wtorek, 12 czerwca 2012

Marcin Kydryński - Chwila przed zmierzchem


Chwila przed zmierzchem
„Chłodne powietrze górskiej okolicy przyniosło muzykę. Zestawienie dżungli na końcu świata z prościuteńką, nieomal słowiańską melodią fujarki było tak silne, że nie mogłem zasnąć. To melodia niemożliwa do powtórzenia, czy też raczej bogactwo krótkich prostych fraz, z których splatała się sieć dźwięków. Ta sieć zatrzymała się na moim oknie jak moskitiera i po chwili wypełniła całą chatę. Kiedy wstałem i podszedłem do okna, zobaczyłem ogień na zboczu najbliższej góry. Dokładnie w miejscu, gdzie ciasno stłoczona roślinność dżungli ustępowała uprawnym poletkom Pigmejów. Muzyka przychodziła stamtąd. To nocny strażnik odstraszał zwierzęta od pola kartofli. Robił to z taką czułością, że wszystkie kameleony o trójrogich pyskach i pluszowe goryle górskie, i owady wielkości wróbli powinny zlecieć się z wulkanicznych lasów, by obsiąść grajka kołem jak ptaki świętego Franciszka.

Różnica pomiędzy muzyką fujarki w górach Zairu a muzyką, jaką pamiętałem z afrykańskich dróg i wnętrz północy czy wschodu,  jest zasadnicza. Fujarka była refleksyjna. Zdradzała u artysty proces myślenia i wymagała, by zbliżony proces zachodził w głowach słuchaczy. Przynajmniej w przypadku goryli nasz flecista mógł liczyć na powodzenie. Jego muzyka była introspekcją. Opowiadała o samotnym nocnym strażniku kartoflowych pól. Przenikała w naturalny dźwięk lasu, wibrujący od uderzeń miliardów owadzich skrzydeł, od krzyków małp i chrzęstu gałęzi pod stopami wielkich zwierząt. Tymczasem muzyka północy, ta  z sudańskich taksówek pustynnych, z autobusów w skalistych pejzażach Erytrei, z etiopskich kiosków z kasetami, miała inne zadanie. Ogłuszyć. Uniemożliwić refleksję.  Wypełnić pustkę tysiąca mil piasku i skał. Podkreślić wspólnotę. Nawet gdyby podróżujący czternaście godzin tym samym autobusem przez trzy dni nie czuli się sobie bliscy, to muzyka miała ich pojednać w ten napastliwy sposób nie znoszący sprzeciwu. Była jak głos z wielkich megafonów w świecie orwellowskim.  A przy tym nieznośnie jazgotliwa, z bezmyślnie powtarzaną w nieskończoność jedną frazą, drażniącą jak  kolec cierniowca w krtani. ”


Marcin Kydryński: "Chwila przed zmierzchem". Prószyński i S-ka, Warszawa 1995

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz