sobota, 30 czerwca 2012

Hector Malot - Bez rodziny

Bez rodziny
Kiedy dotarliśmy do placyku z fontanną pośrodku, ocienionego platanami, ująłem harfę i zacząłem grać walca. Melodia brzmiała wesoło, moje palce poruszały się biegle, ale na sercu było mi ciężko i zdawało mi się, że olbrzymi ciężar dźwigam na ramionach. Kazałem Zerbinowi i Dolce tańczyć walca, posłuchały mnie od razu i zaczęły obracać się do taktu. Ale nikt nie pofatygował się, aby podejść i popatrzeć na nas, chociaż kilka kobiet siedziało na progach domów, robiąc na drutach i gadając.
Grałem dalej; Zerbino i Dolce tańczyły niezmordowanie.
Może ktoś zdecyduje się podejść? Gdyby choć jedna osoba, za nią poszłyby inne! Ale chociaż ja, Zerbino i Dolce robiliśmy co w naszej mocy, ludzie nie wyszli z domów; nikt nawet nie patrzył w naszą stronę. Tylko siąść i płakać!
Jednakże nie traciłem nadziei i grałem coraz głośniej, tak szarpiąc struny, że omal nie pękały.
[...]
Może ci ludzie nie lubili walca. Ostatecznie i to się zdarza.
Kazałem Zerbinowi i Dolce leżeć i zacząłem śpiewać swoją włoską piosenkę z takim zapałem, jak nigdy dotychczas. Nagle, na początku drugiej zwrotki, ujrzałem jakiegoś mężczyznę w kurtce i filcowym kapeluszu, który zbliżał się do nas. Nareszcie!
Włożyłem jeszcze więcej uczucia w mój śpiew.
-Hola! - usłyszałem - co ty tu robisz, nicponiu?

Hector Malot: "Bez rodziny". Nasza Księgarnia, Warszawa 1987, s. 75-76, tłum. Halina i Tadeusz Evertowie

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz