wtorek, 25 grudnia 2012

Janusz Majewski - Siedlisko


Siedlisko
"- To może ja troszkę zagram? – oświadczył nieoczekiwanie Edward i usiadł do pianina. Uderzył w klawisze i rozległy się pierwsze dźwięki kolędy Wśród nocnej ciszy, ale zagrane jazzowo, w stylu Oscara Petersona, bogatymi wyrafinowanymi akordami. Wszyscy ucichli, a Krzysztofowi, Jackowi i Robertowi dosłownie opadły szczęki ze zdumienia. Podeszli bliżej do pianina i słuchali w zachwycie, a Edward grał jak natchniony. Po odegraniu pierwszej zwrotki w tonacji molowej, w wolnym majestatycznym tempie, w drugiej przeszedł na dur, przyspieszył i zagrał ją w stylu Errolla Garnera, z charakterystycznym, motorycznym akompaniamentem lewej ręki, a ostatni akord zabarwił wręcz Ellingtonowskim brzmieniem. 
Dostał frenetyczne brawa, Krzysztof uściskał go i zapytał: 
- Edziu, to ty grasz jazz? I to tak fantastycznie? 
- Gram różne rzeczy – odpowiedział skromnie Edward – na przykład to… 
Wziął brawurowo pierwsze akordy Etiudy rewolucyjnej Chopina." 

Janusz Majewski: „Siedlisko”. Wydawnictwo Marginesy 2012, s. 293-294

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Henryk Sienkiewicz - Potop

Potop

"Przyszedł wreszcie wieczór wigilijny. O pierwszej gwiaździe zamigotały światła i światełka w całej fortecy. Noc była spokojna, mroźna, lecz pogodna. Szwedzcy żołnierze, kostniejąc z zimna na szańcach, poglądali z dołu na czarne mury niedostępnej fortecy i na myśl przychodziły im ciepłe, mchami utkane chaty skandynawskie, żony, dzieci, choinowe drzewka płonące od świeczek, i niejedna żelazna pierś wezbrała westchnieniem, żalem, tęsknotą, rozpaczą. A w twierdzy, przy stołach okrytych sianem, oblężeni łamali się opłatkami. Cicha radość płonęła na wszystkich twarzach, bo każdy miał przeczucie, pewność prawie, że czasy niedoli miną już rychło. 

- Jutro szturm jeszcze, ale to już ostatni - powtarzali sobie księża i żołnierze. - Komu Bóg śmierć zapisze, niech dziękuje, że przedtem nabożeństwa zażyć mu pozwoli i tym pewniej bramy niebieskie mu otworzy, bo kto w dzień Bożego Narodzenia za wiarę zginie, ten do chwały przyjęty być musi. 
Życzyli sobie tedy wzajem pomyślności, długich lat lub niebieskiej korony i taka ulga spadła na wszystkie serca, jakby już bieda minęła. 
A było przy przeorze jedno krzesło próżne, przed nim stał talerz, na którym bielała paczka opłatków, niebieską wstążeczką obwiązana. 
Gdy wszyscy zasiedli, owego zaś miejsca nikt nie zajął, pan miecznik rzekł: 
- Widzę, ojcze wielebny, że starym zwyczajem i dla zagórskich panów miejsce gotowe? 
- Nie dla zagórskich to panów - odrzekł ksiądz Augustyn - ale dla wspomnienia owego młodzieniaszka, któregośmy jak syna wszyscy kochali, a którego dusza patrzy teraz z uciechą na nas, żeśmy pamięć wdzięczną o nim zachowali. 
- Dla Boga - rzekł miecznik sieradzki - lepiej teraz jemu niż nam! Słuszną winniśmy mu wdzięczność! 
Ksiądz Kordecki miał łzy w oczach, a pan Czarniecki ozwał się: 
- O mniejszych w kronikach piszą. Jeśli mi Bóg życia pozwoli, a ktokolwiek spyta mnie później, który był między wami żołnierz starożytnym bohaterom równy, powiem: Babinicz. 
- On się nie nazywał Babinicz - odrzekł ksiądz Kordecki. 
- Jak to, nie nazywał się Babinicz? 
- Od dawna wiedziałem jego prawdziwe nazwisko, ale pod tajemnicą spowiedzi... I dopiero, wychodząc przeciw owej kolubrynie, rzekł mi: „Jeśli zginę, niechajże wiedzą, ktom jest, ażeby uczciwa sława przy moim nazwisku została i dawne grzechy starła." Poszedł, zginął, więc teraz mogę waćpanom powiedzieć: to był Kmicic! 
- Ów litewski przesławny Kmicic? - zakrzyknął porwawszy się za czuprynę pan Czarniecki. 
- Tak jest! Tak łaska boża zmienia serca! 
- Dla Boga! Teraz rozumiem, że on się podjął tej wyprawy! Teraz rozumiem, skąd się taka fantazja w nim brała, skąd ta odwaga, którą wszystkich przewyższał! Kmicic, Kmicic! ów straszny Kmicic, którego Litwa sławi! 
- Inaczej go odtąd sławić będzie nie tylko Litwa, ale cała Rzeczpospolita. 
- On to nas pierwszy ostrzegł przed Wrzeszczowiczem! 
- Z jego to przyczyny bramyśmy dość wcześnie zamknęli i przygotowania uczynili! 
- On pierwszego Szweda z łuku ustrzelił. 
- A ilu ich z armat napsuł! A de Fossisa kto położył? 
- A owa kolubryna! Jeśli nam nie strach jutrzejszego szturmu, któż to sprawił? 
- Niechże każdy z czcią wspomina i wysławia, gdzie może, imię jego, ażeby sprawiedliwość się stała - rzekł ksiądz Kordecki - a teraz: „Wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie!" 
- „A światłość wiekuista niechaj mu świeci!" -odpowiedział jeden chór głosów. 
Lecz pan Czarniecki długo nie mógł się uspokoić i myśl jego ustawicznie zwracała się do Kmicica: 
- To mówię waszmościom - rzekł - było w nim coś takiego, że choć jak prosty żołnierz służył, zaraz komenda sama mu do rąk właziła. Aż mi dziwno było, że ludzie mimo woli słuchali takiego młodzika... W rzeczy, na onej baszcie on komenderował i ja sam go słuchałem. Gdybym to choć był wiedział, że to Kmicic! 
- Wszelako dziwno mi to - rzekł pan miecznik sieradzki - że Szwedzi nie pochwalili się jego śmiercią. 
Ksiądz Kordecki westchnął: 
- Musiały go prochy na miejscu rozerwać! 
- Dałbym sobie rękę uciąć, żeby żył! - krzyknął pan Czarniecki. - Ale żeby taki Kmicic pozwolił się prochom wysadzić!... 
- Dał swoje życie za nasze! - odrzekł ksiądz Kordecki. 
- To pewno -odpowiedział miecznik - że gdyby ta kolubryna leżała na szańcu, nie myślałbym tak wesoło o jutrze. 
- Jutro Bóg nam da nowe zwycięstwo! - rzekł ksiądz Kordecki- albowiem arka Noego nie może zginąć w potopie! 
Tak oni ze sobą rozmawiali przy Wilii, a potem porozchodzili się, zakonnicy do kościoła, żołnierze na cichy postój i strażowanie przy bramach i murach. Lecz wielka czujność była zbyteczna; i w szwedzkim obozie panowała niezamącona spokojność. Sami oni oddali się spoczynkowi i rozmyślaniom, bo i dla nich zbliżało się najuroczystsze ze świąt. 
Noc była także uroczysta. Roje gwiazd świeciły na niebie, mieniąc się różowo i błękitno. Blask księżyca barwił na zielono całuny śnieżne, rozciągnięte między fortecą a nieprzyjacielskim obozem. Wiatr nie wiał i taka była cisza, jakiej od początku oblężenia pod tym klasztorem nie bywało. 
O północy żołnierze szwedzcy usłyszeli płynące łagodnie z wyniosłości tony organów, potem głosy ludzkie dołączyły się do nich, potem dźwięki dzwonów i dzwonków. Wesele, otucha i wielki spokój były w tych dźwiękach, i tym większe zwątpienie, tym większe uczucie niemocy ścisnęło serca szwedzkie. 
Żołnierze polscy spod komendy Zbrożka i Kalińskiego nie pytając o pozwolenie podeszli pod same mury. Nie puszczono ich do środka, w obawie jakowej zasadzki, którą noc mogła ułatwić, lecz pozwolono stać blisko przy murach. Oni też zebrali się całą gromadą. Jedni poklękali na śniegu, inni kiwali żałośnie głowami, wzdychając nad własną dolą, albo bili się w piersi ślubując sobie poprawę, a wszyscy słuchali z rozkoszą i ze łzami w oczach muzyki i pieśni, wedle starożytnego zwyczaju śpiewanych. 
Tymczasem strażnicy na murach, którzy nie mogli być w kościele, chcąc sobie ową stratę wynagrodzić, poczęli także śpiewać i wkrótce rozległa się po całym okręgu murów kolęda: 
W żłobie leży, 
Któż pobieży 
Kolędować małemu... "

Henryk Sienkiewicz: "Potop", tom 2, rozdział 19

czwartek, 1 listopada 2012

Wojciech Niżyński: "Koncert jesienny na dwa świerszcze"


Za naszym oknem pada deszcz,
na piecu skrzypce stroi świerszcz,
dziewczyny płaczą, bo skończyło się już lato
i tylko słychać gdzieś...

Koncert jesienny na dwa świerszcze
i wiatr w kominie.
W ogrodzie zasnął pod gruszą chochoł
i śni o pięknej dziewczynie,
a strach na wróble przydrożne wierzby liczy,
tańcząc na miedzy w objęciach polnej myszy.

Koncert, koncert, koncert jesienny 
na dwa świerszcze i wiatr w kominie,
koncert, co z babim latem odpłynie,
odpłynie, odpłynie, odpłynie, odpłynie,
odpłynie, odpłynie, odpłynie...

Pnie drzew pokryły się dawno mchem,
wiatr rozwiał jeszcze jeden dzień,
a na ścierniskach pozapalały się ogniska,
w oddali snuje się...

Wywietrzał dawno zapach żniw,
szczelnie zamknięto wszystkie drzwi,
ludzie czekają,
może już jutro będzie biało,
pod piecem cicho brzmi...

Koncert jesienny na dwa świerszcze
i wiatr w kominie.
Uciekł na drogę, pokochał wierzbę
i nagle gdzieś się rozpłynął,
a strach na wróble leży samotny w polu,
mysz go rzuciła, uciekła do stodoły.

Koncert, koncert, koncert jesienny 
na dwa świerszcze i wiatr w kominie,
co ze świerszczami zasnął już na zimę,
na zimę, na zimę, na zimę, na zimę,
na zimę, na zimę, na zimę... 


"A strach na wróble przydrożne wierzby liczy..."

Tekst powstał w roku 1970, Krzysztof Knittel napisał muzykę, a śpiewa tę piosenkę Magda Umer

piątek, 12 października 2012

Józef Czechowicz - Bez nut

zapada w biały papier
naprzeciw słońca i wód
odwieczne promienie
spadają też mieczami z chmur

śpiewaczki jedwabne jagnięce
i wy dziewicze pożogi
przez wiersz przeświecają wasze ręce
księżycem złowrogim

zorza opada przez chmury
a semafor wybucha wzwyż
drzewa kwitną drzewa wichr łamie
konie fal szaleją u zgliszcz

chrapliwe pierwotne krzyki
trzaskają nad światełkiem muzyki
i wąwozami popłynęła szumu ulewa
te wiersze z mitycznego kraju
niechcące śpiewać

Józef Czechowicz: "Bez nut". W: Wiersze i poematy. Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, Lublin 2012, t. 1, s. 105

Józef Czechowicz

wtorek, 9 października 2012

Jeremi Przybora: "Jesienny deszcz"


Wiesz, byłam tam i widziałam ten dom
Naszą uliczkę i drzewa we mgle
Kształty wydarte marzeniom i snom
Z marzeń odarte, zastygłe w złym śnie

Liście jesienne jesienny gnał wiatr
Liściem mi przylgnął do ust
Tym pocałunkiem jesieni z mych warg
Wziął moją gorycz i uniósł

Wspomnienia i liście unosił
W noc, w zapomnienie i chłód
Mój Boże... Znów słyszeć jak prosisz:
"Zaśpiewaj, zaśpiewaj mi znów..."

To tak jak my
To tak jak oni
Z tych samych słów
Z tych samych łez

Ktoś śmiał się z kimś
I płakał po nim
I o tym ta piosenka jest
Bezszelestny los gdy znudzony
Znienacka tnie jak zimna stal
Ślady stóp kochanków rozłączonych
Co dzień ściera z plaż praca fal

Zdjęcie


czwartek, 4 października 2012

Małgorzata Musierowicz: "McDusia"

McDusia

"Słychać było, jak Róża namawia siostrę, żeby zaśpiewała "tę" kolędę, jak Laura protestuje, a goście protestują przeciw jej protestom.
W końcu solistka posłusznie siadła do pianina, przemknęła palcami po klawiszach i zaczęła śpiewać, a gwar nagle umilkł, jak nożem uciął - zawsze tak na ludzi działał jej srebrzysty, ciepły sopran. Łapała ich uwagę natychmiast, jakby zarzucała sieć.
- Jeszcze nie wyjdę - postanowiła Gabriela. - Jeszcze momencik.
Bo i na nią zadziałał ten czar.
To była ulubiona kolęda Laury - od czasów szkolnych, kiedy to, śpiewając ją na przedstawieniu jasełkowym, odkryła, że ma władzę wzruszania, nadawaną jej przez własny głos. 
Gabriela wtedy też coś zrozumiała: to śpiew był właściwym sposobem ekspresji tego dziecka. Laura była jak syrenka, przez pomyłkę zamknięta w ludzkim ciele, które jej ciążyło i przeszkadzało. Kiedy używała ludzkiej mowy, wciąż raniła innych - a więc i siebie. Śpiewając, wracała do swojej prawdziwej natury, a jednocześnie unosiła za sobą słuchaczy.
Ludzie zawsze to wyczuwali. Także tym razem goście weselni siedzieli zagapieni, zasłuchani, z bezwiednymi uśmiechami, z rozchylonymi błogo ustami, z błyszczącymi oczami skierowanymi na wiotką postać przy pianinie. Ciekawe, nikt nie podejmował śpiewu, nie przyłączał się do kolędy, jak to jest w zwyczaju. Po prostu wszyscy zamarli.
Adam, oparty o parapet okna, stał naprzeciwko swojej żony; wyraz jego twarzy zdradzał bezradne oczarowanie, a w spojrzeniu miał całą miłość świata.
Będą szczęśliwi - zrozumiała Gabriela..."

Małgorzata Musierowicz: "McDusia". Wydawnictwo Akapit Press, Łódź 2012, s. 255-256

środa, 26 września 2012

Kazimiera Iłłakowiczówna - Zaczynam się i kończę...



Zaczynam się i kończę...

                                         Janowi Parandowskiemu

Zaczynam się i kończę śpiewem,
śpiewem dlatego - iżby
na prawo i na lewo
ścieżka się wykrajała wśród ciżby.
Krok w prawo - i słowo się rozpierzcha
światłością, zmierzchem;
krok w lewo - już inne słowo
smugą mży kolorową.
Tam matka dziecko karci;
idą o siebie wsparci
kochankowie związani przysięgą;
bydło pędzą na rzeż,
ptactwo kwacze w klatkach, gęś gęga;
samochody - raz, dwa, cztery, sześć,
klaksony, trąbki...  Pogoda, ulewa.
A ja idę i śpiewam.

Jak inaczej torować drogę?
Inni potrafią, ja - nie mogę.
Wspominam i skaldów nieśmiertelne awantury,
i to groźne, to słodkie pienia trubadurów,
a gdy na burzę się zbiera,
wspominam nawet Homera.
Któż to był? Czy z nieba spadł?
Po prostu - wędrowny dziad,
który żył w okresie wojen:
obok niego człowiek człowieka zabijał,
a on ich ze śpiewem mijał.

Jak inaczej wykrajać wąski szlak dla zycia?
Jeśli to wam przeszkadza - zabijcie!

[1948]

Kazimiera Iłłakowiczówna: "Zaczynam się i kończę..." W: Poezje wybrane, PIW 1977, s.303-304.
Zdjęcie poetki pochodzi ze strony culture.pl

26 września 2012 mija 34. rocznica śmierci Jana Parandowskiego, Szkoda, że nie mogę się wybrać na Powązki, żeby zapalić lampkę na jego grobie (link prowadzi do zdjęcia grobu Jana Parandowskiego na blogu Bogny).

Jan Parandowski  (1895-1978)

środa, 12 września 2012

Jeremi Przybora - Walc "Embarras"

Serce tak mi zabiło,
zakołysał się bal...
Nie wiem, czy to jest miłość,
czy to tylko ten walc?
Czy mną serca olśnienie
owładnęło i trwa?
Czy to tylko mnie objął ramieniem
ten walc, piękny walc "Embarras"?

Czy to walca czar?
Czy to walca, czy serca dar?
Kto w mej mocy mnie ma -
ty czy walc? Ty czy walc "Embarras"?

A gdy się kończy bal,
kogo będzie mi więcej żal
Za kim więcej
jutro zatęsknię?
Z tobą czy walcem
"Emabarras"?

Echo balu przebrzmiało,
skrzypiec sopran i alt…
Tylko jeszcze zostało
serce wśród pustych sal…
I, leciutko, na palcach,
przy orkiestrze jak mgła,
z tobą tańczy i tańczy wciąż walca
I to właśnie jest "Embarras"!

Bo to walca czar
sercu przyniósł podwójny dar -
Amor skrzydła ma dwa:
Jednym - ty drugim - walc "Embarras"!
A gdy się skończył bal,
obu jest mi tak samo żal.
Tęsknię odtąd
jedną tęsknotą
za tobą i walcem
"Embarras"!

Jeremi Przybora: "Kabaret Starszych Panów. Wybór". Wieczór "Jesienna noc". Spółdzielnia Wydawnicza "Czytelnik", Warszawa 1970, s. 20-21


Starsi Panowie dwaj - Marian Molenda

poniedziałek, 10 września 2012

Santa Montefiore - Sonata o niezapominajce

Sonata o niezapominajce
"- Zagraj ze mną - zaproponował, robiąc dla niej miejsce obok siebie na podwójnym taborecie.
- Nie - odparła. - Wolę słuchać, jak grasz. Pięknie improwizujesz, ja tego nie potrafię...
- Oczywiście, że potrafisz. Usiądź, pokażę ci, jak to się robi.
Spełniła jego prośbę i natychmiast poczuła, jak ciepło jego ciała przenika przez ubranie i dociera do niej. Oparła drżące palce na klawiszach i czekała na instrukcje.
- Będziemy używać nut g-moll - powiedział Louis, uderzając w klawisz.
Audrey zrobiła to samo.
- Łatwe, prawda?
- Wiele lat brałam lekcje muzyki - wyznała.
- No właśnie. Na pewno świetnie sobie poradzisz.
Skomponuję teraz dla ciebie melodię, „Sonatę Audrey”. Kiedy mniej więcej ją zapamiętasz, zamkniesz oczy i pozwolisz, aby serce po kierowało twoimi palcami. Nie przejmuj się, jeśli popełnisz jakiś błąd, bo to nie ma znaczenia. Wkrótce twoje dłonie odnajdą właściwą ścieżkę i wtedy zaczniesz myśleć nie o nutach, lecz o uczuciach. Zapragniesz wyrazić siebie i to, co czujesz. Teraz zamknij oczy...
Audrey usłuchała. Louis zaczął powoli grać smutną, fascynującą melodię, która głęboko poruszyła jej niespokojną duszę. Grając, mówił cichym, hipnotyzującym głosem, przenosząc dziewczynę z klubu w Hurlingham do jakiegoś odległego miejsca, gdzie byli tylko we dwoje pod ciemnym niebem, w zaczarowanej dolinie. Jej palce poruszyły się i rozpoczęły wędrówkę po klawiszach, najpierw niezbyt pewnie, po jednej nucie, a potem całymi frazami, które łączyły się w jedno z melodią graną przez Louisa, tworząc niezwykłą sonatę marzeń.
Stary pułkownik, który jak zwykle siedział w skórzanym fotelu pogrążony w lekturze „London Illustrated News”, podniósł głowę i odłożył gazetę. Słuchał w skupieniu, a muzyka powoli topiła lód, który z upływem lat otoczył twardą skorupą jego serce, i dodawała mu sił. Kiedy w końcu podniósł się z fotela, zrobił to tak szybko i sprawnie jak młody człowiek. Parsknął ze zdumienia i pokręcił głową, wciąż zasłuchany w dziwną melodię. Rozejrzał się dookoła i nagle świat wydał mu się piękniejszy niż przed chwilą. Z niedowierzaniem zamrugał; ciemne cienie, jakie ostatnio coraz częściej dostrzegał, znikły bez śladu.
- Dziwne... - zamruczał. - Bardzo dziwne..."

Santa Montefiore: "Sonata o niezapominajce". Świat Książki, Warszawa 2004, s. 60-61, tłum. Anna Dobrzańska-Gadowska

piątek, 7 września 2012

Kazimiera Iłłakowiczówna - Harmonijka

Ktoś, kto idzie z harmonijką,
ciszę nagle rozgiął i zgiął,
przeciął ją jak nożem,
na powietrzu rozprysłą położył,
zebrał znowu wiórek przy wiórku -
stanął sam na dalekim pagórku...
I tam - to składając, to rozkładając ramiona -
dziwi się, że cisza pełna jest dźwięków zranionych.
 
 
Kazimiera Iłłakowiczówna: "Harmonijka". W: "Poezje wybrane". PIW, Warszawa 1977, s. 174
 
Tablica pamiątkowa Kazimiery Iłłakowiczówny (Poznań ul.Gajowa 4)
 

środa, 5 września 2012

Melchior Wańkowicz - Ziele na kraterze

Ziele na kraterze
"W to życie szare, jeżeli dziecinne życie może być szare, w to życie, w każdym razie nie związane z kulturalnym podłożem pokoleń, wlewała matka piosenki, lśniące jak słońce w trawie, mieniące się jak słońce w obłokach, drgające jak słońce na wodzie. Przebijały one życie w kamienicy na Elektoralnej, jak promień przebija do głębi wodę i z nagła na jej dnie rozświetla żwir, piasek i wodorosty – inny świat zupełnie: z tamtej strony, a przecież tu – wyrazisty, namacalny, istniejący. K. wiele jeszcze chorowała. Duszące się, gorączkujące dziecko padało po ataku na poduszki i prosiło:  - Mama, piewaj. I Mama śpiewała – całe noce. Czasem już zdawało się, że jest zupełnie źle, dziecko majaczyło.  - Powiedz, że wyżyje – Mama podnosi oczy ku Tacie. I nagle z poduszki szedł zakrztuszony spazmem szept:  - Piewaj. Mama znowu śpiewała o kotkach, o pieskach, o aniołkach, o wodzie, o łące. Kiedy dzieci były zdrowe, piosenki rozświetlały się, opowiadały o cudach, cudecznościach. Dzieci chodziły w piosenkach na spacer:

 Rosną sobie kwiatki na łące,  Maki, chabry i goździki pachnące…
Natykały się na rzekę:

 Za tą groblą, za tym brodem,  Tam stanęła rzeka lodem,  Ani szumi, ani płynie,  Tylko duma w swej głębinie.
Dzieci widziały jak:

 Ukryte w gałązkach tarni czy kaliny  Jaś znalazł gniazdeczko maleńkiej ptaszyny.
Wieczorem matka je zabierała z tych czarodziejskich krain do domu:

 Słyszysz, Krysiu, dzwon wieczora?  Krówki z łąk wracają…
Z krówkami wracał i Tata, i Mama zaraz śpiewała wileńską piosneczkę:

 Dzień – do pracy, noc – do spania,  A cudny wieczór – do kochania.
Potem rozpoczynały się baje: o Marysi sierotce – dyżurna baja, wieczna baja, którą sobie kazały opowiadać na sen, jeszcze przygotowując się do matury – o krasnoludkach."
 
Melchior Wańkowicz: "Ziele na kraterze".  Prószyński Media, Pruszków 2011, 456 s.

czwartek, 30 sierpnia 2012

Kazimiera Iłłakowiczówna - Gwiazdy zasypiające...

Gwiazdy zasypiające
mają dzwoneczki srebrne,
muzyka zlatuje światłem
na wszystko, co jest podniebne,
lecz w jeziorze odbity blask
zrywa się jak za zaklęciem
i wraca w górę muzyka
w najsłodszym wniebowzięciu.

Kazimiera Iłłakowiczówna


Kazimiera Iłłakowiczówna: "Gwiazdy zasypiające..". W: "Poezje wybrane". PIW, Warszawa 1977, s. 125

wtorek, 28 sierpnia 2012

Kornel Makuszyński - Bezgrzeszne lata

Bezgrzeszne lata
"Nareszcie jednak się zaczyna.
Profesor literatury wyłazi na skrzypiącą estradę i coś bardzo długo gada. Sztubaki akompaniują pociąganiem czegoś tam w nosie, kaszleniem i dziwnymi odgłosami. Wszystko się jednak kończy na tym świecie, gorsze jednak jest to, że się zaraz zaczyna drugie. Za czym wychodzi na estradę drugi dryblas z ósmej klasy i gra na skrzypcach Legendę Wieniawskiego. Wieniawski w grobie zrywa się na równe nogi i w krzyk.
A ten gra…
Wieniawski mdleje, a ten wciąż gra!
Jak gdybyś kiszki wyciągał z kota i jeździł po nich smyczkiem, a kot przeraźliwie miauczał. Jak gdybyś słyszał, jak diabli łuszczą skórę z biednego grzesznika, a ten się drze biedaczysko. Nie! to za mało powiedziane; to zbyt łagodnie maluje tę rzecz okropną. Ale to wszystko na cześć Mickiewicza, więc te jęki i wrzaski, i rozpaczliwe rzężenia, te piski i miauczenia, to zgrzytanie zębów, piły albo kości nieboszczyka — „powtarzają dęby dębom, bukom buki”.
Brawo! brawo! brawo!
Ale to klaszczą ci, co się nie znają na muzyce. W naszym kącie, u sztubaków — postępuje się uczciwiej.
— Tadek, słyszysz?
— Umarły też by usłyszał… No i co?
— Pluń mu na skrzypce!
— Za daleko, nie doniesie…
— To wisz, co?
— Nie wim…
— Żeby mu tak w piersiach grało!
Czyż można treściwiej wyrazić sąd trzeźwy i sprawiedliwy? Nie można.
Tak, tak, ale to dopiero początek. Za chwilę to się zacznie dopiero naprawdę, dotąd to wszystko to przystawki do zaostrzenia apetytu. Gorąco w sali jest takie, że muchy mdleją. Na łysej czaszce Greka ukazuje się perlista rosa, profesor matematyki wygląda tak znudzony, jak odstały nieboszczyk, i wykręca gębę w logarytm."


 Kornel Makuszyński: "Bezgrzeszne lata". Wydawnictwo Literackie, Kraków 1980. Seria: "Utwory wybrane", s. 71-72

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Lew Tołstoj - Sonata Kreutzerowska



Okładka
"[...] Co to jest muzyka? Co ona robi? I po co robi to, co robi? Podobno muzyka działa uszlachetniająco na duszę - to bzdury, nieprawda! Działa, strasznie działa, mówię osobie, lecz wcale nie uszlachetniająco. Nie działa na duszę ani uszlachetniająco, ani poniżająco, lecz drażniąco. Jak to panu powiedzieć? Muzyka zmusza mnie do zapomnienia o sobie, o swoim istotnym położeniu, przenosi mnie w jakieś inne, nie moje położenie: pod wpływem muzyki wydaje mi się, że czuję to, czego właściwie nie czuję, że rozumiem to, czego nie rozumiem, że mogę to, czego nie mogę. Tłumaczę to tym, że muzyka działa jak ziewanie, jak śmiech:  nie chce mi się spać, ale ziewam patrząc na ziewającego; nie mam z czego się śmiać, ale śmieję się słysząc, że ktoś się śmieje.
Muzyka od razu bezpośrednio przenosi mnie w stan ducha, w jakim znajdował się ten,  kto ją komponował. Zespalam się z nim duchowo i razem z nim przenoszę się z jednego stanu w inny, ale po co to robię, nie wiem. Przecież ten, kto napisał, powiedzmy, Sonatę Kreutzerowską - Beethoven - wiedział, dlaczego się znajduje w takim stanie - ten stan go doprowadził do pewnych postępków, a więc stan ten miał dla niego jakiś sens, ale dla mnie - żadnego. I dlatego muzyka tylko drażni, a nie rozładowuje. Oczywiście, nie każda muzyka: powiedzmy, że zagrają marsza wojskowego, żołnierze przemaszerują do taktu - i muzyka zrobiła swoje; zagrano do tańca, zatańczyłem - muzyka zrobiła swoje; odśpiewano mszę, przyjąłem komunię - też muzyka zrobiła swoje, ale poza tym jest tylko ekscytacja, a tego, co należy robić w tym stanie ekscytacji - nie ma. I dlatego muzyka działa niekiedy tak strasznie, tak okropnie. W Chinach muzyka jest sprawą państwową. I tak właśnie powinno być. Czy można pozwolić, żeby każdy, kto chce, hipnotyzował innego lub wielu innych, a potem robił z nimi, co chce? I w dodatku żeby tym hipnotyzerem był pierwszy lepszy niemoralny człowiek?"

Lew Tołstoj: "Sonata Kreutzerowska". Wydawnictwo TPPR "Współpraca",  Warszawa 1985, s. 73-76, tłum. Maria Leśniewska 

niedziela, 26 sierpnia 2012

Kazimiera Iłłakowiczówna - Ulica została pusta


Przyszli Niemcy do miast węgierskich:
mieli broń i chleb, i porządek... Nie mieli serca.
Zaleli malowany, śpiewający Siedmiogród,
bo inaczej pewnie być nie mogło.
Posmutniały wesolutkie Żydóweczki w kramach,
pochowały się Cyganeczki tańczące po bramach,
dzieci powkładały każde palec w usta...
I malowana, śpiewająca ulica została pusta!


Kazimiera Iłłakowiczówna
Kazimiera Iłłakowiczówna: "Ulica została pusta". W: "Poezje wybrane". PIW, Warszawa 1977, s. 286

sobota, 25 sierpnia 2012

Ewa Złotowska - Największe miłości świata

Największe miłości świata

"Próbowałam uspokoić pieska różnymi sposobami, między innymi śpiewając piosenki w domowej interpretacji. Zwierzęta zamilkły jak zaczarowane, kiedy tańcząc charlestona odśpiewałam "Już taki jestem zimny drań".
Po dłuższym milczeniu Zuzanka wydała z siebie coś w rodzaju glissanda w dół (o oktawę niżej niż normalnie). Albin bezdźwięcznie kiwał się na żerdce góra-dół, góra-dół, nie wiedząc, jak moje zachowanie ocenić. Za to Feluś był zachwycony. Niemalże dostałam oklaski. Postanowiłam przejść na łagodniejszy repertuar i bardziej pod publiczkę wykonałam "Hej, przeleciał ptaszek", ale papugi się nie wypowiedziały, a Feluś wolał coś żwawszego. Wykonaliśmy razem sztajerka z gwizdami, szalejąc po całym mieszkaniu. Wieczór był cudny. Darliśmy się wszyscy - każdy po swojemu. Piesek usiłował upolować moje kapcie. Imponowało mu gwizdanie, więc ujadał na cały głos. Albin wrzeszczał, żeby nas uspokoić, a Zuzanka krzyczała, że koniec występów, bo jajka popadną w skrajną nerwicę i będą się jąkać. Ponadto zadzwonił sąsiad z dołu z pytaniem, czy mnie ktoś nie napadł."

Ewa Złotowska: "Największe miłości świata". VIZJA PRESS&IT, Warszawa 2010, s. 41

czwartek, 23 sierpnia 2012

Kazimiera Iłłakowiczówna - A za tym smyczkiem...


A za tym smyczkiem
cygańskim
chude policzki
bezpańskie.
Słuchają go, gdy gra ładnie
pracy nie dają, bo kradnie.
Wodzi smyczkiem po strunie, po strunie,
o głodzie po całej Rumunii.



Kazimiera Iłłakowiczówna (1928)

Kazimiera Iłłakowiczówna: "A za tym smyczkiem...". W: "Poezje wybrane".  PIW, Warszawa  1977, s. 285

środa, 22 sierpnia 2012

Tatiana de Rosnay - Klucz Sary

Okładka
"Gdy znalazła się na dworze, dziewczynka zobaczyła wychylającego się z okna, ubranego w piżamę sąsiada. Był bardzo miły i uczył muzyki. Grał na skrzypcach i lubiła go słuchać. Często grał dla niej i jej brata przez podwórko stare francuskie piosenki typu „Sur le pont d’Avignon” czy A la claire fontaine”, jak i piosenki z kraju rodziców, do których zawsze wesoło tańczyli. Pantofle matki ślizgały się po deskach podłogi, a ojciec obracał matką w kółko i w kółko, aż wszystkim kręciło się w głowie."

Tatiana de Rosnay: "Klucz Sary". Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2007, s. 32, tłum. Maciej Sulmicki [wydana po francusku w 2006 i po angielsku w 2007 roku]

sobota, 18 sierpnia 2012

Jan Lechoń - Aria z kurantem

Smutek taki mnie chwycił, że zda się, aż skomli,
Ani przed kim się żalić, kto wie, kiedy minie,
Gdybyż to było można usiąść przy kominie
I czytać sobie stare wiersze Syrokomli!

I marzyć, jakbyś pocztą wędrował podróżną,
O owych lasach, rzekach, tych dworach, tym zdroju,
I myśleć, że są wszyscy w przyległym pokoju,
Od których ciągle listów wyglądasz na próżno.

Cóż znajdę, jeśli wyjdę takiego wieczoru?
Tu wszyscy przecież obcy i każdy gdzieś śpieszy.
Ach, żadna mnie muzyka dzisiaj nie pocieszy,
Chyba "Aria z kurantem" ze Strasznego dworu.



Spektakl "Straszny dwór" Stanisława Moniuszki
w reżyserii Wiesława Ochmana
 w Operze Śląskiej (2010)

Jan Lechoń: "Poezje". Łuk, Białystok 1994, seria Biblioteka Klasyki Polskiej

niedziela, 12 sierpnia 2012

Władysław Reymont - Chłopi


Chłopi

   To i z nagła huknęli w instrumenty obertasa, że mróz przeszedł kości, a Boryna do Jagny skoczył, przygarnął ją krzepko i z miejsca rymnął takiego oberka, aż dyle zaskowyczały, a on wiał po izbie, zawracał, podkówkami trzaskał, a przyklękaniem z nagła zawijał, to trząchający po izbie się nosił szeroko, od ściany do ściany, to przed muzyką piosneczki śpiewał, że mu po muzycku odkrzykali, i dalej hulał siarczyście i tan wiódł zapamiętale, bo za nim drugie pary jęły się z kup wyrywać i przytupywać, śpiewać, tańcować i co ten największy pęd brać, że jakby sto wrzecion, pełnych różnobarwnej wełny, wiło się po izbie z turkotem i okręcało tak szybko, że już żadne oko nie rozeznało, gdzie chłop, gdzie kobieta; nic, ino jakby kto tęczę rozsypał i bił w nią wichurą, że grała kolorami, mieniła się i wiła coraz prędzej, wścieklej, zapamiętałej, aż światła chwilami gasły od pędu, noc ogarniała taneczników, a tylko oknami lała się miesięczna poświata rozpierzchłą, świetlistą smugą, iskrzyła się wrzącym srebrem wskroś ciemności i wskroś wirującej gęstwy ludzkiej, co nadpływała spienioną, rozśpiewaną falą, migotała i kłębiła się w tych brzaskach jako w sennym widzeniu i przepadała w ćmie nieprzeniknionej, by się znowu wynurzyć i zamajaczyć na mgnienie przed drugą ścianą, na której tknięte światłem szkła obrazów pryskały i mżyły ogniami, i przewalić się, i stoczyć w noc, że tylko ciężkie dychanie, tupoty, krzyki rwały się, plątały i huczały głucho w oślepłej izbie.

A ciągnęły się już te tany łańcuchem jednym, bez przerwy ni przestanku… bo co muzyka zaczynała rznąć nowego, naród się podnosił z nagła, prostował jak bór i szedł z miejsca pędem takiej mocy jak huragan; trzask hołubców rozlegał się jak bicie piorunów, krzyk ochotny trząsł całym domem i rzucali się w tan z zapamiętaniem, z szaleństwem, jakoby w burzę i bój, na śmierć i życie.

I tańcowali!

…Owe krakowiaki, drygliwe, baraszkujące, ucinaną, brzękliwą nutą i skokliwymi przyśpiewkami sadzone, jako te pasy nabijane, a pełne śmiechów i swawoli; pełne weselnej gędźby i bujnej, mocnej, zuchowatej młodości i wraz pełne figlów uciesznych, przegonów i waru krwie młodej kochania pragnącej. Hej!

   …Owe mazury, długie kiej miedze, rozłożyste jako te grusze Maćkowe, huczne a szerokie niby te równie nieobjęte, przyciężkie a strzeliste, tęskliwe a zuchwałe, posuwiste a groźne, godne a zabijackie i nieustępliwe, jako te chłopy, co zwarci w kupę niby w ten bór wyniosły, runęli w tan z pokrzykami i mocą taką, że choćby w stu na tysiące iść, że choćby świat cały porwać, sprać, stratować, w drzazgi rozbić i na obcasach roznieść, i samym przepaść, a jeszcze tam i po śmierci tańcować, hołubce bić i ostro, po mazursku pokrzykiwać: „da dana!”

…Owe obertasy, krótkie, rwane, zawrotne, wściekłe, oszalałe, zawadiackie a rzewliwe, siarczyste a zadumane i żalną nutą przeplecione, warem krwie ognistej tętniące a dobrości pełne i kochania, jako chmura gradowa z nagła spadające, a pełne głosów serdecznych, pełne modrych patrzań, wiośnianych tchnień, woniejących poszumów, okwietnych sadów; jako te pola o wiośnie rozśpiewane, że i łza przez śmiechy płynie, i serce śpiewa radością, i dusza tęskliwie rwie się za te rozłogi szerokie, za te lasy dalekie, we świat wszystek idzie marząca i „oj da dana!” przyśpiewuje.

Takie to tany nieopowiedziane szły za tanami.
Władysław Reymont: "Chłopi. T. 1: Jesień". Świat Książki, Warszawa 1999

piątek, 10 sierpnia 2012

Mikołaj Rej - Wizerunek własny żywota człowieka poczciwego

Więc piszczkowie, gędcowie, co im tam bębnali,
Że czynili, co chcieli, gdy drudzy skakali.
Ale wierz mi, żeć teraz nie swą piosnkę gędzie,
Bo go pełno z bębenkiem w każdym kącie wszędzie.
Owi też wiesiołkowie, co skakali z nimi,
Idą też gonionego nadobnie za nimi.
Dawno to i u cielca karał Bóg onego,
Nie lepiejże łotrowi czym się inym żywić,
Niżli się Pańskiej wolej tak jawnie przeciwić
A przywodzić prostaki w więtsze pogorszenie?
Jeśliże nie szalone to marne stworzenie!
Acz to jest rzecz uczciwa, kiedy kto poczciwie
Używa tego miernie, statecznie, uczciwie,
Aby się też smutna myśl czasem ochłodziła,
Ale nie ta, co by w złość ludzi przywodziła.

Mikołaj Rej
Mikołaj Rej: Wizerunek własny żywota człowieka poczciwego". Fragment rozdziału jedenastego o tytule: "Solon".  Napisane prawdopodobnie w roku 1558.



poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Vilhelm Moberg - Jedź dziś nocą


Jedź dziś nocą
   Jak tylko przejaśniło się w jaskini i nowy świt się zapowiadał, opuszczał legowisko i wypełzał na świat. Jeśli niebo nad nim było czyste, wdrapywał się na wierzchołek najbliższego wysokiego drzewa, by zobaczyć, czy słońce nad lasem jeszcze wschodzi. Jeśli tylko dostrzegał złotawy poblask na niebiesiech, zostawał na drzewie. Wkrótce potem słońce się dla niego zapalało. Od strony Madesjö nadpływał złotożółty potok. Z wierzchołka drzewa widział, jak się ognisko słońca zapala na styku nieba i lasu. Słońce wstawało jak krąg złocistoczerwonego ognia, co rozświetlał wszystkie mroczne zakamarki lasu i świecił mu wprost w oczy. Słoneczna pożoga tryskała iskrami, żarzyła się, była ruchoma. Płomienie w jej wnętrzu tańczyły. Słońce wschodząc nad lasem tańczyło, tak jak zawsze, od kiedy zapalone zostało nad tymi ziemiami. Słońce tańczyło, podnosiło się wyżej i szło swym torem tak samo, jak owego dnia, kiedy pokazało się po raz pierwszy, tak samo jak zawsze, przez wszystkie dni.

     Człowiek w lesie radował się widząc, że słońce tańczy, porusza się, idzie prawym torem po niebie. Słońce ukazywało mu każdego ranka, że co prawe nie może stać się bezprawe, lecz po wsze czasy prawe pozostanie.
Vilhelm Moberg: "Jedź dziś nocą". Wydawnictwo Poznańskie, Poznań, 1975 str. 126-127, Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich, tłum. Maria Olszańska

piątek, 3 sierpnia 2012

Gabriel Garcia Marquez - Sto lat samotności

Sto lat samotności
"Zaniedbał interesy. Spędzał dnie w kantorku za sklepem pisząc obłąkane liściki, w których posyłał Amarancie zasuszone motyle i płatki kwiatów, a które ona odsyłała nie otwarte. Zamykał się na całe godziny, by grać na lutni. Pewnej nocy zaczął śpiewać. Macondo rozbudziło się w jakiejś niebiańskiej egzaltacji, słuchając dźwięków lutni zbyt pięknych, by pochodziły z tego świata, i głosu tak przepełnionego miłością, że nie można było sobie nawet wyobrazić sobie istnienia na tej ziemi. Pietro Crespi widział wtedy światła we wszystkich oknach miasteczka oprócz okien Amaranty. Drugiego listopada, w Dzień Zaduszny, jego brat otworzył sklep i ujrzał wszystkie lampy zapalone, wszystkie pozytywki otwarte i wszystkie zegary wydzwaniające jakąś godzinę bez końca, a pośród tego oszalałego koncertu znalazł Pietra Crespiego przy biurku w kantorku za sklepem..."

Gabriel Garcia Marquez: "Sto lat samotności". Muza, Warszawa 2010, 456 s.

wtorek, 31 lipca 2012

Erik Axel Karlfeldt - [Coś dźwięczy w tej grani...]

Coś dźwięczy w tej grani tak czysto, tak lekko
jak dzwonki niebiańskie coś gra tak miękko.
I słyszę melodię, co czuła i prosta:
Nie odchodź od nas, zostań, zostań!

Otwarłem oporne oko
Wszystko znajome się zdało.
Dzwoniono na Paschę, jakieś dziecko
u mego wezgłowia płakało.

Andreas Zorn
Erik Axel Karlfeldt i Zorngårdens matsal (1906)

Erik Axel Karlfeldt: "Coś dźwięczy w tej grani...". Fragment wiersza "Choroba". Przekład Leonarda Neugera. W: "Na Głos. Pismo poświęcone literaturze oraz innym sztukom." Nr 22(47), Kraków, kwiecień 1996, s. 146

sobota, 28 lipca 2012

Hortensia Papadat-Bengescu - Koncert muzyki Bacha


Koncert muzyki Bacha

"Cierpiący doktor Rim podśpiewywał przedtem na różne tony swoje "Ojra, ojra" narażając się na ironiczne uwagi Nory. Na suchych wargach sławnego doktora melodyjka ta pojawiała się jak sygnał, była kluczem muzycznym, diapazonem jego nastrojów. Pochodzenie "Ojra" sięgało odległych czasów. Niegdyś Rim zwykł był co tydzień uprawiać muzykę kameralną u państwa Schmidtów. Był tam dobrany kwartet, w którym pan domu, aptekarz, grał na kontrabasie, profesor Rim na skrzypcach lub flecie, pan Tuchte z wiedeńskiego Kunstverein - obecnie właściciel wzorowej mleczarni - na fortepianie. Był to zespół tyleż cnotliwy, co mistrzowski! Spokojny zakątek, którego nikt by się nie domyślił w zgiełku miasta.
     Pewnego miłego dnia, w przerwie między tańcami Brahmsa, pani Schmidt dla żartu puściła płytę na nowym gramofonie swego syna, łobuzerskiego licealisty, który był zawziętym frankofilem i twierdził, że Niemiec Schmidt jest czystej krwi Alzatczykiem. Było to nagranie sławnej "Ojry", melodii rozniesionej po całej Europie podczas  tournée  rewii "Tour du Monde". "Ojra" była więcej niż szlagierem, była muzycznym popisem tego zespołu rewiowego, popisem, który utrwalał się w pamięci słuchaczy. W tej piosence mieściły się nie tylko wszystkie złe duchy, krążące wśród pięciuset stażystów, emanował z niej zapach perfum,pudru i szminki, nastrój wywołany śmiałymi dekoltami aktorek, złoceniami, lakierem,piżamami na scenie, przejrzystymi spódnicami, obcisłymi trykotami, zawrotnym wirem tańca. "Ojra" była środkiem oddziaływania sceny na widownię. Budziła w widzach rozmaite uczucia, które dotąd drzemały w utajeniu. Orkiestra rozbudzała jazz, który ludzie noszą w mięśniach lędźwi, i dzięki temu melodia usłużnie zwracała widzom to, co od nich samych pożyczyła.
     Pod wpływem "Ojry" frenetyczna wesołość ogarnęła kwartet Schmidta. Jedynie pani Schmidt pozostała niewzruszona, wyrozumiale patrząc na tych poważnych ludzi, którzy nagle "zdurnieli", jakby powiedziała Lina w swojej osobliwej mołdawszczyźnie. Był to zresztą tylko chwilowy wyskok, jak słusznie mniemała pani Schmidt. I oto teraz, po latach, kiedy kwartet Schmidta od dawna już został rozwiązany, znów pojawiła się "Ojra", tym razem jako znak lirycznego nastroju doktora Rima, który z pewnością zapomniał, gdzie i kiedy przyswoił sobie ów wariacki rytm."

Hortensia Papadat-Bengescu: "Koncert muzyki Bacha". "Czytelnik", Warszawa 1981, 
s. 133-135, tłum. Janina Wrzoskowa




piątek, 27 lipca 2012

Czesław Miłosz - Śpiew

Piesek przydrożny


Obrócona twarzą ku dolinie, kobieta śpiewa, jakby chciała pieśnią wypełnić cały obszar między pochyłością parku, rzeką i wzgórzami po drugiej stronie.
Gdyby ten sen zdarzył mi się, kiedy byłem młody, byłby pełen znaczenia.


Czesław Miłosz: "Piesek przydrożny. Śpiew". W: "Na głos". Nr 25(50), Kraków, grudzień 1996, s. 6

czwartek, 26 lipca 2012

Kazimiera Iłłakowiczówna - Chwila ciszy


Iłłakowiczówna

Włos każdy brzęczy jak struna dotknięta,
włos jasny, cienki...
Kręcą się, kręcą jak młode dziewczęta
białe wisienki.

Włos każdy śpiewa pod ręką jak pszczoła
w wielkim kielichu...
Weszły tańczące konwalie do koła,
nucą po cichu.

Grają i brzęczą --- długi włos w warkoczu,
drobny --- u skroni...
Bez utkwił we mnie sto tysięcy oczu
i także dzwoni.




Kazimiera Iłłakowiczówna: "Chwila ciszy". W: "Kazimiera Iłłakowiczówna". Seria Poeci Polscy. Czytelnik, Warszawa 1971, s. 11

Claude Monet - Giverny in Springtime  (1900)