagę. Powiedziałem całkiem niepotrzebnie:
— Chcą, żebym znowu coś zaśpiewał.
— Co możesz zaśpiewać? — spytała nie podnosząc oczu.
— Mogę zaśpiewać pieśń Aniołowie wiecznie radośni i piękni, tylko że to pieśń religijna.
Na jej poważnej twarzy pojawił się uśmiech, po chwili jednak powiedziała krótko i w tak charakterystyczny dla niej sposób:
— Chyba nie będę ci mogła służyć pomocą. Nie znam do tego akompaniamentu.
Ziemia mi się rozstąpiła pod nogami, ogromnie bowiem chciałem powtórzyć swój triumf, a byłem tak zemocjonowany, że całkiem zabrakło mi sił dla stawiania czoła przeciwnościom. Starałem się jednak tak zachować, jakby mnie to w ogóle nie obeszło, gdy nagle z sali dobiegł głos o mocnym miejscowym akcencie:
— Chyba mam te nuty przy sobie — i już po chwili mówiący znalazł się na podium z zeszytem w podartej papierowej okładce, który zatytułowany był, do dziś pamiętam: Popularne pieśni.
— Opuścimy pierwszą zwrotkę? — spytała Marian, ale prosiłem, by mi pozwoliła zaśpiewać.

     Zaiste już śmierć wolę!
     Prowadźcie straże,
     Na łoże tortur mnie prowadźcie czy w płomienie,
     Wielką mi uczynicie łaskę.

Tak brzmiał motyw, zakończony jak zwykle u Händla pom... pom... Z dumą to zaśpiewałem, przez cały czas była to tonacja molowa, a interwały ogromnie zaskakujące. Sam byłem wystarczająco muzykalny, aby wiedzieć, że bez tego urocza melodia, która potem następowała, nie byłaby tak efektowna. Lubiłem śpiewać tę pieśń, bo sama myśl o czymś gorszym niż śmierć ogromnie działała na moją wyobraźnię.
Młody minstrel wybrał się po śmierć, lecz bohaterce tej pieśni groziło coś gorszego niż śmierć. Co to było, nie miałem pojęcia, ale przy mojej pasji doszukiwania się niezwykłości, rozmyślałem o tym w uniesieniu. Poza tym to pieśń kobieca i czułem, że doświadczam tych ciężkich przeżyć nie tylko dla Marian, ale razem z nią... Razem stawaliśmy wobec losu gorszego niż śmierć, razem wznosiliśmy się ku naszej apoteozie:

     Wiedźcie mnie, jaśni anieli,
     W szatach nieskalanej bieli.
     Unieście mnie w swe dziedziny,
     Strzeżcie jak słabej dzieciny,
     Strzeżcie jak słabej dzieciny.

Cała moja istota przepojona była wizją aniołów, szat, dziewictwa i bieli, przeciągającą się w nieskończoność, i poczuciem wznoszenia się ku niebiosom, które to poczucie z przemożną siłą potęgowała muzyka i jej coraz wyższe tony. Ale głos mój nie wyrażał tych uczuć, miałem bowiem do śpiewu wcale nie mniej poważny stosunek niż do krykieta — z żadnymi uczuciami nie należy się zdradzać.
Marian pozostała chwilę przy fortepianie, abym sam przyjmował oklaski. Ponieważ jednak nie milkły, lecz się nasilały, nagle wstała i ująwszy mnie za rękę skłoniła się słuchaczom, następnie puściła moją dłoń, odwróciła się i nisko skłoniła.
Wróciłem na miejsce...

L.P. Hartley - Posłaniec. PIW, seria KIK, Warszawa 1978, tłumaczenie: Ryszarda Grzybowska

czwartek, 2 lutego 2017

Kalina, wielka diwa polskiej piosenki

KALINA®



Bąbelki, brązowy kolor, biała czcionka na czerwonym tle – to Coca-Cola. Przymknięte powieki, pełne usta, zmysłowy szept – to Kalina, wielka diwa polskiej piosenki. Co je łączy? Obie są znakami towarowymi.
Oto opowieść o kobiecie, która nie chciała być postrzegana jako człowiek, a jako zjawisko nieskrępowane regułami rządzącymi światem – choć los nawet na chwilę nie pozwalał jej zapomnieć, że wciąż jest jednak śmiertelna.
O konstruktorce własnego mitu, która zżymała się na jego użycie. O wielkiej falsyfikatorce, która najbardziej bała się zamknięcia w jednej formie. O micie, lepionym z ról, prasy, anegdot, wspomnień kochanków i męża – Pigmaliona. O kobiecie – matrioszce, choć, jak mówiła, matrioszki ją przerażają. Wreszcie – o znaku towarowym, używanym i reprodukowanym w kolejnych opowieściach.
Znaku, który chciał być słuchany i pragnął zrozumienia.
Czy dostanie je od nas?

Koncepcja, wybór piosenek, wykonanie: ANNA MIERZWA
Reżyseria: AGATA BIZIUK
Tekst, dramaturgia: MAGDALENA ZANIEWSKA
Aranżacje muzyczne: KRZYSZTOF “WIKI” NOWIKOW
Scenografia i kostiumy: JUSTYNA PRZYBYLSKA
Ruch sceniczny: KAMIL GUZY
Video: KRZYSZTOF BLOK
Inspicjent: AGNIESZKA RYDELLEK

Zespół muzyczny:
KRZYSZTOF “WIKI” NOWIKOW (gitara)
MIESZKO ŁOWŻYŁ (perkusja)
STANISŁAW PAWLAK (instrumenty klawiszowe)
PIOTR „MAX” WIŚNIEWSKI (gitara basowa)
Spektakl realizowany przez Annę Mierzwę w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Młoda Polska”.
Spektakl bierze udział w 23. edycji Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Materiał o spektaklu pochodzi ze strony Teatru Nowego w Poznaniu

piątek, 27 stycznia 2017

Głos jej przypominał głos dziecka, głos ptaka, naturalny, czysty, łagodny.

– Nazywam je krainą ain – błysnęła oczami w jego kierunku nieufnie i wyzywająco.
– Czy to jest w ich języku?
– Nie – zaprzeczyła niechętnie. – To z piosenki.
– Z jakiej piosenki?
– Był kiedyś w naszym szkolnym zespole taki jeden, który to śpiewał, i przyczepiło się do mnie. Nawet połowy nie mogłam zrozumieć. To jest chyba po szkocku. Nie wiem nawet, co oznacza „ain”. – W zażenowaniu mówiła tak, jakby była zła.
– Zaśpiewaj – poprosił Hugh bardzo cicho.
– Połowy słów nie znam – odparła i wtem nie patrząc w jego stronę zaśpiewała:

          Kiedy w pączku kuli się kwiat
          i drzewo się liśćmi okrywa,
          wiedzie mnie w dom skowronka śpiew,
          do ain krainy mnie wzywa.

Głos jej przypominał głos dziecka, głos ptaka, naturalny, czysty, łagodny. Ten głos i ta tęskna melodia sprawiły, że włos jeżył mu się na głowie, oczy zaszły mgłą i drżenie lęku czy rozkoszy przeszło przez ciało. Dziewczyna podniosła wzrok, wpatrując się w niego pociemniałymi oczami. Uzmysłowił sobie, że wyciągnął rękę w jej stronę, żeby uciszyć śpiew, chociaż nie chciał, żeby przestała, nigdy nie słyszał równie słodkiej melodii.
– Nie powinno się... nie powinno się tutaj śpiewać – powiedziała szeptem. Popatrzyła wokół, a potem znów na niego. – Nigdy dawniej nie śpiewałam. Do głowy mi nie przyszło. Dawniej tańczyłam. Ale nie śpiewałam nigdy...

Ursula le Guin - Miejsce początku. Wydawnictwo Iskry 1987, s. 105; tłumaczenie Macieja Buszewicza

wtorek, 24 stycznia 2017

Wraz z Phillym ryczymy nasze ulubione piosenki...

  Chowam się. Zachowuję się jak zbieg, którego wspólnikami są Philly i J.P. Co wieczór chodzimy do starej kawiarni o nazwie Peppermill na Stripie. Pijemy hektolitry kawy, zajadamy się ciastem i gadamy, gadamy bez końca - oraz śpiewamy. J.P. niedawno właśnie zrobił istotny krok w życiu i z pastora przeistoczył się w muzyka - kompozytora. Przeprowadził się do Orange County i poświęcił się muzyce. Wraz z Phillym ryczymy nasze ulubione piosenki, aż pozostali klienci kawiarni odwracają się i patrzą na nas.
   J.P. jest również pozbawionym złudzeń satyrykiem, wielbicielem Jerry'ego Lewisa i często robi jakiś slapstickowy numer, aż Philly i ja nie możemy złapać tchu ze śmiechu. Wtedy staramy się przebić J.P. Tańczymy wokół kelnerek, pełzamy po podłodze i w końcu śmiejemy się we trójkę tak mocno, że może to skończyć się zapaścią. Śmieję się częściej, niż kiedy byłem chłopcem i chociaż jest to dość histeryczny śmiech, to i tak ma właściwości terapeutyczne. Śmiech przez kilka godzin późnym wieczorem sprawia, że czuję się jak dawny Andre, choć zupełnie nie znam tej osoby.

Andre Agassi - Open. Autobiografia tenisisty. Wydawnictwo Bukowy Las, Wrocław 2012, s. 158; przełożył Jarosław Rybski

środa, 18 stycznia 2017

Na koniec przychodzi mi do głowy, że prawdziwym ruchem świata może być śpiew.

Dziennik ruchu świata nr 4

   Chór, jakie to piękne

   Wczoraj po południu był występ szkolnego chóru. W mojej szkole mieszczącej się w szykownej dzielnicy działa chór. Nikt nie uważa tego za obciach, wszyscy biją się, żeby do niego należeć. To stowarzyszenie najwyższej klasy. Pan Trianon, nauczyciel muzyki, starannie dobiera chórzystów. Powodem sukcesu jest on sam. Młody i piękny, uczy śpiewać zarówno stare standardy jazzowe, jak i ostatnie hity. Wszyscy się stroją jak stróż w Boże Ciało i chór występuje przed uczniami szkoły. Zaprasza się tylko rodziców chórzystów, inaczej byłoby zbyt tłoczno. I tak sala gimnastyczna jest pełna i panuje w niej fantastyczna atmosfera.
[...]
Pan Trianon wdrapał się na taboret, plecami do publiczności, podniósł rodzaj pałeczki z migocącym czerwonym światełkiem na końcu, zapadła cisza i zaczął się koncert.
   Za każdym razem zdarza się cud. Wszyscy ci ludzi, wszystkie te zmartwienia, wszystkie nienawiści i pragnienia, cale to zamieszanie, cały ten rok szkolny z jego wulgarnością, wydarzeniami mniej i bardziej znaczącymi, nauczycielami, różnorodnymi uczniami, całe to życie, w którym tak się męczymy, a na które składają się łzy, śmiech, walka, zerwania, zawiedzione nadzieje i niespodziewane szanse - wszystko to nagle znika, kiedy chórzyści zaczynają śpiewać. Bieg życia tonie w śpiewie, pojawia się nagle poczucie braterstwa, głębokiej solidarności, nawet miłości, i ta doskonała łączność duchowa rozpuszcza brzydotę codzienności. Nawet twarze śpiewaków są zmienione. Już nie widzę Achille'a Grand-Ferneta (który ma bardzo piękny tenor) ani Deborah Lemeur czy Ségolène Rachet ani Charles'a Saint-Sauveura. Widzę ludzkie istoty, które oddają się śpiewowi.
   Za każdym razem jest tak samo, mam ochotę płakać, coś mnie ściska za gardło, staram się z całych sił zapanować nad sobą, ale czasami ledwo powstrzymuję łkanie. A kiedy słyszę kanon, patrzę w ziemię, bo emocje są zbyt wielkie. To zbyt piękne, zbyt samotne, zbyt cudownie zespalające. Nie jestem już sobą stanowię część szlachetnej całości, do której należą także inni, i w tym momencie zawsze się zastanawiam, dlaczego to nie reguła codzienności, a tylko wyjątkowa chwila śpiewu.
   Kiedy chór milknie, wszyscy z rozświetlonymi twarzami oklaskują promiennych chórzystów. To takie piękne.
   Na koniec przychodzi mi do głowy, że prawdziwym ruchem świata może być śpiew.


Muriel Barbery - Elegancja jeża. Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, Warszawa 2008, s. 219-221; tłumaczenie Ireny Stąpor

wtorek, 17 stycznia 2017

najpiękniejsze dzieło operowe świata

   Nagle zdaję sobie sprawę, że słychać muzykę.
   Dźwięk nie jest bardzo głośny, a wydobywa się z niewidzialnych głośników, które rozpraszają go po całej kuchni.

   Thy hand, lovest soul, darmness shades me,
   Only thy bossom let me rest.
   When I am laid in earth
   May my wrongs create
   No trouble in thy breast.
   Remember me, remember me,
   But ah! Forget my fate.

   To śmierć Dydony w Dydonie i Eneaszu Purcella. Jeśli chcecie znać moje zdanie - najpiękniejsze dzieło operowe świata. Nie tylko urodziwe, ale także wzniosłe, a to dzięki niewiarygodnej bliskości dźwięków, jakby trzymała je razem jakaś niewidzialna siła i jakby - chociaż każdy inny - stapiały się w jeden, na granicy możliwości głosu ludzkiego, niemal zahaczając o zwierzęcy jęk; ale krzyki zwierząt nigdy nie osiągną takiej urody, urody zrodzonej z obalenia artykulacji fonetycznej i z poniechania precyzji, z którą język zwykle rozróżnia dźwięki.
   Zakłócić tempo kroków, stopić dźwięki.
   Sztuka to życie, ale w innym rytmie.


Muriel Barbery - Elegancja jeża. Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, Warszawa 2008, s. 333-334; tłumaczenie Ireny Stąpor

niedziela, 25 września 2016

A dźwięki muzyki poprzez ruch powietrza dotykają ciała...

A dźwięki muzyki poprzez ruch powietrza dotykają ciała: swym czystym brzmieniem pobudzają ulotną energię, która spaja ciało z duszą: wzbudzając uczucia ogarniają zmysły i duszę równocześnie: swym znaczeniem oddziałują na umysł... dzięki swej harmonii przepełniają nas cudowną rozkoszą: z natury, łączącej duchowość i materialność, porywają i domagają się praw do człowieka w całym jego jestestwie.

Marsilio Ficino, Opera omnia (Komentarz do Timeasa). za: Robert Lipscombe - Drzewo Salamandry. Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 1993, s. 11


wtorek, 6 września 2016

Nigdy nie przypuszczałam, że malutkie dzieci tak potrzebują muzyki!

   Tak zaczęło się moje drugie życie muzyczne, w pewnym sensie bardziej udane niż pierwsze. Pomału, z każdym dniem stawałam się coraz śmielsza, coraz więcej czułam w sobie odwagi. Nie tylko grałam, ale i śpiewałam! Dziecinne piosenki płynęły wciąż z tego samego źródła, z mojego dalekiego dzieciństwa, gdy nosiłam kokardy w warkoczach. Tę piosenkę śpiewała mi niania, a tamtą - mama...
   Nigdy nie przypuszczałam, że malutkie dzieci tak potrzebują muzyki! Wchłaniały ją chciwie jak wyschnięta ziemia. Gdy nadchodziła godzina muzyki dla niemowląt, ich wysokie, pomalowane na biało żelazne łóżeczka, zaścielone płasko, bez poduszek, wtaczano do niewielkiej sali, w której stał fortepian. Niemowlęta płakały, uskarżając się na los. Ale gdy tylko zaczynałam grać, cichły i słuchały. Ich mlecznoniebieskie oczy patrzyły zagadkowo, śledziły coś, co dla innych było niedostępne. A niektóre podnosiły maleńkie rączki z różowymi promykami paluszków i igrały nimi jakby do taktu. Starsze, raczkujące, rozumiały jeszcze więcej. Stały w kojcach na słabych, uginających się nóżkach, i uczepione poręczy wprost rwały się do piosenki. Najlepiej było wtedy, gdy wszystkie razem zaczynały śpiewać czy raczej nieśmiało, niezgodnie gaworzyć. Ten "raczkujący" śpiew zawsze mnie wzruszał - trudno powiedzieć, że do łez, nie potrafiłam już płakać, lecz w sercu czułam bolesne drżenie. A starsze, chodzące dzieci - półtoraroczne lub dwuletnie - jakże gorliwie i chętnie tłoczyły się koło fortepianu! Były bladziutkie, rachityczne, z nóżkami w iks, w porównaniu z dziećmi wychowywanymi w normalnych rodzinach mało rozwinięte. Wiele z nich nie umiało mówić, porozumiewały się gestami i ptasim szczebiotem... Ale teraz się ożywiały, popiskiwały, każde chciało stać jak najbliżej, uczepić się mojej sukni. A jedno spośród nich - najśmielsze i najbardziej dorosłe - wspinało się na palce i dotykało klawiszy fortepianu. Rodził się dźwięk. "Muzyka" - mówiłam wtedy, a dzieci świergotały za mną trudne słowo. Dla nich muzyka była cudem, zresztą naprawdę była cudem. Fortepian pojękiwał, moje mało ruchliwe dłonie poruszały się niezgrabnie, lecz wbrew wszystkiemu była to muzyka, jak gdybym grała nie ja, lecz ona sama, wielkodusznie wybaczając mi, że tak mało umiem...


I. Grekowa - Statek wdów. Państwowy Instytut Wydawniczy, seria KIK Warszawa 1984, s. 20-21, przełożyła Alicja Wołodźko

poniedziałek, 5 września 2016

Usłyszycie sonatę Mozarta...


   - Naczelniku - rzekł spokojnie Luo - to jest instrument muzyczny. Mój  przyjaciel jest dobrym muzykiem, naprawdę.
   Naczelnik wziął skrzypce i jeszcze raz dokonał oględzin. Po czym wyciągnął je w moją stronę.
   - Przykro mi, naczelniku - powiedziałem zażenowany - niestety nie gram zbyt dobrze.
   Nagle spostrzegłem, ze Luo puszcza do mnie oko. Zdziwiony wziąłem skrzypce i zacząłem je stroić.
   - Usłyszycie sonatę Mozarta, naczelniku - zapowiedział Luo równie swobodnie jak przed chwilą.
   Zatkało mnie, myślałem, że zwariował; przecież od kilku lat wszystkie utwory Mozarta czy jakiegokolwiek innego zachodniego kompozytora były w naszym kraju zakazane. Nogi w przemoczonych butach mi zlodowaciały. Trząsłem się z zimna, które znowu mnie ogarniało.
   - Co to jest sonata? - zapytał mnie podejrzliwie naczelnik.
   - Nie wiem - wymamrotałem - To coś z zachodu.
   - Piosenka?
   - Coś w tym rodzaju - odparłem wymijająco.
   Na te słowa w oczach naczelnika pojawiła się czujność dobrego komunisty i w jego głosie zabrzmiała wrogość.
   - A jak się nazywa ta twoja piosenka?
   - To przypomina piosenkę, ale to jest sonata.
   - Pytam, jak się nazywa! - wrzasnął przeszywając mnie wzrokiem.
   Znowu się zląkłem na widok trzech kropli krwi w jego lewym oku.
   - Mozart... - bąknąłem niepewnie.
   - Co Mozart?
   - Mozart myśli o przewodniczącym Mao - dopowiedział za mnie Luo.
   Co za zuchwalstwo! Ale bardzo skuteczne: groźne oblicze naczelnika od razu się rozjaśniło, tak jakby usłyszał coś cudownego. Oczy zwęziły mu się w szerokim błogim uśmiechu.
   - Mozart zawsze myśli o Mao - powiedział
   - Tak, zawsze - potwierdził Luo.
    Kiedy naciągnąłem włosie smyczka, wokół rozległy się entuzjastyczne oklaski, aż się przestraszyłem. Moje zgrabiałe palce zaczęły wędrować po strunach, a w pamięci, niczym wierni przyjaciele, powróciły mi frazy Mozarta. Zacięte twarze wieśniaków odprężały się z minuty na minutę pod wpływem orzeźwiającej radości Mozarta, jak wyschnięta ziemia rozmięka od deszczu. A potem, w pląsającym świetle lampy naftowej ich rysy stopniowo się rozmywały.

Dai Sijie: Balzac i chińska krawcówna.  Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, seria KALEJDOSKOP, Warszawa 2001, 6-8; przełożyła Maria Braunstein

piątek, 4 marca 2016

Ostatnia to dziewczyńska zabawa jutrzejszej panny młodej...

   W przeddzień ślubu zebrały się dziewczęta, krewne i sąsiadki narzeczonej Kacpra, na dziewiczy wieczór.
   Ostatnia to dziewczyńska zabawa jutrzejszej panny młodej. Nie ma na tym wieczorze chłopców, nie ma mężatek, same aby dziewczęta.
   Pośrodku izby stos liści, gałązek i kwiatków. Przy tym stosie na ławach siedzą druhny i plotą wianki dla drużbów. Wszystkie inne dziewczęta stanęły kręgiem wokół nich, objęły się wzajemnie za szyję, chwieją się rytmicznie w prawo i w lewo, i chórem śpiewają:

W ogródeczku lelija,
pod leliją szałwija.
Tam panienki siadały,
tam wianeczki wijały.
Toć pewnie! Toć pewnie!

Przyszedł do niej dziad stary,
prosił ci ją o dary.
- Uboga ja dzieweczka,
nie mam dla cię wianeczka.
Toć pewnie! Toć pewnie!

Przyszedł do niej młodzieniec
i prosił ją o wieniec.
- A mam ci ja wieńców sześć,
weźże sobie, który chcesz.
Toć pewnie! Toć pewnie!


Janina Porazińska - Kto mi dał skrzydła. Rzecz o Janie Kochanowskim. Czytelnik 1967 s. 211-212
[zamieszczona wyżej okładka pochodzi z wydania Czytelnika z roku 1974]

Włodzimierz Tetmajer - Zrękowiny. 1895
Muzeum Narodowe w Szczecinie

piątek, 15 stycznia 2016

Tańcuj, tańczy cała szopka, a cyś to ty za parobka?

Autoportret Stanisława Wyspiańskiego z 1902 roku,
Foto: Wikipedia, domena publiczna/Muzeum Narodowe w Warszawie

CHOCHOŁ

To drugi CZAR!
A zaklęte słomiane straszydło, ująwszy w niezgrabne racie podane przez drużbę patyki — poczyna sobie jak grajek–skrzypek — i — słyszeć się daje jakby z atmosfery błękitnej idąca muzyka weselna, cicha a skoczna, swoja a pociągająca serce i duszę usypiająca, leniwa, w omdleniu a jak źródło krwi żywa, taktem w pulsach nierówna, krwawiąca jak rana świeża: — melodyjny dźwięk z polskiej gleby bólem i rozkoszą wykołysany.

JASIEK
jest teraz kontent a dziwuje się
Tyle par, tyle par!

CHOCHOŁ
Tańcuj, tańczy cała szopka,
a cyś to ty za parobka?

JASIEK
z ręką do czoła, jakby se chciał na ucho nasunąć czapki
Kajsi mi sie zbyła copka —
przeciem drużba, przeciem drużba,
a drużbie to w copce służba.

CHOCHOŁ
w takt się chylą a przygrywa
Miałeś, chamie, złoty róg,
miałeś, chamie, czapkę z piór:
czapkę wicher niesie,
róg huka po lesie,
ostał ci sie ino sznur,
ostał ci sie ino sznur.

Kogut pieje.

JASIEK
jakby tknięty, przytomniejąc
Jezu! Jezu! zapioł kur!
Hej, hej, bracia, chyćcie koni!
chyćcie broni, chyćcie broni!!
Czeka was WAWELSKI DWÓR!!!!!

CHOCHOŁ
w takt się chyla a przygrywa
Ostał ci sie ino sznur.
— — — — — — — — — — — —
Miałeś, chamie, złoty róg.

JASIEK
aże ochrypły od krzyku
Chyćcie broni, chyćcie koni!!!!

A za dziwnym dźwiękiem weselnej muzyki wodzą się liczne, przeliczne pary, w tan powolny, poważny, spokojny, pogodny, półcichy — że ledwo szumią spódnice sztywno krochmalne, szeleszczą długie wstęgi i stroiki ze świecidełek podzwaniają — głucho tupocą buty ciężkie — taniec ich tłumny, że zwartym kołem stół okrążają, ocierając o się w ścisku, natłoczeni.

JASIEK
Nic nie słysom, nic nie słysom,
ino granie, ino granie,
jakieś ich chyciło spanie…?!

Dech mu zapiera Rozpacz, a przestrach i groza obejmują go martwotą; słania się, chylą ku ziemi, potrącany przez zbity krąg taneczników, który daremno chciał rozerwać; — a za głuchym dźwiękiem wodzą się sztywno pary taneczne we wieniec uroczysty, powolny, pogodny — zwartym kołem, weselnym
----------------------
 Kogut pieje.

JASIEK
nieprzytomny
Pieje kur; ha, pieje kur…

CHOCHOŁ
nieustawną  muzyką przemożny
Miałeś, chamie, złoty róg….
------------------------------------------------------

Stanisław Wyspiański - Wesele. Fragment sceny XXXVII pochodzi z serwisu Wolne lektury

Stanisław KuczborskiTaniec Chochoła ze sztuki S. Wyspiańskiego Wesele, 1904
(grafika z "Teki Melpomeny")



wtorek, 1 grudnia 2015

cicha muzyka dzieciństwa...

pada pierwszy śnieg
i unosi się ku niebu
cicha muzyka dzieciństwa
myślę o rzeczach pierwszych
nie do powtórzenia
o zdarzeniach
czystych jak źródło
które mam już za sobą
usiłuję przywołać
ich soczystość smak i zapach
pada pierwszy śnieg
stoję w oknie
i czuję się stary

Józef Baran: Pada pierwszy śnieg. W: Borzęcin. Poezja i proza Józefa Barana.Gminna Biblioteka Publiczna w Borzęcinie, Borzęcin 2014, s. 171

niedziela, 22 listopada 2015

Obraz połączony z dźwiękiem był teraz jednym niespokojnym oczekiwaniem na słońce...

Kwadrans po trzeciej wpadł do montażowni Darek. Blady, z błędnym wzrokiem.
- Przepraszam za spóźnienie, nie mogłem odpalić samochodu, przyjechałem taksówką. Macie.
Położył przed Mateuszem płytę, po czym zabrał mu ją sprzed nosa.
- Gdzie kompakt? Ach, widzę. Posłuchamy?
- Zapuszczaj - powiedział Mateusz.
Rozległy się dźwięki harfy.
- Nie, nie, daj obrazki, Mateusz; tak to nie ma efektu! - Eulalii udzieliła się trema Darka, który stał teraz za ich plecami, a oczy miał jak talerzyki deserowe. - Darek, siadaj, bo trudno wytrzymać, jak tam sterczysz. Grajmy od razu, najwyżej będziemy poprawiać.
- Słusznie - Mateusz zatrzymał płytę, po czym ustawił taśmę na pierwszej ramce i wystartował muzykę, od razu nagrywając ją na odpowiedniej ścieżce.
Harfa zagrała ponownie. Na ekranie snuły się mgły poprzedzające świt w Kotlinie Jeleniogórskiej. Eulalia poczuła dreszcze. Dopiero teraz jej film nabierał życia. Wstrzymała oddech. Soczysty granat na ekranie zmieniał się w ciemny błękit, pojawiły się pierwsze różowe blaski na horyzoncie. Melodia harfy stawała się coraz bardziej intensywna, po czym przygasała, jakby zasnuta tą mgłą, która wciąż jeszcze utrzymywała się u stóp Śnieżki. Obraz połączony z dźwiękiem był teraz jednym niespokojnym oczekiwaniem na słońce. Eulalia zapomniała już, jaką wściekłość wywołał w niej brak złotej kuli wyłaniającej się zza horyzontu. „Po co komu kula?”. Tajemnicze mgły rozwiewały się, w szybie obserwatorium odbił się czerwonawy poblask. Pozornie chłodna harfa prowadziła przez szczyt Śnieżki, obok kaplicy i obserwatorium, ku skałom. Wreszcie na krawędzi skały rozbłysnął słynny Markowy pic, ogromne, oślepiające słońce - i wtedy niespodziewanie zabrzmiała tryumfalną fanfarą cała orkiestra symfoniczna.
Eulalia i Mateusz wybuchnęli radosnym śmiechem, nie odrywając oczu od ekranu. Kiedy odwrócili się w stronę Darka, Eulalii łzy płynęły po policzkach. Darek siedział blady i zdezorientowany.
- Śmiejecie się ze mnie - wyszeptał.
Mateusz zatrzymał maszyny.
- Nie z ciebie, stary, nie z ciebie. Zrobiłeś to genialnie.
- To czemu się śmiejecie?
- Ze szczęścia, Dareczku - powiedziała Eulalia. - Ja w każdym razie. Chyba sam widzisz, jak to wygląda. Grajmy dalej. Ale ty jesteś symfonik, człowieku! Nie miałam pojęcia! Spodziewałam się ładnej muzyki, ale nie takiej eksplozji! Mateusz, dawaj dalej, bo nie wytrzymam!
Ciąg dalszy nie rozczarował ich. Efekt przestrzeni Darek uzyskał rzeczywiście, stosując rogi i dodając im echo. Motyw Śnieżki był wyrazisty i rozpoznawalny, chociaż występował w wielu wariantach. Muzyka do sekwencji z cmentarzykiem w Łomniczce przyprawiła Eulalię o dreszcze.
- Słuchaj, Darek - mówiła podniecona, kiedy po skończonym zgraniu wycałowała już i wyściskała zażenowanego kompozytora - ty musisz tę całą muzykę zebrać do kupy, opracować i zrobić symfonię. Rozumiesz: nutki napisać porządnie i żeby to orkiestra mogła zagrać, a nie komputer. Swoją drogą bardzo dobry ten twój komputer. Prawie jak prawdziwe instrumenty. Ale pamiętaj, musisz napisać symfonię!
Kompozytor zasłonił oczy rękami.
- Jaką symfonię? Lala, wy jesteście życzliwi, ja wiem, ale przecież ja widzę, ile mi brakuje...
- Nie chrzań, stary. - Mateusz oderwał się na chwilę od opisywania kasety. - Skoro ona ci mówi, że jest dobre, to jest dobre. W ogóle uważam, żeśmy wyprodukowali zupełnie niezły kawałek. Lala, planujesz jakiś pokaz dla tych wszystkich goprowców, co ci robili za aktorów i pomoc techniczną?
- Tak. Niedługo. I tak chciałam tam jechać, a dzwonił jeden ratownik, że dziesiątego sierpnia mają święto na Śnieżce i pod Śnieżką; proponował, żeby przywieźć materiał właśnie wtedy, to wszyscy zainteresowani obejrzą. Chyba tak zrobię. No dobrze, kochani, dosyć pracy na dzisiaj. Może jeszcze przegraj mi to na VHS, Mateuszku, będę sobie w domu oglądać i się samouwielbiać!
- A co, to ty postawiłaś te wszystkie góry w tym miejscu? - zdziwił się niewinnie Mateusz, ustawiając kasetę dziesięć sekund przed pierwszą ramką filmu.

Monika Szwaja - Romans na receptę. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011, 336 s.

wtorek, 29 września 2015

Muzyka coś mu mówiła, czego inni nie mogli zrozumieć...

Konrad wszakże miał pewną kryjówkę, do której jego przyjaciel nie miał dostępu: muzykę; tajemnicze miejsce, do którego nie sięga ręka zewnętrznego świata. Henryk nie miał słuchu, zadowalał się muzyką cygańską i wiedeńskimi walcami.
W Instytucie nie rozmawiano o muzyce, raczej ją wybaczano i tolerowano, zarówno wychowawcy jak i studenci mieli ją za swego rodzaju młodzieńczą manię. Każdy ma swoją słabostkę. Jeden hoduje psy, za wszelką cenę, inny jeździ konno. Lepsze to, niż by miał grać w karty, uważano. Bezpieczniejsze niż kobiety, uważano.
Ale generał czasami podejrzewał, że muzyka wcale nie jest taką bezpieczną namiętnością. W Instytucie naturalnie nie tolerowano owego buntu, buntu muzyki. Wyrobienie w wychowanku pojęcia o muzyce należało wszak do programu wychowania, lecz przecież tylko w zakresie podstawowym. O muzyce wiedziano jedynie tyle, że konieczne są do niej trąbki, a przed trębaczami kroczy kapelmistrz i co jakiś czas podnosi w górę srebrną pałeczkę. Za muzykantami kucyk dźwigał bęben. Ta muzyka była głośna i przepisowa, utrzymywała w karbach krok oddziału, przyciągała na ulicę ludność cywilną i była niezbędnym elementem wszelkiego rodzaju parad. Człowiek kroczył sprężyściej, gdy słyszał muzykę, i to było wszystko. Niekiedy muzyka była żartobliwa, niekiedy nadęta i uroczysta. A zresztą nikt się nią nie przejmował.
Konrad jednak zawsze bladł, kiedy słuchał muzyki. Wszelkiego rodzaju muzyka, także najpospolitsza, dotykała go tak dojmująco, jak cielesny atak. Bladł, usta zaczynały mu drżeć. Muzyka coś mu mówiła, czego inni nie mogli zrozumieć. Prawdopodobnie melodie nie przemawiały mu do rozumu. Rygor, w jakim żył, wychowywał się, za cenę którego zdobywał pozycję w świecie, który przyjął dobrowolnie, jak wierzący winę i pokutę, w takich chwilach rozluźniał się, jakby w jego ciele słabła owa napięta, sztywna postawa. Jak podczas parady wojskowej, po długim, męczącym przemarszu krokiem defiladowym, raptem dają komendę „spocznij!”. Ale usta zaczynały mu drżeć, jakby chciał coś powiedzieć. Wtedy zapominał, gdzie jest, oczy mu się śmiały, patrzył przed siebie, nie widział otoczenia: zwierzchników, kolegów, pięknych dam ani publiczności w teatrze. Całym ciałem słuchał muzyki, tak pożądliwie, jak skazaniec w więzieniu wsłuchuje się w daleki odgłos kroków, które być może przynoszą wieść o wolności. W takich przypadkach nie słyszał, gdy się do niego mówiło. Muzyka otwierała przed nim dookolny świat, na kilka chwil zmieniała wszystkie reguły fałszywej ugody, w takich chwilach Konrad nie był żołnierzem.

Sándor Márai: Żar. Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 2008, s. 39-40, przełożył Feliks Netz

wtorek, 26 maja 2015

Najpiękniejszym tańcem, jaki kiedykolwiek w życiu widziałam, był taniec bicza z piasku.

   Najpiękniejszym tańcem, jaki kiedykolwiek w życiu widziałam, był taniec bicza z piasku. Bicza czy raczej leja tworzącego się i ginącego, ukazującego się, by skoczyć z miejsca na miejsce, wydłużyć się, przysiąść - i znowu zniknąć, ale natychmiast zjawić się ponownie, rozdwoić się i unieść do nieba, rozpłynąć się i znów się ukazać - już jako trzy bicze, trzy leje odrębnym życiem żyjące, a jednak jakąś siła związane i wirujące coraz szybciej, skaczące i unoszące się, znikające i znowu zjawiające się...
  Sceną tego szaleńczego tańca była pustynia Sahara, a widzami mogli być wszyscy ci, z którymi odbywałam podróż do Indii (nasza droga powrotna prowadziła przez Egipt), ale byłam jedynie ja.
   Gdy ujrzałam to niezwykłe zjawisko, stanęłam jak wryta. Wszystko inne przestało dla mnie istnieć. I gapiąc się tak intensywnie, zupełnie nie zdawałam sobie sprawy z niebezpieczeństwa jakie ten taniec zapowiada...

Grażyna Bacewicz: Znak szczególny. Czytelnik, Warszawa 1970, s. 55

wtorek, 17 lutego 2015

Czy pamiętasz, jak ze mną tańczyłeś walca...

Ty – wódkę za wódką w bufecie...
Oczami po sali drewnianej – i serce ci wali (Czy pamiętasz?)
Orkiestra powoli opada, przycicha
Powiada, że zaraz (Czy pamiętasz, jak ze mną...?)
Już znalazł twój wzrok moje oczy
Już suniesz – po drodze zamroczy –
Już zaraz, za chwilę... (Czy pamiętasz, jak ze mną tańczyłeś?...)
Podchodzisz na palcach i naraz nad głową
grzmotnęło do walca
Porywasz – na życie, na śmierć – do tańca Grande
Valse Brillante

Czy pamiętasz, jak ze mną tańczyłeś walca
Z panną, madonną, legendą tych lat
Czy pamiętasz, jak ruszył świat do tańca
Świat, co w ramiona ci wpadł
Wylękniony bluźnierca dotulałeś do serca
W utajeniu kwitnące te dwie
Unoszone gorąco, unisono dyszące
Jak ja cała, w domysłach i mgle...
I tych dwoje nad dwiema, co też są, lecz ich nie ma
Bo rzęsami zakryte, wnet zakryte i w dół
Jakby tam właśnie były i błękitem pieściły
Jedno tę, drugie tę, pół na pół

Gdy przez sufit przetaczasz – nosem gwiazdy zahaczasz
Gdy po ziemi młynkujesz, to udajesz siłacza
Wątłe mięśnie naprężasz, pierś cherlawą wytężasz
Będę miała atletę i huzara za męża

Czy pamiętasz, jak ze mną tańczyłeś walca...?

A tu noga ugrzęzła, drzazga w bucie uwięzła
Bo ma dziurę w podeszwie mój pretendent na męża
Ale zawsze się wyrwie – o już wolny, odeszło
I walcuje, szurając podwiniętą podeszwą

Czy pamiętasz...?

Słowa: Julian Tuwim
Muzyka: Zygmunt Konieczny
Mistrzowskie wykonanie Ewy Demarczyk
   
Ewa Demarczyk


wtorek, 30 grudnia 2014

rytmy indiańskie były dość proste, a bębny ładnie grały, więc miałem dużą frajdę...

  W Los Alamos pracowaliśmy w dużym napięciu, a poza tym nie mieliśmy dostępu do żadnych rozrywek: nie można było pójść do kina ani nic takiego. Odkryłem jednak kolekcję bębnów, zgromadzoną przez szkołę męską, która się tam poprzednio mieściła: Los Alamos leży w Nowym Meksyku, gdzie jest mnóstwo wiosek indiańskich. Miałem więc rozrywkę - czasem sam, czasem z kimś innym - hałasując na tych bębnach. Nie znałem żadnych konkretnych rytmów, ale rytmy indiańskie były dość proste, a bębny ładnie grały, więc miałem dużą frajdę.
  Czasem zabierałem się z bębnami do lasu, żeby nikomu nie przeszkadzać, tłukłem w nie pałeczką i śpiewałem. Pamiętam, że pewnego wieczoru stanąłem pod drzewem, patrzyłem na księżyc, grałem na bębnie i udawałem, że jestem Indianinem.
   Pewnego dnia podszedł do mnie któryś z kolegów i spytał:
  - Czy w Święto Dziękczynienia nie grałeś przypadkiem w lesie na bębnie? 
  - Tak, grałem - odparłem.
  - A, czyli moja żona miała rację! - Po czym opowiedział mi następującą historię:
  W jego domu były dwa mieszkania, na dole i na górze. Pewnego wieczoru usłyszał dobiegające z oddali granie na bębnach, poszedł na górę i współlokator powiedział, że też słyszy. Trzeba pamiętać, że byli to ludzie ze Wschodniego Wybrzeża. Nic nie wiedzieli na temat Indian i bardzo ich to zaciekawiło: Indianie odprawiają jakiś obrzęd, więc postanowili pójść i sprawdzić, jak to wygląda.
  W miarę, jak zagłębiali się w las, muzyka robiła się coraz głośniejsza, a oni byli coraz bardziej zdenerwowani. Zdali sobie sprawę, że Indianie na pewno wystawili czujki, żeby nikt im nie zakłócał obrzędu. Położyli się na brzuchach i zaczęli się czołgać ścieżką. Po jakimś czasie odnieśli wrażenie, że dźwięk dobiega tuż zza niewielkiego wzgórka. Podczołgali się na szczyt wzgórka i ku swojemu zdumieniu odkryli, że obrzęd odprawia jeden samotny Indianin - tańczy wokół drzewa, uderza w bęben pałeczką i śpiewnie zawodzi. Powoli się wycofali, bo nie chcieli mu przeszkadzać. Uznali, że rzuca urok albo coś w tym guście. 
  Opowiedzieli swoim żonom, co widzieli, a one powiedziały:
  - E, to na pewno Feynman - on lubi grać na bębnach.
  - Nie bądźcie śmieszne! - odrzekli mężowie. - Nawet Feynman nie jest aż taki szajbnięty!


Richard P. Feynman - "Pan raczy żartować, panie Feynman!". Przypadki ciekawego człowieka. Wysłuchał Ralph Leighton. Wydawnictwo Znak, Kraków 2007, s. 321-322, przełożył Tomasz Biedroń

środa, 24 grudnia 2014

Grajmy Panu na harfie, grajmy Panu na cytrze...


Jan Matejko - Anioł grający na cytrze
Karton do polichromii kościoła Mariackiego. 1890.
Akwarela. 128,5 x 117 cm.
Muzeum Narodowe, Kraków - Dom Jana Matejki.


Agnieszka Osiecka - Grajmy Panu

Dzięki ci, Panie, za ten świat.
Dzięki ci, Panie, za dzikich zwierząt śpiew.
Za twoją sprawą kwitnie kwiat
i rodzi się człowiek - pisklę i lew.

Grajmy Panu na harfie.
Grajmy Panu na cytrze.
Chwalmy śpiewem i tańcem
cuda te fantastyczne.

Grajmy Panu w niebiosach.
Grajmy Panu w dolinach.
Z jego światłem we włosach
każdy życie zaczyna.

Ty, który chronisz biedne domki ślimaków
i wielkie góry obu  Ameryk.
Ty, który śledzisz tajne drogi ptaków
i krzyki nasze, jęki, szmery.
Dzięki ci, że dałeś nam czas.
Dzięki, że słuchasz i oglądasz nas.

Grajmy Panu na harfie.
Grajmy Panu na cytrze.
Chwalmy śpiewem i tańcem
cuda te fantastyczne.

Grajmy Panu w niebiosach.
Grajmy Panu w dolinach.
Z jego światłem we włosach
każdy życie zaczyna.


Muzykę do tego tekstu napisał Zygmunt Konieczny, śpiewa Anna Szałapak