wtorek, 19 czerwca 2012

Witold Makowiecki - Diossos

Diossos

"A potem któryś z marynarzy przyniósł Diossosowi flet. Flet był stary, zniszczony, opalony przy końcu, widocznie wyciągnięty z pożaru. Diossos wziął go w ręce z drżeniem. Od tylu miesięcy nie miał fletu przy ustach. Spróbował parę tonów, szło jakoś. Zaczął jakąś piosenkę, urwał, pochylił się, nawrócił jednak zaraz i znów zaczął. marynarze zamilkli. Zrobiła się cisza. Pieśń płynęła. Zrazu żwawa, skoczna, potem coraz rzewniejsza, smutna. Gdy skończył, jakiś czas było cicho.
- Dobrze gra mały - rzekł ktoś.
Żeglarze porozsiadali się naokoło, na burtach, na zwojach lin, na workach. Diossos ciągnął znów. Przypomniał sobie jakąś zasłyszaną na przyjezdnym żaglowcu melodię tęskną, jednostajną, przejmującą, powtórzył ją raz, drugi, niepostrzeżenie przeszedł w inną jakąś pieśń, rozegrał się, zapamiętał, zapomniał o wszystkim.
Nagle siedzący tuż obok dowódca statku poruszył się gwałtownie. Skąd znasz tę pieśń? - spytał niemal gniewnie.
Diossos ocknął się, podniósł na niego oczy nieprzytomne jeszcze.
- Nie wiem, na jakimś statku ją grali. Nie pamiętam.
- To etruska pieśń. Śpiewała ją matka moja. Tu nikt jej nie zna.
- Czy nie chcesz, żebym ją grał?
Żeglarz wstrząsnął głową.
- Graj, graj ją jeszcze!
I Diossos grał. I tę, i inną pieśń, i jeszcze inną.
Księżyc wzeszedł, rozrzucając srebrne błyski na morzu. Fale szumiały lekko. Statek szedł wiatrem samym. Wioślarze [przestali odgarniać wiosłami wodę. Słuchali.
Diossos zmęczył się wreszcie i przestał grać. Żeglarze stali wokoło, kręcili głowami. Szeptali cicho jak zaczarowani. Dzikie, posępne twarze straciły na chwilę swój zwykły, zacięty wyraz. Porozchodzili się z wolna, część wróciła do wioseł, reszta legła spać. Noc była późna. Tylko dowódca statku siedział nieporuszony, milczący."
[s. 134-135]


"Zamiast odpowiedzi Melikles wziął za ramię Wejanusa, podszedł do wejścia szałasu. Odchylił zasłonę. Przed nimi była noc. Cicha. Pogodna. Stanęli w milczeniu. Osada zasypiała już; głosy ludzi i zwierząt, senne nawoływania przebiegały przez nią, ale coraz rzadsze i cichsze. Z niedaleka, z pobliskich zarośli nadrzecznych dochodziły tęskne, przeciągłe tony fletu. Ktoś grał.
Przytłumiona melodia, rzewna i pogodna, drżała w ciemności, cichła i narastała znów, brała w siebie powoli wszystko naokół, głosy zasypiającej osady, szmer strumienia, jednostajny daleki szum morza. Ale od czasu do czasu brzmiały w niej inne, przekorne, niespodziane nuty, jakby żartobliwe czy radosne, jak wiosenne, dźwięczne świergotanie drozdów czy wilg.
Wejanus przeciągnął się, wyprostował, jakby budził się ze snu.
- Zostaję - rzekł pełnym głosem."
[s. 276]


Witold Makowiecki: "Diossos". Prószyński i S-ka, Warszawa 1999.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz