sobota, 30 czerwca 2012

Hector Malot - Bez rodziny

Bez rodziny
Kiedy dotarliśmy do placyku z fontanną pośrodku, ocienionego platanami, ująłem harfę i zacząłem grać walca. Melodia brzmiała wesoło, moje palce poruszały się biegle, ale na sercu było mi ciężko i zdawało mi się, że olbrzymi ciężar dźwigam na ramionach. Kazałem Zerbinowi i Dolce tańczyć walca, posłuchały mnie od razu i zaczęły obracać się do taktu. Ale nikt nie pofatygował się, aby podejść i popatrzeć na nas, chociaż kilka kobiet siedziało na progach domów, robiąc na drutach i gadając.
Grałem dalej; Zerbino i Dolce tańczyły niezmordowanie.
Może ktoś zdecyduje się podejść? Gdyby choć jedna osoba, za nią poszłyby inne! Ale chociaż ja, Zerbino i Dolce robiliśmy co w naszej mocy, ludzie nie wyszli z domów; nikt nawet nie patrzył w naszą stronę. Tylko siąść i płakać!
Jednakże nie traciłem nadziei i grałem coraz głośniej, tak szarpiąc struny, że omal nie pękały.
[...]
Może ci ludzie nie lubili walca. Ostatecznie i to się zdarza.
Kazałem Zerbinowi i Dolce leżeć i zacząłem śpiewać swoją włoską piosenkę z takim zapałem, jak nigdy dotychczas. Nagle, na początku drugiej zwrotki, ujrzałem jakiegoś mężczyznę w kurtce i filcowym kapeluszu, który zbliżał się do nas. Nareszcie!
Włożyłem jeszcze więcej uczucia w mój śpiew.
-Hola! - usłyszałem - co ty tu robisz, nicponiu?

Hector Malot: "Bez rodziny". Nasza Księgarnia, Warszawa 1987, s. 75-76, tłum. Halina i Tadeusz Evertowie

piątek, 29 czerwca 2012

Isaac Bashevis Singer - Sztukmistrz z Lublina


Sztukmistrz z Lublina

"Nadjechał wóz, a na nim wiejscy państwo młodzi w towarzystwie kapeli. Grajkowie piłowali małe skrzypki i śpiewali jakąś przeciągłą melodię. Z wozu wypełnionego wiejskimi dziewczętami, stłoczonymi jak stado gęsi, zabrzmiała piosenka poprzysięgająca zemstę mężczyznom:

Czarna jestem, czarna.
Poczernię się jeszcze.
Będę najczarniejszą,
Jaką pokochałeś.

Biała jestem, biała,
Pobielę się jeszcze.
Ujrzysz mnie, zatęsknisz,
A ja cię nie zechcę."




Isaac Bashevis Singer: „Sztukmistrz z Lublina”. Mediasat Poland, Kraków [b.r.], s. 32-33, tłum. Krystyna Szerer


czwartek, 28 czerwca 2012

Halina Rozwadowska - Elektryczne gitary

Elektryczne gitary
"Założycielami zespołu są: Janusz Adamczyk, wychowanek naszej szkoły, i jego starszy kolega Morris - wyjaśnił pryszczaty. - Kompozytor muzyki i dzisiejszych piosenek: nasz uczeń, Szczepan Tarwid z klasy ósmej. Piosenkarka: Krystyna Tarwid, nasza uczennica i siostra kompozytora. Teksty piosenek: Łucja Parczewska, obecna na sali.
 
Widownia zaczęła klaskać, czwórka na estradzie ukłoniła się znowu, nawet Santa musiała wstać z miejsca i ukłonić się. Zacząłem dygotać, ale okazało się, że na próżno. Zespół nie na darmo ćwiczył do upadłego, bo grał i śpiewał fajowo Sancine teksty, wyglądał prześlicznie i telewizji nie przyniósłby wstydu. Nasłuchałem się różnych zespołów dość, coś niecoś się znałem, ale grali o key, nikt nie mógł się czepiać. Kto by pomyślał, że ta fajtłapa, to cielę Szczepan, okaże się kompozytorem? Grał zawsze, nie mówił, że komponuje. Podniesiony na duchu ścisnąłem Santę za rękę, ścisnęła moją i wtedy Janusza z Mięską i Kryśką zmiotło z estrady, pozostał tylko Szczepan i pryszczaty zapowiedział solo na trąbce. Szczepan, z tremy trzęsący się w domu jak galareta, wyglądał, jakby nic sobie z widowni nie robił, występ dla niego to mucha. Trzymał trąbkę przez chwilę w ręku, a potem spokojny i opanowany przytknął ją do ust. Niech diabli mnie porwą, jeżeli ktoś zagrałby lepiej! Pękałem z dumy. Nastolatki na sali wiedziały, co do nich należy. Wzdychały, pojękiwały, przewracały oczami, a gdy Szczepan skończył, pozrywały się z miejsc, klaskały jak opętane, powiewały nad głową wdziankami, wyły, tupały, nieledwie że wydzierały włosy z zachwytu, wszystko jak trzeba, zagranicznie i modnie. Ale Szczepan, co? Wyliśmy i klaskaliśmy z Santą i z innymi, ale pomyślałem o Kryśce i poczułem się mdło. Dotąd wszystko szło, trudno lepiej, więc jeżeli skandal, to Kryśka.
 
Pryszczaty właśnie ogłosił znaną piosenkę Igi Cembrzyńskiej "Za Żelazną Bramą" i Kryśka ukazała się z całym zespołem. Zdążyła się przebrać w białą sukienkę, ale ślepy by poznał, że cała się trzęsie i ledwie się trzyma na nogach. W takim stanie mogła zamiauczeć, a nie zaśpiewać. Nie zamiauczała jednak. Opanowała się  dzielnie i głosikiem niewielkim, ale czyściutkim, zadzwoniła niczym skowronek. Wyglądała uroczo, skromnie, niewinnie i słodko, nie ta Kryśka, gad z piekła rodem. Zaczęła nieśmiało, ale nabrała tupetu i przy oklaskach i wyciu sali zakończyła wprost brawurowo. Na drugi numer wybrała piosenkę angielską, śpiewała z dobrym akcentem i dykcją, wymawiając wyraźnie trudne angielskie słowa. Śpiewała prześlicznie i kogoś mi przypominała. Już wiem! Anielicę ze sceny, matkę Santy. Wreszcie skończyła, dygnęła i przy szalonych oklaskach zeszła ze sceny. Jakże to? Powodzenie zamiast skandalu? Nieprawdopodobne. Zaraz, a niespodzianka? Niespodzianką okazał się znowu Szczepan, wychodzący z murzyńskimi instrumentami Taty. Przed dwoma tygodniami wziął je do rąk, nie wiedział, z której strony do nich się zabrać, a teraz wygrywał na jednym z nich murzyńską kołysankę "Śpij, mój synku". Instrument wydawal ton nieco piskliwy, ale Szczepan z prymitywnych trzech strun wydobywał melodię przejmującą i czułą i poruszył nią całą salę. Na drugim instrumencie, niskimi, basowymi nutami odegrał "Missisipi", wreszcie skłonił się, spłynął i na tym koncert się skończył. Koncert bez cienia skandalu i wstydu, z niespodzianką i z największą chwałą dwóch szelm, Szczepana i Kryśki."

Halina Rozwadowska: "Elektryczne gitary". Nasza Księgarnia, Warszawa 1970, s. 154-156

środa, 27 czerwca 2012

Irwin Shaw - Szus

Szus
"Podniósł się, podszedł do pianina i uderzył parę akordów. - Czy wiecie - oznajmił - że ono jest rzeczywiście nastrojone?
- Potem zaczął grać. z początku cicho, potem głośniej, kiedy wrzawa na sali zaczęła milknąć i ludzie przestali rozmawiać, żeby go posłuchać.
Grał Stormy weather, bo wiedział, że przyjaciel lubi tę piosenkę, a Michael przywołał kelnerkę i powiedział:
- Proszę zanieść pianiście lemoniadę. - Chciał okazać Antoine'owi swoją aprobatę.
Rita zaczęła kołysać się lekko na swoim krześle w rytm muzyki i podchwyciła piosenkę, nucąc miękko czystym, ładnym głosem. Michael i Susan słuchali z przyjemnością.
- Rito - zaproponował Michael - wstań, podejdź do pianina i zaśpiewaj.
- Myśli pan, że ja naprawdę... ? - spytała z powątpiewaniem. - Pański przyjaciel nie będzie miał nic przeciwko temu?
- Będzie zachwycony. Idź, idź.
- No, jeżeli pan uważa, że to mu nie przeszkodzi...
Wstała, podeszła do pianina i zaczęła śpiewać. Antoine patrzył na nią przez chwilę z wahaniem, po czym skinął głową zachęcająco i zmienił tonację, dopasowując się do jej kontraltu. Po paru trochę nieśmiałych taktach Rita nabrała pewności siebie i zaśpiewała głośno ostatni refren wraz z Antoine'em, który przyłączył się do niej. Kiedy skończyli, cała sala zaczęła głośno bić brawa, a Antoine wstał i potrząsnął z powaga dłonią Rity. Powróciła wraz z nim do stolika, ręce jej drżały, ale na twarzy malował się szeroki dziecinny uśmiech.
- Moja droga młoda damo - zwrócił się do niej Antoine - czy pani wie o tym, że naprawdę potrafi pani śpiewać? "

Irwin Shaw: "Szus". Wydawnictwo "Książnica", Katowice 2003, s. 245-246, tłum. Małgorzata Róg-Świostek

wtorek, 26 czerwca 2012

Krystyna Berwińska - Con amore

Con amore
"Zadręcza mnie świadomość, że przeze mnie może stracić swoją wielką szansę. Jakby wyczuł, o czym myślę, bo właśnie przerwał granie:
- Posłuchaj. Grałem to tak... Powtórzył frazę z Koncertu f-moll.
- A teraz gram tak...
Starałam się słuchać uważnie, jak tylko potrafię.
- Zbyt subtelna różnica... jak dla mnie. Wiem, że pięknie.
- Nie, to jeszcze nie to. Ciągle uciekam od własnego w urojone. Piekielnie trudno znaleźć własne.
Znowu zagrał ten sam fragment.
- Co je złapię, to mi ucieka. Widzisz, zawsze starałem się... wniknąć jakby w sam moment, kiedy to się rodziło... Jakoś sobie to wyobrazić, odczuć - i grać, jakby to było moje, jakbym to sam skomponował. Oczywiście mogłem się mylić, ale we mnie top było prawdziwe...
Zagrał cichutko jakiś inny motyw.
- Wiesz, Chopin uwielbiał Mozarta. Będę teraz grał dużo Mozarta. Taką okrężną drogą - wrócę. Ale nie mogę się spieszyć. Wiem, że teraz już nie zdążę. Jestem na to przygotowany, nie martw się. Już bym nawet nie gonił, gdyby nie Tata."

 
Pomnik Fryderyka Chopina w Warszawie, proj. Władysława Wasiewicza

Krystyna Berwińska: "Con amore". Oficyna Wydawnicza RYTM, Warszawa 2003, s. 186-187
Bliższe informacje o pomniku są tu.

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska - Krzyk jazz bandu

Nastolatki nie lubią wierszy


Mówisz że jazz band jest dziki
że płacze jak wicher w kominie
i że cię przeraża
                           to minie
nuty życia czyż nie są dzikie
życie jest zamętem i krzykiem
przecież przyszliśmy na świat wśród takiej
                           m u z y k i





Maria Pawlikowska-Jasnorzewska: "Krzyk jazz bandu". W: "Nastolatki nie lubią wierszy". Nasza Księgarnia, Warszawa 1967, s. 42. Wybór wierszy: Wiktor Woroszylski, opracowanie graficzne: Bohdan Butenko

niedziela, 24 czerwca 2012

Joanna Papuzińska - O kocie, który grał na harfie


Opowiadania o zwierzętach
"A w kuchni, gdzie stał kredens, pod sufitem przeciągnięte były żyłki nylonowe. Suszyło się na nich czasem ściereczki lub chusteczki, ale przeważnie nic na nich nie wisiało. Zamyślona Gucia od czasu do czasu wyciągała łapkę i brzdęk. Trącała żyłkę.
To był tylko jeden dźwięk i Gucia w skupieniu wysłuchiwała go do końca, do zupełnego wyciszenia. Po chwili ciszy, starannie odmierzonej jak muzyczna pauza, znów sięgała łapką do struby i znów rozlegało się brzęknięcie.
Bzdrummm - cisza. Bzdrummm - cisza. Bzdrummm - cisza.
Tak brzmiał koncert naszej Guci i mógł on trwać dość długo, jeśli nikt kotu nie przeszkadzał.
Inne żyłki wisiały dość daleko i Gucia mogła grać tylko na jednej strunie. Może, gdyby udało jej się dosięgnąć do innych, wynikłaby z tego jakaś melodia?"


Joanna Papuzińska: "O kocie, który grał na harfie". W zbiorku: "Opowiadania o zwierzętach. Polscy pisarze dzieciom". Wydawnictwo Literatura, Łódź 2012, s. 63


sobota, 23 czerwca 2012

Bolesław Prus - Katarynka

Katarynka
Na podwórzu, pod samym oknem pana Tomasza odezwała się - katarynka!...
Gdyby zmarły X wstał z grobu, odzyskał przytomność i wszedł do gabinetu, aby pomóc mecenasowi w rozwiązywaniu trudnych zagadnień, z pewnością pan Tomasz nie doznałby takiego uczucia jak teraz, gdy usłyszał katarynkę!...
I żeby to przynajmniej była katarynka włoska, z przyjemnymi tonami fletowymi, dobrze zbudowana, grająca ładne kawałki! Gdzie tam! jakby na większą szykanę katarynka była popsuta, grała fałszywie ordynaryjne walce i polki, a tak głośno, że szyby drżały. Na domiar złego, trąba, od czasu do czasu odzywająca się w niej, ryczała jak wściekłe zwierzę.
Wrażenie było potężne. Mecenas osłupiał. Nie wiedział, co myśleć i co począć. Chwilami gotów był przypuścić, że przy odczytywaniu pośmiertnych rozporządzeń chorego na umyśle obywatela X jemu samemu pomieszało się w głowie i że uległ halucynacjom. Ale nie, to nie były halucynacje. To była rzeczywista katarynka, z popsutymi piszczałkami i bardzo głośną trąbą!
W sercu mecenasa, tego wyrozumiałego, tego łagodnego człowieka, zbudziły się dzikie instynkta. Uczuł żal do natury, że go nie stworzyła królem dahomejskim, który ma prawo zabijać swoich poddanych, i pomyślał, z jaką rozkoszą położyłby w tej chwili kataryniarza trupem!
A ponieważ u ludzi tego temperamentu, co pan Tomasz, bardzo łatwo w gniewnym uniesieniu przechodzi się od zuchwałych projektów do najstraszniejszych czynów, więc mecenas skoczył jak tygrys do okna i postanowił - zwymyślać kataryniarza najgorszymi wyrazami.
Już wychylił się i otworzył usta, aby krzyknąć: "Ty... próżniaku jakiś!..." - gdy wtem usłyszał dziecięcy głos.
Spojrzał naprzeciwko.
Mała niewidoma dziewczynka tańczyła po pokoju klaszcząc w ręce. Blada jej twarz zarumieniła się, usta śmiały się, a pomimo to z zastygłych oczu płynęły łzy jak grad.
Ona, biedactwo, w tym domu spokojnym dawno już nie doświadczyła tylu wrażeń! Jak pięknym zjawiskiem wydawały się jej fałszywe tony katarynki! Jak wspaniałym był ryk trąby, która mecenasa mało nie przyprawiła o apopleksją.
Na dobitkę, kataryniarz widząc uciechę dziecka zaczął przytupywać wielkim obcasem w bruk i od czasu do czasu pogwizdywać niby lokomotywa przed spotkaniem się pociągów.
Boże! jak on ślicznie gwizdał...
Do gabinetu mecenasa wpadł wierny lokaj ciągnąc za sobą stróża i wołając:
- Ja mówiłem temu gałganowi, jaśnie panie, żeby natychmiast wygnał kataryniarza! Mówiłem, że od jaśnie pana dostanie pensją, że my mamy kontrakt... Ale ten cham! Tydzień temu przyjechał ze wsi i nie zna naszych obyczajów. No, teraz posłuchaj - krzyczał lokaj targając za ramię oszołomionego stróża - posłuchaj, co ci sam jaśnie pan mecenas powie!
Kataryniarz grał już trzecią sztuczkę tak fałszywie i wrzaskliwie jak dwie pierwsze.
Niewidoma dziewczynka była upojona.

piątek, 22 czerwca 2012

Jack Higgins - Modlitwa za konających

Modlitwa za konających
Fallon zdjął płaszcz i przewiesił go przez balustradę, a następnie usiadł na taborecie przed klawiaturą i obniżył go tak, by móc łatwo operować pedałami. Anna stała po jego prawej ręce.
- Czy próbowała pani nie wciskać trompette, tak jak radziłem?
- Owszem. I od razu jest lepiej.
- Świetnie. Teraz ja zagram coś dłuższego, żebyśmy mogli się zorientować, co jeszcze dolega tym organom.. Może preludium i fugę d-moll Bacha?
- Ale moje nuty są w Braille'u.
- To nieistotne. Będę grał z pamięci.
Odwrócił się i spojrzał na księdza da Costę w towarzystwie policjantów.
- Jeżeli to panów interesuje, był to podobno ulubiony utwór doktora Alberta Schweitzera.
Nikt nie powiedział ani słowa. Stali, czekali i milczeli. Fallon zwrócił się znów do instrumentu. Kiedy to grał po raz ostatni? Bóg wie, ile to było lat temu. I nagle, nie wiadomo, dlaczego, zdało mu się, że to było wczoraj.
Anna nie mogła oczywiście widzieć błąkającego się po jego wargach lekko ironicznego uśmiechu, lecz coś z niego pojawiło się i w jej głosie, gdy, kładąc rękę na ramieniu, powiedziała:
- Niech pan zaczyna.
- Dlaczego się pani w to wmieszała? - szepnął ku jej przerażeniu.
- To chyba jasne - odparła, również szeptem. - By oszczędzić tych dwóch policjantów. A teraz proszę grać.
- Bóg pani wybaczy, ale to grzech tak kłamać - mruknął i zaczął grać.
Zabrzmiały pełne akordy, grał utrzymując wolne tempo, dokładnie zaznaczając każdą nutę. Grał z taką siłą i żarliwością, że Miller zapomniał na chwilę, po co przyszedł i pozwolił ponieść się tej wspaniałej muzyce.
Ksiądz da Costa stał pod ołtarzem ja wmurowany. Piękno gry oczarowało go bez reszty. Wykonanie było wręcz mistrzowskie.
Po dłuższej chwili Miller dotknął delikatnie ramienia księdza i szepnął mu do ucha:
- Piękny koncert, ale nie mam dziś, niestety, czasu. Czy moglibyśmy porozmawiać?
Ksiądz da Costa westchnął i ruszył w stronę zakrystii.
Fitzgerald wszedł ostatni i drzwi zatrzasnęły się za nim od nagłego podmuchu wiatru.
Organy zamilkły.

czwartek, 21 czerwca 2012

Ryszard Kapuściński - " Trąbka Armstronga..."



Trąbka Armstronga
szczerzy złote zęby
zanosi się
zatacza złote koła
wibruje
o ye
o ye ye baby

robi
salta
pętle
śruby
spirale

leci
w górze spotyka trąby anielskie
razem grają
When the Saints go Marching in

stamtąd
lotem koszącym spada na estradę

widownia szaleje
krzyczy i bije brawo

na końcu trąbki
spocony Satchmo
ociera czoło białą chustką


Ryszard Kapuściński: "Trąbka Armstronga..." W zbiorku: "Prawa natury". Wydawnictwo Literackie, Kraków 2006, s.43


[okładka pochodzi ze strony Empiku]

środa, 20 czerwca 2012

Henryk Sienkiewicz - Rodzina Połanieckich

Rodzina Połanieckich
"Była już blisko dziewiąta, gdy zaszedł do Bigiela. Bigiel, sam w obszernym, pustym mieszkaniu, siedział we drzwiach otwartych na ogrodową werendę i wygrywał na wiolonczeli tak, że aż wszystko w domu drgało. Ujrzawszy Połanieckiego przerwał jakieś tremolo i spytał:
- Byłeś dziś u Pławickich?
- Byłem.
- Jakże panna?
- Jak karafka "frapowanej" wody. Na taki gorący dzień to przyjemność. Zresztą grzeczni ludzie.
- Przewidywałem to.
- Graj dalej.
Bigiel począł grać Träumerei i grając przymykał oczy lub podnosił je na księżyc. W ciszy muzyka zdawała się napełniać słodyczą dom, ogród i samą noc.
Gdy skończył, milczał przez chwilę, po czym rzekł:
- Wiesz co? Jak pani Emilia wróci, żona moja zaprosi ją do siebie na wieś, a z nią i pannę Pławicką. Może tam te lody między wami stopnieją.
- Zagraj jeszcze raz Träumerei.
Dźwięki ozwały się po raz drugi, spokojne i rozmarzone. I Połaniecki był zbyt młodym, by nie miał być również choć trochę marzycielem. Więc wyobraził sobie, że Marynia słucha z nim razem Träumerei z rękoma w jego rękach, z głową na jego piersiach, kochająca bardzo i nad wszystko w świecie kochana."


Daria Grajek - Wiolonczela  (2012)

Eduard Bendemann - Schumann 1850 (1859)


 Henryk Sienkiewicz: "Rodzina Połanieckich" 1894

wtorek, 19 czerwca 2012

Witold Makowiecki - Diossos

Diossos

"A potem któryś z marynarzy przyniósł Diossosowi flet. Flet był stary, zniszczony, opalony przy końcu, widocznie wyciągnięty z pożaru. Diossos wziął go w ręce z drżeniem. Od tylu miesięcy nie miał fletu przy ustach. Spróbował parę tonów, szło jakoś. Zaczął jakąś piosenkę, urwał, pochylił się, nawrócił jednak zaraz i znów zaczął. marynarze zamilkli. Zrobiła się cisza. Pieśń płynęła. Zrazu żwawa, skoczna, potem coraz rzewniejsza, smutna. Gdy skończył, jakiś czas było cicho.
- Dobrze gra mały - rzekł ktoś.
Żeglarze porozsiadali się naokoło, na burtach, na zwojach lin, na workach. Diossos ciągnął znów. Przypomniał sobie jakąś zasłyszaną na przyjezdnym żaglowcu melodię tęskną, jednostajną, przejmującą, powtórzył ją raz, drugi, niepostrzeżenie przeszedł w inną jakąś pieśń, rozegrał się, zapamiętał, zapomniał o wszystkim.
Nagle siedzący tuż obok dowódca statku poruszył się gwałtownie. Skąd znasz tę pieśń? - spytał niemal gniewnie.
Diossos ocknął się, podniósł na niego oczy nieprzytomne jeszcze.
- Nie wiem, na jakimś statku ją grali. Nie pamiętam.
- To etruska pieśń. Śpiewała ją matka moja. Tu nikt jej nie zna.
- Czy nie chcesz, żebym ją grał?
Żeglarz wstrząsnął głową.
- Graj, graj ją jeszcze!
I Diossos grał. I tę, i inną pieśń, i jeszcze inną.
Księżyc wzeszedł, rozrzucając srebrne błyski na morzu. Fale szumiały lekko. Statek szedł wiatrem samym. Wioślarze [przestali odgarniać wiosłami wodę. Słuchali.
Diossos zmęczył się wreszcie i przestał grać. Żeglarze stali wokoło, kręcili głowami. Szeptali cicho jak zaczarowani. Dzikie, posępne twarze straciły na chwilę swój zwykły, zacięty wyraz. Porozchodzili się z wolna, część wróciła do wioseł, reszta legła spać. Noc była późna. Tylko dowódca statku siedział nieporuszony, milczący."
[s. 134-135]


"Zamiast odpowiedzi Melikles wziął za ramię Wejanusa, podszedł do wejścia szałasu. Odchylił zasłonę. Przed nimi była noc. Cicha. Pogodna. Stanęli w milczeniu. Osada zasypiała już; głosy ludzi i zwierząt, senne nawoływania przebiegały przez nią, ale coraz rzadsze i cichsze. Z niedaleka, z pobliskich zarośli nadrzecznych dochodziły tęskne, przeciągłe tony fletu. Ktoś grał.
Przytłumiona melodia, rzewna i pogodna, drżała w ciemności, cichła i narastała znów, brała w siebie powoli wszystko naokół, głosy zasypiającej osady, szmer strumienia, jednostajny daleki szum morza. Ale od czasu do czasu brzmiały w niej inne, przekorne, niespodziane nuty, jakby żartobliwe czy radosne, jak wiosenne, dźwięczne świergotanie drozdów czy wilg.
Wejanus przeciągnął się, wyprostował, jakby budził się ze snu.
- Zostaję - rzekł pełnym głosem."
[s. 276]


Witold Makowiecki: "Diossos". Prószyński i S-ka, Warszawa 1999.


poniedziałek, 18 czerwca 2012

Stanisław Barańczak - Z okna na którymś piętrze ta aria Mozarta...


Chirurgiczna precyzja
Z okna na którymś piętrze ta aria Mozarta,
kiedy szedłeś wzdłuż bloku. A w tej samej chwili
waliły się i z gruzów wstawały mocarstwa.

“Non so piu…” – ten żar róż bez ciężaru, ten żart na
śmierć i życie, pędzący za chmarą motyli
anapest tętna. Właśnie ta aria Mozarta

miała tu brzmieć, jak gdyby istniała gdzieś karta
praw przechodnia spod bloku, której nie gwałcili
ci inni my, ci z gruzów wznoszący mocarstwa -

gwarancja, że choć jedna zasłona, nie zdarta
do szczętu płyta, przetrwa; że zawsze uchyli
jakieś okno czy wyrok ta aria Mozarta.

Jak gdyby wszystkie dobra zdążyła ta martwa
ręka niepoczytalnie zapisać nam, czyli
kopczykom gruzów, z których wstawały mocarstwa,

w których rosła, wbrew nim, na niczym nie oparta
wiara, że to nie błąd, że nigdy się nie myli
w oknie na którymś piętrze ta aria Mozarta.
Waliły się i z gruzów wstawały mocarstwa.


Saverio dalla Rosa - Mozart jako dziecko (1770)

Stanisław Barańczak: "Z okna na którymś piętrze ta aria Mozarta". Ze zbiorku "Chirurgiczna precyzja. Elegie i piosenki z lat 1995-1997". Wydawnictwo a5, Kraków 1998, s. 70 
[Nagroda Literacka NIKE w roku 1999]

CHERUBINO
Non so più cosa son, cosa faccio,
or di foco, ora sono di ghiaccio,
ogni donna cangiar di colore,
ogni donna mi fa palpitar.
Solo ai nomi d'amor, di diletto,
mi si turba, mi s'altera il petto
e a parlare mi sforza d'amore
un desio ch'io non posso spiegar.
Parlo d'amor vegliando,
parlo d'amor sognando,
all'acque, all'ombre, ai monti,
ai fiori, all'erbe, ai fonti,
all'eco, all'aria, ai venti,
che il suon de' vani accenti
portano via con s.
E se non ho chi mi oda,
parlo d'amor con me.

Już nie wiem kim jestem, co robię,
Raz w sercu mam żar, raz lód.
Na widok każdej kobiety rumienię się,
Na widok każdej kobiety drżę.
Kiedy słyszę słowo „miłość" lub „ukochana"
Serce bije mi szybciej
I by mówić o miłości
Nabieram nieprzepartej ochoty.
Już nie wiem kim jestem itd.
Mówię o miłości na jawie,
Mówię o niej we śnie,
Do strumienia, cienia, gór,
Do kwiatów, traw i fontann,
Do echa, powietrza, wiatru,
Który unosi ze sobą
Dźwięk moich daremnych słów...
Mówię o miłości na jawie itd.
A jeśli nie mam do kogo,
Mówię o miłości sam do siebie.


Wolfgang Amadeusz Mozart: "Wesele Figara", Akt 1, Scena V,  aria Cherubina, 
libretto: Lorenzo da Ponte; na podstawie sztuki Pierre'a Beaumarchais "Le marriage de Figaro".  [tłumaczenie: Hayde]


niedziela, 17 czerwca 2012

Henryk Sienkiewicz - W pustyni i w puszczy


W pustyni i w puszczy
"Lecz największym zdumieniem i zachwytem napełniały oboje dzieci inne, latające w małych stadkach ptaki, które dawały prawdziwe koncerty.
Każde stadko składało się z pięciu lub sześciu samic i jednego, połyskującego metalicznymi piórami samca. Siadały one szczególnie na pojedynczych akacjach w ten sposób, że on umieszczał się na wierzchołku drzewa, one poniżej – i po pierwszych tonach, które wydawały się jakby strojeniem gardziołek, on rozpoczynał śpiew, a one słuchały w milczeniu. Dopiero gdy skończył, powtarzały jednogłośnym chórem ostatnią zwrotkę jego śpiewu. Po małej przerwie on znów zaczynał i kończył, one znów powtarzały, po czym całe stadko przelatywało falistym, lekkim lotem na następną, najbliższą akację i koncert złożony z solisty i chóru rozbrzmiewał w południowej ciszy powtórnie. Dzieci nie mogły się tego dość nasłuchać. Nel pochwyciła przewodnią nutę koncertu i razem z chórem samiczek wyśpiewywała swym cienkim głosikiem ostatnie tony, brzmiące jak szybko powtarzane dźwięki: „tui, tui, tui, tui, twiling-ting! ting!”
Pewnego razu dzieci idąc od drzewa do drzewa za skrzydlatymi muzykantami odeszły na kilometr od obozu, pozostawiwszy w nim troje Murzynów, Kinga i Sabę, którego Staś, wybierając się za jedną drogą na polowanie, nie chciał wziąć z sobą, by szczekaniem nie płoszył mu zwierzyny."

Henryk Sienkiewicz: "W pustyni i w puszczy".  Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 1999, 463 s.

sobota, 16 czerwca 2012

Anchee Min - Ostatnia cesarzowa

Ostatnia cesarzowa
"Żeby czymś zająć myśli, zorganizowałam spektakl opery ponpon, na który zaprosiłam najbliższe otoczenie. Wszyscy byli zdumieni, albowiem operę ponpon powszechnie uważano za rozrywkę dla biednych. W dzieciństwie widywałam takie przedstawienia we wsiach w mojej okolicy. Po tym, jak mój ojciec został zdjęty z urzędu, matka sprowadziła aktorów, żeby go rozweselić. Pamiętam, że byłam zachwycona występem. Po przeprowadzce do Pekinu znów strasznie chciałam ich zobaczyć, lecz powiedziano mi, że pałac to nie miejsce dla takiej miernoty.
     Trupa była maleńka, złożona tylko z dwóch kobiet i trzech mężczyzn. Mieli stare kostiumy i marne rekwizyty. Z trudem przeszli przez bramę, bo straż nie wierzyła, że ich naprawdę wezwałam. Nawet Li Lianying nie mógł przekonać wartowników. Wpuścili trupę dopiero na widok Antchai.
    Przed spektaklem zaprosiłam głównego aktora na prywatną rozmowę. Był to chudy jak szczapa, na wpół ślepy człowiek o załzawionych oczach. Podejrzewałam, że na tę okazję włożył swoje najlepsze ubranie, ale i tak było całe połatane. Podziękowałam mu, że przyszedł, i kazałam kucharzom nakarmić całą trupę przed wyjściem na scenę.
     Dekoracje okazały się nadzwyczaj proste. W tle wisiała zwykła czerwona zasłona. Mistrz zasiadł na stołku. Nastroił dwustrunowe erhu i zaczął grać. Rozległ się dźwięk przypominający darcie prześcieradła. Smutna muzyka dziwnie kojąco rozbrzmiewała w moich uszach.
     Na początku spektaklu spojrzałam wokół siebie i zauważyłam, że oprócz mnie na sali są tylko Antehai i Li Lianying. Wszyscy inni po cichu wyszli. Melodia brzmiała trochę inaczej, niż ją zapamiętałam. Upodobniła się do wycia wiatru gdzieś wysoko w niebie. Jęki dartego prześcieradła wypełniały wszechświat. Tak sobie wyobrażałam zawodzenie uciekających duchów. W myślach widziałam kamienne pustkowia i jodłowe lasy z wolna przysypywane piaskiem.
     Wreszcie muzyka ucichła. Mistrz opuścił głowę na piersi, jakby zasnął. Na scenie zapanowała cisza. Wyobraziłam sobie Wrota Niebios zamykające się w ciemnościach.
     Na scenę weszły dwie kobiety, a po nich mężczyzna. Wszyscy byli ubrani w obszerne niebieskie bluzy. W rękach trzymali bambusowe witki i chińskie miedziane dzwonki. Okrążali głównego aktora, wybijając na dzwonkach rytm melodii, którą grał na erhu.
     Mistrz nagle się obudził i zaczął śpiewać. Wyciągnął szyję niczym indyk i zawodził wysokim, świdrującym głosem, jak cykada w najgorętszy dzień lata
[...]
Nie przestając bić w dzwonki, pozostała trójka przyłączyła się do śpiewu."


Anche Min: „Ostatnia cesarzowa”. Albatros, Wydawnictwo A. Kuryłowicz, Warszawa 2008, 448 s., tłum. Witold Nowakowski

piątek, 15 czerwca 2012

Koncert Wojskiego


Kazimierz Alchimowicz - Wojski z rogiem

"(...) Natenczas Wojski chwycił na taśmie przypięty
Swój róg bawoli, długi, cętkowany, kręty
Jak wąż boa, oburącz do ust go przycisnął,
Wzdął policzki jak banię, w oczach krwią zabłysnął,
Zasunął wpół powieki, wciągnął w głąb pół brzucha
I do płuc wysłał z niego cały zapas ducha,
I zagrał: róg jak wicher, wirowatym dechem
Niesie w puszczę muzykę i podwaja echem.
Umilkli strzelcy, stali szczwacze zadziwieni
Mocą, czystością, dziwną harmoniją pieni.
Starzec cały kunszt, którym niegdyś w lasach słynął,
Jeszcze raz przed uszami myśliwców rozwinął;
Napełnił wnet, ożywił knieje i dąbrowy,
Jakby psiarnię w nie wpuścił i rozpoczął łowy.
Bo w graniu była łowów historyja krótka:
Zrazu odzew dźwięczący, rześki: to pobudka;
Potem jęki po jękach skomlą: to psów granie;
A gdzieniegdzie ton twardszy jak grzmot: to strzelanie.
Tu przerwał, lecz róg trzymał; wszystkim się zdawało,
Że Wojski wciąż gra jeszcze, a to echo grało.
Zadął znowu; myśliłbyś, że róg kształty zmieniał
I że w ustach Wojskiego to grubiał, to cieniał,
Udając głosy zwierząt: to raz w wilczą szyję
Przeciągając się, długo, przeraźliwie wyje,
Znowu jakby w niedźwiedzie rozwarłszy się garło,
Ryknął; potem beczenie żubra wiatr rozdarło.
Tu przerwał, lecz róg trzymał; wszystkim się zdawało,
Że Wojski wciąż gra jeszcze, a to echo grało.
Wysłuchawszy rogowej arcydzieło sztuki,
Powtarzały je dęby dębom, bukom buki.
Dmie znowu: jakby w rogu były setne rogi,
Słychać zmieszane wrzaski szczwania, gniewu, trwogi,
Strzelców, psiarni i zwierząt; aż Wojski do góry
Podniósł róg, i tryumfu hymn uderzył w chmury.
Tu przerwał, lecz róg trzymał; wszystkim się zdawało,
Że Wojski wciąż gra jeszcze, a to echo grało.
Ile drzew, tyle rogów znalazło się w boru,
Jedne drugim pieśń niosą jak z choru do choru.
I szła muzyka coraz szersza, coraz dalsza,
Coraz cichsza i coraz czystsza, doskonalsza,
Aż znikła gdzieś daleko, gdzieś na niebios progu!
Wojski obiedwie ręce odjąwszy od rogu
Rozkrzyżował; róg opadł, na pasie rzemiennym
Chwiał się. Wojski z obliczem nabrzmiałym, promiennym,
Z oczyma wzniesionymi, stał jakby natchniony,
Łowiąc uchem ostatnie znikające tony.
A tymczasem zagrzmiało tysiące oklasków,
Tysiące powinszowań i wiwatnych wrzasków. (...)"


Józef Brzostowski - Koncert Wojskiego (1873)








Na stronie Wikimedii  znalazłam następującą informację:
"Scena "Koncert Wojskiego" wykonana w kości słoniowej na boku mahoniowej szkatuły przeznaczonej do przechowywania manuskryptu "Pan Tadeusz". Dzieło rzeźbiarza Józefa Brzostowskiego z 1873 r. na bazie rysunku Juliusza Kossaka. Zbiory Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Wrocławiu." Autorem jest Robert Niedźwiedzki. [Scenę można powiększyć, klikając w nią].

A oto ta szkatułka:

Szkatułka z rękopisem "Pana Tadeusza"


Adam Mickiewicz: "Pan Tadeusz, czyli Ostatni zajazd na Litwie. Historia szlachecka z roku 1811 i 1812 we dwunastu księgach wierszem", Księga IV: Dyplomatyka i łowy. Paryż 1832-34

czwartek, 14 czerwca 2012

Adam Mickiewicz - Pan Tadeusz

Pan Tadeusz
Po wieczerzy i Sędzia, i goście ze dworu
Wychodzą na dziedziniec używać wieczoru;
Zasiadają na przyzbach wysłanych murawą;
Całe grono z posępną i cichą postawą
Pogląda w niebo, które zdawało się zniżać,
Ścieśniać i coraz bardziej ku ziemi przybliżać,
Aż oboje, skrywszy się pod zasłonę ciemną
Jak kochankowie, wszczęli rozmowę tajemną,
Tłumacząc swe uczucia w westchnieniach tłumionych,
Szeptach, szmerach i słowach na wpół wymówionych,
Z których składa się dziwna muzyka wieczoru.

Zaczął ją puszczyk, jęcząc na poddaszu dworu;
Szepnęły wiotkiem skrzydłem niedoperze, lecą
Pod dom, gdzie szyby okien, twarze ludzi świecą;
Niżej zaś - niedoperzów siostrzyczki, ćmy, rojem
Wiją się, przywabione białym kobiet strojem.
Mianowicie przykrzą się Zosi, bijąc w lice
I w jasne oczki, które biorą za dwie świéce.
Na powietrzu owadów wielki krąg się zbiera,
Kręci się, grając jako harmoniki sfera;
Ucho Zosi rozróżnia wśród tysiąca gwarów
Akord muszek i półton fałszywy komarów.

W polu koncert wieczorny ledwie jest zaczęty;
Właśnie muzycy kończą stroić instrumenty.
Już trzykroć wrzasnął derkacz, pierwszy skrzypak łąki,
Już mu z dala wtórują z bagien basem bąki,
Już bekasy do góry porwawszy się wiją
I bekając raz po raz jak w bębenki biją.

Na finał szmerów muszych i ptaszęcej wrzawy
Odezwały się chórem podwójnym dwa stawy,
Jako zaklęte w górach kaukaskich jeziora,
Milczące przez dzień cały, grające z wieczora.
Jeden staw, co toń jasną i brzeg miał piaszczysty,
Modrą piersią jęk wydał cichy, uroczysty;
Drugi staw, z dnem błotnistem i gardzielem mętnym,
Odpowiedział mu krzykiem żałośnie namiętnym;
W obu stawach piały żab niezliczone hordy,
Oba chory zgodzone w dwa wielkie akordy.
Ten fortissimo zabrzmiał, tamten nuci z cicha,
Ten zdaje się wyrzekać, tamten tylko wzdycha;
Tak dwa stawy gadały do siebie przez pola,
Jak grające na przemian dwie arfy Eola.

Adam Mickiewicz: "Pan Tadeusz, czyli Ostatni zajazd na Litwie. Historia szlachecka z roku 1811 i 1812 we dwunastu księgach wierszem", Księga VIII: Zajazd. Paryż 1832-34