wtorek, 31 lipca 2012

Erik Axel Karlfeldt - [Coś dźwięczy w tej grani...]

Coś dźwięczy w tej grani tak czysto, tak lekko
jak dzwonki niebiańskie coś gra tak miękko.
I słyszę melodię, co czuła i prosta:
Nie odchodź od nas, zostań, zostań!

Otwarłem oporne oko
Wszystko znajome się zdało.
Dzwoniono na Paschę, jakieś dziecko
u mego wezgłowia płakało.

Andreas Zorn
Erik Axel Karlfeldt i Zorngårdens matsal (1906)

Erik Axel Karlfeldt: "Coś dźwięczy w tej grani...". Fragment wiersza "Choroba". Przekład Leonarda Neugera. W: "Na Głos. Pismo poświęcone literaturze oraz innym sztukom." Nr 22(47), Kraków, kwiecień 1996, s. 146

sobota, 28 lipca 2012

Hortensia Papadat-Bengescu - Koncert muzyki Bacha


Koncert muzyki Bacha

"Cierpiący doktor Rim podśpiewywał przedtem na różne tony swoje "Ojra, ojra" narażając się na ironiczne uwagi Nory. Na suchych wargach sławnego doktora melodyjka ta pojawiała się jak sygnał, była kluczem muzycznym, diapazonem jego nastrojów. Pochodzenie "Ojra" sięgało odległych czasów. Niegdyś Rim zwykł był co tydzień uprawiać muzykę kameralną u państwa Schmidtów. Był tam dobrany kwartet, w którym pan domu, aptekarz, grał na kontrabasie, profesor Rim na skrzypcach lub flecie, pan Tuchte z wiedeńskiego Kunstverein - obecnie właściciel wzorowej mleczarni - na fortepianie. Był to zespół tyleż cnotliwy, co mistrzowski! Spokojny zakątek, którego nikt by się nie domyślił w zgiełku miasta.
     Pewnego miłego dnia, w przerwie między tańcami Brahmsa, pani Schmidt dla żartu puściła płytę na nowym gramofonie swego syna, łobuzerskiego licealisty, który był zawziętym frankofilem i twierdził, że Niemiec Schmidt jest czystej krwi Alzatczykiem. Było to nagranie sławnej "Ojry", melodii rozniesionej po całej Europie podczas  tournée  rewii "Tour du Monde". "Ojra" była więcej niż szlagierem, była muzycznym popisem tego zespołu rewiowego, popisem, który utrwalał się w pamięci słuchaczy. W tej piosence mieściły się nie tylko wszystkie złe duchy, krążące wśród pięciuset stażystów, emanował z niej zapach perfum,pudru i szminki, nastrój wywołany śmiałymi dekoltami aktorek, złoceniami, lakierem,piżamami na scenie, przejrzystymi spódnicami, obcisłymi trykotami, zawrotnym wirem tańca. "Ojra" była środkiem oddziaływania sceny na widownię. Budziła w widzach rozmaite uczucia, które dotąd drzemały w utajeniu. Orkiestra rozbudzała jazz, który ludzie noszą w mięśniach lędźwi, i dzięki temu melodia usłużnie zwracała widzom to, co od nich samych pożyczyła.
     Pod wpływem "Ojry" frenetyczna wesołość ogarnęła kwartet Schmidta. Jedynie pani Schmidt pozostała niewzruszona, wyrozumiale patrząc na tych poważnych ludzi, którzy nagle "zdurnieli", jakby powiedziała Lina w swojej osobliwej mołdawszczyźnie. Był to zresztą tylko chwilowy wyskok, jak słusznie mniemała pani Schmidt. I oto teraz, po latach, kiedy kwartet Schmidta od dawna już został rozwiązany, znów pojawiła się "Ojra", tym razem jako znak lirycznego nastroju doktora Rima, który z pewnością zapomniał, gdzie i kiedy przyswoił sobie ów wariacki rytm."

Hortensia Papadat-Bengescu: "Koncert muzyki Bacha". "Czytelnik", Warszawa 1981, 
s. 133-135, tłum. Janina Wrzoskowa




piątek, 27 lipca 2012

Czesław Miłosz - Śpiew

Piesek przydrożny


Obrócona twarzą ku dolinie, kobieta śpiewa, jakby chciała pieśnią wypełnić cały obszar między pochyłością parku, rzeką i wzgórzami po drugiej stronie.
Gdyby ten sen zdarzył mi się, kiedy byłem młody, byłby pełen znaczenia.


Czesław Miłosz: "Piesek przydrożny. Śpiew". W: "Na głos". Nr 25(50), Kraków, grudzień 1996, s. 6

czwartek, 26 lipca 2012

Kazimiera Iłłakowiczówna - Chwila ciszy


Iłłakowiczówna

Włos każdy brzęczy jak struna dotknięta,
włos jasny, cienki...
Kręcą się, kręcą jak młode dziewczęta
białe wisienki.

Włos każdy śpiewa pod ręką jak pszczoła
w wielkim kielichu...
Weszły tańczące konwalie do koła,
nucą po cichu.

Grają i brzęczą --- długi włos w warkoczu,
drobny --- u skroni...
Bez utkwił we mnie sto tysięcy oczu
i także dzwoni.




Kazimiera Iłłakowiczówna: "Chwila ciszy". W: "Kazimiera Iłłakowiczówna". Seria Poeci Polscy. Czytelnik, Warszawa 1971, s. 11

Claude Monet - Giverny in Springtime  (1900)



środa, 25 lipca 2012

Stefan Żeromski - Dzieje grzechu (2)


Dzieje grzechu

Począł znowu grać. Na twarz jego występował i gasł żywy ogień. Ewa zwolna-zwolna zsuwała się i podpadała pod władzę muzyki. Widziało jej się w marzeniu mocnym jak rzeczywistość, że gdzieś w kraju jest w pobliżu traktu, gościńca, polskiej naszej drogi, zalanej garusem marcowego błota. Spostrzegła w gęstej mgle małą dziewczynkę, drobne dziecko opuszczone. Nogi jej w dziurawych trzewiczynach toną w błocku tak gęstym, że za każdym krokiem naprzód i w tył padają strzały i bryzgi. Sukienka na niej „szkocka”, chusteczka żółtawa na głowie. Wicher dmie. Ze starej, obłamanej, wyschłej topoli lecą liście. Co to za dziecko i czyje? Nawija się na usta, podpowiedziane przez muzykę, słowo najbardziej polskie: — sierota... Widok tej nędzy i tego smutku, któremu nic się poradzić nie może, sprowadził nieoczekiwany zwrot do gniewu i odepchnięcia, do wyniosłości i pogardy. Melodia powtarzająca się, kierownica marzeń, poczęła mętnieć, posunęła się w mglistość, zostawiając po swym odejściu niezwalczony zaród siły. Wszystko w melodii tej stało się brakiem normalnego biegu, wszystko stało się bezwzględnym wyładowaniem innerwacyjnych stanów uczucia. Natomiast dała się uczuć ślepa i bezwzględna rozkosz namiętności. Ewa zacisnęła zęby, rozwarła powieki i brnęła w rwący a bezdenny nurt uniesienia.
Przejścia stały się coraz bardziej zrywane, przeistoczyły się w szarpaniny, w przeskoki, gdzie ginęły samoistne stany duszy. Wszystko to poczęło tworzyć tło przerażające, jak gdyby kratę, zza której raz wraz błyskają okrutne, dzikie, podłe i rozwścieczone oczy. Zdawało się, że serce nie zniesie tego nadmiaru napięcia, gdyż wszystko, co ma wybuchnąć, zrywa się w zaraniu ni to westchnienie dziecięce, które pięść zbójecka dławi w maleńkich piersiach i ucisza na zawsze. Nasunęły się przed oczy Ewy asocjacyjnie jakoweś mętne obrazy i myśli nowe, niewiadome, obce od początku do końca.. Widziała w pewnej chwili coś straszliwego, jakby błysk noża, który ma piersi rozedrzeć i wynaleźć serce ludzkie znikczemniałe.
Ach, z jakąż ulgą westchnęła, posłyszawszy w tej otchłani przecudny śpiew... W echu dalekiej pieśni, w tym tchnieniu odległej mocy ludzkiego żywota, jakiż to był wyraz niezgłębionej mądrości! Uśmiechnęła się z rozkoszą. — Połysk w oczach, zalanych łzami, i radość w sercu: wszakże to tylko -morze tak wiosenną swoją pieśń śpiewa.
Szczerbic nie mógł grać dłużej. Głowa jego zwróciła się bezwładnie. Ręce przyczołgały się do rąk Ewy. Patrzał w nią rozszalałymi oczyma.

Stefan Żeromski: "Dzieje grzechu". Zielona Sowa, Warszawa 2005, 464 s.

wtorek, 24 lipca 2012

Stefan Żeromski - Dzieje grzechu (1)


Dzieje grzechu

- A co by pani sprawiło przyjemność? Mój Boże, gdybym ja wiedział! To jest, właściwie, przecież wiem... 
- Pan gra? 
- Gram trochę... "sobie, nie komu, swe, nie cudze rzeczy..." 
- Proszę mi zagrać... 
- A jak znudzę? 
- Toteż grać bardzo ładnie. 
Usiadła głębiej w swym miejscu, zasunęła się w kącik. Szczerbic odwrócił krzesło, znalazł się przy fortepianie i począł grać natychmiast. Spłynęła melodia przedziwna, przeszywająca, żałosna. Tony te spadły na Ewę niespodziewanie i wraz oplątały ją wszystką niepojętymi pętami. Czuła narzuconą bezsilność, jak gdyby jej związano ręce i nogi. Głos główny, głos żałosny jak sztylet zamierzał się do ciosu i niby zdradziecka ręka odskakiwał przed uderzeniem. Zamieć tonów porywała na wysokość, pędziła wyżej i wyżej, kędy już nie ma tchu. Aż wreszcie - szczyt. Niebo rozwarte. Jasne śmieją się chmury. Ulga spływa w powiewach prześlicznej muzyki... Oto chwila, kiedy rozwiązuje się niemy język samotności i język niemych jej pociech, błądzących nad przepaściami. Jeszcze jeden, jeszcze jeden niedostępny gradus do najwyższego ołtarza, skąd ukojenie spada lekko i lekko jak płatek zwiędłej róży po falach cichego wiatru. Ręka ojcowska, kojąca, miękka dłoń na czole. Łzy kapią na włosy nierządne, na oczy bezwstydne, na ramiona całusom męskim wydane, które on wyhodował w czystości. Cichy i mroczny wieczór w opuszczeniu i beznadziei. Lecz jeszcze radosne marzenie o przyszłych dniach drży w sercu. Prosi się serce ostatnim swoim uderzeniem: zabrzmij raz jeszcze, o melodio miłościwa... Lecz oto nagły cios! Głos niewiadomy, potężny i obcy wszystkiemu, co jest na świecie, wybuch z rozgwaru tonów. Wszystko to, co jest w rosyjskiej duszy, a czego nie ma w żadnej innej, wszystko, co się zawiera w niewytłumaczalnym i jedynym słowie - swirepyj - rzuciło się na duszę. Porwał wszystko i poszarpał wicher szaleństwa. Skurcz boleści wstrzymał serce w biegu. Wychynął z nicości jakowyś potworny dialog rozpętanych gniewów. Dały się słyszeć wrzaski, pomruki i groźby potworów przeciwko samotnej duszy, trzęsącej się w pustce i pohańbieniu. Oto upadła już jej głowa i bez sił leży. A i wówczas nie ustaje, lecz wzmaga się rozpacz. Lecą dźwięki! Nie - to nie dźwięki. To promienie księżyca na ścianach izby w mieście dalekim, to jęk ponocny, to płacz dzieciątka uduszony... To skarga rozpostartej na ziemi, zdeptanej i skarżącej się głębinie, która pochłonie ją, jak innych pochłonęła... Ostatnie niedokończone nuty porwały świadomość i, zdało się, zniszczyły ją zupełnie. 
Szczerbic przerwał na chwilę. 
- Co pan grał? - zapytała. 
- To? Niektóre miejsca z pierwszej części "Symfonii patetycznej" Czajkowskiego. Ale już dosyć! 
- Nie! Jeszcze! 
- Co grać? 
- Jeszcze to! 
- Nie chcę, nie mogę. Zagram pani takiego "Motyla" Griega. Dobrze? 
- "Motyla" - cha-cha! 
- Dlaczego się pani śmieje? 
- Tak sobie... Przypomniałam sobie pewnego motyla. Był czas, kiedy byłam motylem. Czy pan uwierzy? Nie, za nic nie chcę słuchać "Motyla". Tamto, panie! 
Gdy Szczerbic zaczął grać znowu allegro pierwsze i drugie tejże Symfonii, cicho wstała ze swego miejsca. Idąc bez szelestu po dywanie, zbliżyła się do niego. Stała z tyłu, za krzesłem. Uczyniła to niemal bez wiedzy o tym, co robi, wbrew woli, ze wstydem, który jednak nie panował nad samowolnymi ruchami. To muzyka dźwignęła ją, kazała wstać z miejsca i iść ku fortepianowi. W locie błysnęła myśl, że nigdy Łukasz nie sprawił jej takiej rozkoszy, żeby dla niej samej grać, jak gra Szczerbic. Szczerbic zaś gra dla niej jedynej i mówi do niej poprzez usta muzyki. Zdyszana, pąsowa od ognia wstydu stała jak ciche widmo. Gdy przewinął się pewien akord przewodni, grający półodwrócił głowę. Głęboka radość świeciła się w jego oczach jak samolśniący blask. Posunął po dywanie lekkie krzesło w pobliżu stojące i podał je Ewie. Usiadła. Musiała usiąść tak, jak stało krzesło: nieco za nim, a tak blisko, że ramieniem opierała się o poręcz krzesła. 
Począł znowu grać. 

Stefan Żeromski: "Dzieje grzechu". Zielona Sowa, Warszawa 2005, 464 s.



poniedziałek, 23 lipca 2012

Krzysztof Kamil Baczyński - Sur le pont d'Avignon


Ty jesteś moje imię...
Ten wiersz jest żyłką słoneczną na ścianie
jak fotografia wszystkich wiosen.
Kantyczki deszczu wam przyniosę ---
wyblakłe nutki w nieba dzwon
jak wody wiatrem oddychanie.
Tańczą panowie niewidzialni
"na moście w Awinion".
Zielone, staroświeckie granie
jak anemiczne pączki ciszy.
Odetchnij drzewem, to usłyszysz
jak promień --- naprężony ton,
jak na najcieńszej wiatru gamie
tańczą liściaste suknie panien
"na moście w Awinion".
W drzewach, w zielonych okien ramie
przez widma miast --- srebrzysty gotyk.
Wirują ptaki płowozłote
jak lutnie, co uciekły z rąk.
W lasach zielonych --- białe łanie
uchodzą w coraz cichszy taniec.
Tańczą panowie, tańczą panie
"na moście w Awinion".

Krzysztof Kamil Baczyński: "Sur le pont d'Avignon". W zbiorku Krzysztofa Kamila Baczyńskiego: "Ty jesteś moje imię". Seria: Najpiękniejsze wiersze. Wybór i opracowanie - Aleksander Nawrocki, Wydawnictwo Książkowe IBIS, Warszawa 1994, s. 20

Włodzimierz Terlikowski - Most w Avignon (1945)

niedziela, 22 lipca 2012

James Clavell - Gai-jin


Gai-jin

"W głównej sali klubu oświetlonej lampami naftowymi trwało w najlepsze przyjęcie zaręczynowe. Malcolm Struan zagarnął cały budynek i kazał go wyszykować. Zaproszono wszystkich godnych szacunku mieszkańców Osiedla - a oni przyjęli zaproszenie – wszystkich oficerów, bez których flota i wojska lądowe mogły się akurat obyć. Na zewnątrz zaś, na High Street, patrole obu formacji miały rozkaz nie wpuszczać opojów ani też niepożądanych gości z Miasta Pijaków.
Angelique nigdy nie wyglądała bardziej oszałamiająco: krynolina, koafiura z piórami rajskich ptaków i olśniewający pierścionek zaręczynowy. Grano pulsującego walca Johanna Straussa Młodszego - utwór zupełnie nowy, właśnie dotarł z Wiednia przesyłką dyplomatyczną. Andre Poncin siedział przy fortepianie; towarzyszyła mu odziana na galowo orkiestra marynarki w podstawowym składzie. Partnerem Angelique był Settry Pallidar - jego wybór na reprezentanta armii przyjęto rykiem aprobaty, acz powszechnie mu zazdroszczono.
[…]
- Szczęściarz, ten cholerny sukinsyn - rzekł cicho Marlowe obserwując rywala. Marlowe miał białe jedwabne spodnie i pończochy oraz czarne buty ze srebrnymi sprzączkami. Na niebieskiej marynarce jego munduru pobłyskiwał dodatkowy sznur adiutanta.
- Kto taki? - spytał Tyrer. Przechodził obok, trzymając w ręce kolejny już kieliszek szampana. Był zaczerwieniony, podniecony zabawą oraz tym, że udało mu się wywieźć z Edo samuraja Nakamę i z aprobatą sir Williama zainstalować go w swym domu jako nauczyciela japońskiego.
- Kto jest sukinsynem, Marlowe?
- Wypchaj się! Tak jakbyś nie wiedział! - Marlowe wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Posłuchaj, ja reprezentuję marynarkę, do mnie należy następny taniec i pokażę psubratowi co i jak albo polegnę.
- Szczęściarz! Jaki to taniec?
- Polka!
- Och, słowo daję! Tyś to zaaranżował?
- Przysięgam, że nie! - Polka, wywodząca się z czeskiego tańca ludowego, zagościła ostatnio na europejskich parkietach. Tańczono ją wszędzie z zapałem, choć wciąż uchodziła za taniec ryzykowny. - Jest w programie! Nie zauważyłeś?
- Nie, zupełnie nie, miałem zbyt wiele spraw na głowie - oznajmił rozradowany Tyrer. Tak bardzo pragnął opowiedzieć komuś o tym, jaki okazał się sprytny, a jeszcze bardziej zdradzić mu to, że dzisiaj, gdy tylko będzie mógł, przejdzie Most Raju i wpadnie w ramiona swej ukochanej. Żałował, że w obu sprawach zobowiązano go do zachowania tajemnicy. – Tańczy jak marzenie, prawda?
- Cześć, młody Tyrerze... - odezwał się Dmitri Syborodin, podchmielony, spocony, z kuflem rumu w garści. - Poprosiłem szefa orkiestry, by uciął kankana. Facet mówi, że już czterech przede mną prosiło.
- Boże, zagra? - spytał przestraszony Tyrer. - Raz w Paryżu widziałem, jak to tańczono... Nie uwierzysz, ale dziewczyny w ogóle nie miały na sobie pantalonów.
- Wierzę! - Dmitri zaśmiał się rubasznie. - Lecz Anielskie Cyce ma je dziś na sobie i niech mnie diabli, jeśli będzie się bała je pokazać!
- Posłuchaj tylko... - zaczął zapalczywie Marlowe.
- Uspokój się, John, on po prostu żartuje. Dmitri, jesteś niemożliwy! Z pewnością szef orkiestry nie ośmieli się?
- Chyba żeby Malc mu kiwnął.
Rozejrzeli się po sali. Malcolm Struan siedział z doktorem Hoagiem, Babcottem, Seratardem i kilkoma innymi ministrami. Obserwował parkiet, oczami wodził za Angelique, która wznosiła się, opadała i kołysała oczarowana śmiałą nowoczesną muzyką, wprawiającą wszystkich w wesoły nastrój. Jego dłoń spoczywała na masywnej lasce, złoty sygnet pobłyskiwał, gdy Malcolm poruszał palcami do taktu. […]
Kiedy wymieciono wszystko ze stołów i usunięto siedmiu pijaków, Andre Poncin zasiadł na swym miejscu i orkiestra zaczęła grać.
Przestrzegając etykiety, sir William poprosił Malcolma o pierwszy taniec. Następnym był Seratard, potem pozostali ministrowie - z wyjątkiem von Heimricha, który chory na biegunkę leżał w łóżku - a wreszcie admirał i generał. Później mężczyźni tańczyli po kolei z pozostałymi dwiema kobietami. Po każdym tańcu Angelique otaczali zaczerwieni i uśmiechnięci panowie, a ona, wachlując się, powracała do  Malcolma; miła dla wszystkich, jemu jednemu poświęcała całą uwagę. Za każdym razem odmawiała tańczenia, a w końcu dawała się przekonać narzeczonemu: "Ależ Angelique, kochanie, ubóstwiam patrzeć, jak tańczysz, robisz to z takim wdziękiem".
Teraz właśnie na nią patrzył, rozdarty między poczuciem szczęścia a zniechęceniem,
wściekły, że jest kulawy."


Can Can Dancers - Jean Louis Forain

James Clavell: "Gai-jin". vis-à-vis Etiuda, Kraków 2009, s. 332-335, tłum. Grażyna Grygiel, Witold Nowakowski, Piotr Staniewski

sobota, 21 lipca 2012

Bronisława Ostrowska - W karnecie balowym I


Krąg szklisty, świetlisty, wielki
faluje, śpiewa i drga ---
Skrzydlate pantofelki,
Różowa sukni mgła.
Tęczowe koło się toczy,
Łańcuch gorących rąk:
W krąg oczy, jak pawie oczy,
I lampy w lustrach w krąg.
Nie wiem, czy płynę, czy tańczę,
Do lądu w złotej mgle ---
Stół, palma i pomarańcze,
I szampan w zimnym szkle.
I znów mię fala porywa
W grającą, lśniącą dal,
W tę bajkę, co się nazywa
Najpierwszy bal.


Wilhelm Gause - Walc wiedeński (XIX w.)

Bronisława Ostrowska, seria Poeci Polscy, Czytelnik, Warszawa 1968, str. 113

czwartek, 19 lipca 2012

Czesław Miłosz - Walc


Już lustra dźwięk walca powoli obraca
I świecznik kołując odpływa w głąb sal.
I patrz: sto świeczników we mgłach się zatacza,
Sto luster odbija snujący się bal.

I pyły różowe jak płatki jabłoni,
I skry, słoneczniki chwiejących się trąb.
Rozpięte szeroko jak krzyże w agonii
Szkło ramion, czerń ramion, biel ramion i rąk.

I krążą w zmrużone swe oczy wpatrzeni,
A jedwab szeleści o nagość, ach cyt...
I pióra, i perły w huczącej przestrzeni,
I szepty, wołanie, i zawrót i rytm.

Rok dziewięćset dziesięć. Już biją zegary,
Lat cicho w klepsydrach przesącza się piach.
Aż przyjdzie czas gniewu, dopełnią się miary
I krzakiem ognistym śmierć stanie we drzwiach.

A gdzieś tam daleko poeta się rodzi.
Nie dla nich, nie dla nich napisze ich pieśń.
Do chat drogą mleczną noc letnia podchodzi
I psami w olszynach zanosi się wieś

Choć nie ma go jeszcze i gdzieś kiedyś będzie,
Ty, piękna, nie wiedząc kołyszesz się z nim.
I będziesz tak tańczyć na zawsze w legendzie,
W ból wojen wplątana, w trzask bitew i dym.

Stań tutaj przy oknie i uchyl zasłony,
W olśnieniu, widzeniu, na obcy spójrz świat.
Walc pełznie tu, liśćmi złotymi stłumiony
I w szyby zamiecią zimowy dmie wiatr.

Lodowe pole w blasku żółtej zorzy
W nagle rozdartej nocy się otworzy
Tłumy biegnące wśród śmiertelnej wrzawy,
Której nie słyszysz, odgadujesz z ust.

Do granic nieba sięgające pole
Wre morderstwami, krew śniegi rumieni,
Na ciała skrzepłe w spokoju kamieni
Dymiące słońce rzuca ranny kurz.

Jest rzeka na wpół lodami przykryta
I niewolnicze na brzegach pochody,
Nad siną chmurą, ponad czarne wody
W czerwonym słońcu, błysk bata.

Tam, w tym pochodzie, w milczącym szeregu,
Patrz, to twój syn. Policzek przecięty,
Krwawi. On idzie, małpio uśmiechnięty,
Krzycz! W niewolnictwie szczęśliwy.

Rozumiesz. Jest taka cierpienia granica,
Za którą się uśmiech pogodny zaczyna,
I mija tak człowiek, i już zapomina,
O co miał walczyć i po co.

Jest takie olśnienie w bydlęcym spokoju,
Gdy patrzy na chmury i gwiazdy, i zorze,
Choć inni umarli, on umrzeć nie może
I wtedy powoli umiera.

Zapomnij. Nic nie ma prócz jasnej tej sali
I walca, i kwiatów, i świateł, i ech.
Świeczników sto w lustrach kołysząc się pali,
I oczy, i usta, i wrzawa, i śmiech.

Naprawdę po ciebie nie sięga dłoń żadna,
Przed lustrem, na palcach unosząc się, stań.
Na dworze jutrzenka i gwiazda poranna,
I dzwonią wesoło dzwoneczki u sań.

Czesław Miłosz: "Walc". Warszawa 1942

Study For the Last Dance - Gilbert Charles Stuart

środa, 18 lipca 2012

J.R. Moehringer - Bar dobrych ludzi

Bar dobrych ludzi
Książki były głównym przedmiotem w planie lekcji Billa i Buda, ale nie jedynym. [...]
Dzielili się ze mną podstawową wiedzą o sztuce, architekturze, a przede wszystkim o muzyce. Bud przyznał, że Sinatra jest w porządku, ale istnieją jeszcze inni „nieśmiertelni”. Wąchając zaciśniętą pięść, napisał mi listę płyt, które „każdy kulturalny człowiek musi mieć w swojej kolekcji”. Dworzak, Schubert, Debussy, Mozart. Zwłaszcza Mozart. Bud był wielbicielem Mozarta. Złożyłem listę na pół, wsunąłem do kieszeni i zachowałem przez wiele lat, bo uważałem ją za wzruszającą, szczerą receptę na rozwój duchowy. Zwierzyłem się Budowi, że nie stać mnie na płyty. Następnego dnia przyniósł wybrane tytuły z własnej kolekcji.  Powiedział, żebym potraktował to jak pożyczkę. Siedzieliśmy na zapleczu, a Bud odtwarzał płyty na przenośnym adapterze, dyrygując ołówkiem i tłumacząc, dlaczego sonata fortepianowa C-dur Mozarta jest wyznacznikiem piękna, dlaczego tria Beethovena są wyjątkowe, a sonata Planety Holsta może przerażać. Kiedy Bud szkolił mnie w muzyce, Bill poświęcał się jeszcze bardziej. Całe popołudnia siedział za kasą.

J.R. Moehringer: "Bar dobrych ludzi. Wspomnienia". Sonia Draga, Katowice 2009, s. 179-180, tłum. Maciej Potulny

wtorek, 17 lipca 2012

Mikołaj Biernacki-Rodoć - Muzyków zejście na ziemię

Satyry
Wszystkim jest zapewne znana
Sprzeczka Apolla i Pana
      O flet i fujarę;
W której król Midas za karę,
Że przyznał wyższość fujarze,
Od dumnego Apollina,
Zamiast dostać beczkę wina,
Dostał ośle uszy w darze.

Lecz na tem się nie skończyło.
Słuchajcie, co dalej było:
      Apollo zawoła:
- Nic mnie nie obchodzi zgoła
Sąd jakiegoś niedołęgi!
Ja żądam znawcy, mój Panie,
Zatem pójdziemy po zdanie
Do Jowisza – bez mitręgi.

- Dobrze, mówi Pan, pójdziemy,
Jeszcze raz spróbujemy
      Poszli i przybyli,
Natychmiast się ustawili
Pod oknami wielkiej Sali,
W której piajno herbatę,
I naraz głośną sonatę,
Z ge dur i be mol zagrali.

W Sali był Jowisz, Mars z żoną,
Merkury... więc się bawiono.
      Wtem chaos – szum w głowie.
Jowisz się skrzywił i powie:
„Znowu muzyka, no, proszę,
Dziś już nie wiem, po raz który!
Bądź łaskaw, wyjdź no, Merkury,
Odpraw ich, daj im trzy grosze...

Wyobrażenia nie macie,
Mój Marsie, wiary nie dacie,
      Co to jest to granie!
Spacer, obiad, bal, śniadanie,
Pogrzeb... wszędzie się wciskają,
To kwartety, to sonaty,
To symfonie, to kantaty...
Dość, że graja, grają, grają... „

Tutaj Merkury powraca
I rzecze: „Daremna praca!
      Grać będą od ucha,
Aż się Jowisz dobrze wsłucha,
To koncert Pana i Feba,
Mają nowe instrumenta:
Flet z klapką – fujara dęta.
Żądają krytyki nieba”.

Jowisz rękawy zagina...
„Merkury, gdzie moja trzcina?”
      Mówi: „Chcą krytyki!”
Wybiegł... słychać było krzyki...
Powrócił, siadł na kanapie
I rzekł: „Całe grajków plemię
Kazałem zepchnąć na ziemię:
Niech tam ludziom uszy drapie”.

Filippo Lauri (1623-1694)
King Midas Judging The Musical Contest Between Apollo And Pan

[Król Midas rozstrzyga w muzycznym pojedynku między Apollinem a Panem]

Mikołaj Biernacki-Rodoć: "Muzyków zejście na ziemię”.  W: "Satyry. Wybór". Gebethner i Wolff, Warszawa 1909, s. 32-34

poniedziałek, 16 lipca 2012

Sat-Okh - Ziemia Słonych Skał

Ziemia Słonych Skał

"Pierwsze promienie słońca padają skośnie. Ich blask jest czerwony, a długie cienie mają kolor granatowy. Słońce dopiero wzeszło, lecz wioska nie śpi. Na placu przed palem totemowym odbywa się taniec, który rozpoczął się wraz ze wschodem słońca. Prowadzi go czarownik Gorzka jagoda.
W ostrym świetle czerwonych promieni widzę go wyraźnie. Przypomina stojącego na tylnych nogach skrzydlatego bizona. Na głowie ma bizoni skalp o szeroko rozstawionych rogach. Ich końce – tak jak dziób sowy na totemowym palu – błyszczą czerwienią. Twarz pomalował w niebieskie i żółte pasy. Do szeroko rozpostartych ramion przytwierdził grzechotki z kopyt jelenich, które trzaskają jak tętent karibu pędzącego po kamiennym brzegu rzeki.
Wraz z nim tańczy wojownik obnażony do pasa: Nepemus – Silna Lewa Ręka, wielki myśliwy i tancerz naszego plemienia. . Obaj krążą w środku wielkiego koła wojowników, wybijających rytm na bębnach i grzechotkach z żółwich skorup.
Rytm jest coraz głośniejszy, szybszy. Ciało Nepemusa wysmarowane tłuszczem niedźwiedzim, lśni jak brąz. Chwilami wydaje się, że tancerz posiada kilka par nóg, to znów, że jak czapla wiruje na jednej nodze – a za to na szyi, obwieszonej sznurami z pazurów i kłów wilczych chwieją się trzy głowy.
Tomahawk Nepemusa zadaje ciosy niewidzialnym przeciwnikom. Ręka wojownika jest niezawodna, jego mięśnie twarde jak kły niedźwiedzia. Każdy cios tomahawkiem, świst jego ostrza to Pieśń śmierci dla wroga. Coraz wyżej wzniósł się śpiew wojowników:

Manitou, Manitou,
Daj im siłę niedźwiedzia,
By byli odważni jak wilk w ataku,
By męstwo swe wzięli od brata rysia...

Jest to dzień Nanan-cisu, „Oddalenia”, święto przyjmowania małych chłopców do szkoły natury.
Dlatego, gdy nagle słabnie pieśń i zwalnia się rytm tańca, Nepemus kieruje swe kropki w stronę tipi naczelnika plemienia, Leoo-karko-ono-ma, Wysokiego Orła. Nepemus skrada się, stąpa parę kroków, to znów zatrzymuje się. Wznosi w górę tomahawk i tańcząc w miejscu, nasłuchuje odgłosów z wewnątrz namiotu.
W ślad za nim osuwa się krąg wojowników, wśród nich Gorzka jagoda. Nepemus staje przed wejściem do namiotu. Ale dwóch wojowników z dzidami strojnymi w pióra występuje naprzód i zagradza mu wejście do tipi. Nepemus raz za razem próbuje się przedrzeć do środka namiotu, lecz raz za razem krzyżują się przed nim dzidy wojowników i Nepemus cofa się od wejścia.
Pięciokrotnie krzyżowały się dzidy i tylekroć Nepemus cofał się od namiotu. Znaczyło to, że chłopiec, po którego przyszedł, ukończył pięć lat i że nadszedł nań czas, by rozpoczął życie wśród wojowników, uczył się ich mądrości, poznawał prawa plemienia i puszczy.
Ja byłem tym chłopcem."

Sat-Okh: "Ziemia Słonych Skał". Czytelnik, Warszawa 1974, s. 10-12

niedziela, 15 lipca 2012

Krystyna Siesicka - Beethoven i dżinsy


Beethoven i dżinsy

"Melodia złagodniała, by po chwili znowu ogarnąć salę Filharmonii gwałtownym zrywem. Stefan Lenkiewicz otworzył oczy i spojrzał w bok. Asia siedziała przy nim z głową lekko wysuniętą do przodu, z uchylonymi ustami, pogrążona w całkowitym zasłuchaniu. Dlatego lubił te koncerty, dlatego na nie chodził. Nie interesowała go muzyka ani wykonawcy, jedynie twarz Asi uwolniona od trudu codzienności, jeszcze jeden instrument na tej sali. To była twarz, która grała. Drżeniem ust, zmrużeniem oczu, leciutkimi skurczami policzków. Chwilami Lenkiewicz opuszczał głowę nieomal zawstydzony, że znowu nie oparł się pokusie i podejrzewał Asię w tej absolutnej intymnej czynności, którą było dla niej słuchanie dobrego koncertu.
Oboje, Miśka i Alek, byli podobni do Asi. Jednakże rysom, które po niej odziedziczyli, towarzyszyła twardość Stefana, twarz Asi była bowiem delikatna i łagodna. Obserwując swoje dzieci, Lenkiewicz często szukał w ich spojrzeniach, uśmiechach, gestach tego wszystkiego, co przypominało mu Asię, bo nie było w świecie istoty, którą byłby w stanie bardziej kochać niż ją.
Pałeczka dyrygenta nagle znieruchomiała. Asia nie biła brawa, przeciwnie, opuściła nisko głowę, jakby przytłoczona odgłosem uderzających o siebie dłoni. Nie umiała tak łatwo jak inni wydobyć się ze stanu wewnętrznej koncentracji i Lenkiewicz położył rękę na jej ramieniu, przypominając w ten sposób o istnieniu świata. Asia popatrzyła na niego spojrzeniem na wpół skierowanym w głąb siebie, ale już na tyle obecna, żeby powiedzieć z nikłym uśmiechem:
- Pójdziemy chyba, Stefan..."

Max Oppenheimer - Die Philharmoniker 

Krystyna Siesicka - Beethoven i dżinsy. Wydawnictwo Akapit Press, Łódź 2003, 110 s.

sobota, 14 lipca 2012

Roddy Doyle - Kobieta, która wpadała na drzwi (2)

Kobieta, która wpadła na drzwi


"Kocham muzykę. Jest jeden dom, który sprzątam w poniedziałki, w Clontarf; mają tam genialną kolekcję kompaktów, wszystkie przeboje z lat siedemdziesiątych. Poprosiłam właścicielkę, żeby mi pokazała, jak się to obsługuje. Zgodziła się bez problemu. Lubię ją, właścicielkę. Jesteśmy w tym samym wieku. W dzieciństwie chodziłyśmy na te same tańce. Nie pamiętam jej. Wyszła za lekarza. Ja wyszłam za Charla. Mott the Hoople. Bad Company. Sparks. Queen - wszystko to mają. Może przyniosę kiedyś magnetofon i przegram trochę ich skarbów. Kompakty są super; bardzo eleganckie. Uwielbiam kolory. Już po opakowaniu widać, że kompakty są drogie. Uwielbiam to, że naciskasz guzik i leci ten kawałek, co chcesz. Nie zliczę, ile płyt porysowałam i zepsułam, kiedy byłam schlana.
   She is as sweet as Tupelo honey... *
   Charlo mi to śpiewał na kolanach.
   She's an angel of the first degree... **
   Właśnie rozdeptał pszczołę. Usłyszeliśmy chrupot i ryknęliśmy śmiechem. Na asfaltowym placu zabaw. Nie pamiętam, kiedy to było, ale chyba nie chodziliśmy jeszcze ze sobą zbyt długo.
   - Myślałem, że odleci - bronił się Charlo.
   - To mogła być królowa.
   - W każdym razie nie żyje. Wieczny odpoczynek racz jej dać panie.
   She is as sweet as Tupelo honey.
   Lubię Van Morrisona.
   Just like honey baby from the bee... ***
   Kocham muzykę. Ci z Clontarf mają głośniki w całym domu i zero dzieci. Prawie nie ma co sprzątać. Czas szybciej zlatuje, kiedy się słucha muzyki.
   You can take all the tea in China...
   Put it in a big brown bag for me... ****
   Moja szmata sunie po kredensie. Szczotka goni po muszli klozetowej. Van Morrison to mój ulubieniec. Fajnie byłoby mieć walkmana, mogłabym wieczorami słuchać muzyki w innych domach i biurach. Widziałam całkiem niedrogie. I w drodze powrotnej pociągiem. Fajnie byłoby zamknąć oczy i odpłynąć, słuchając.
   You can take all the in China...
   Wracają wspomnienia, kiedy słucham. Muzyka je przywołuje. To jedno można powiedzieć o moim życiu: ma genialną ścieżkę dźwiękową."

....................................
* She is as sweet... - "Jest słodka jak miód z Tupelo". Tupelo - piosenka Van Morrisona.
** She is an angel... - "Jest pierwszej klasy aniołem..."
*** Just like honey... - "Jak miód od pszczoły..."
**** You can take... - "Możesz wziąć całą herbatę Chin... / Włożyć ją dla mnie do dużej brązowej torby


Van Morrison


Roddy Doyle: "Kobieta, która wpadała na drzwi". Wydawnictwo Zysk i S-Ka, Poznań 2002, s. 89 - 91, tłum. Tomasz Bieroń


piątek, 13 lipca 2012

Roddy Doyle - Kobieta, która wpadała na drzwi (1)

Kobieta, która wpadała na drzwi

  Tańczyliśmy razem w kółku, nasze kurtki, pulowery i torby leżały na podłodze obok, a ja byłam trochę spocona. Zdałam sobie z tego sprawę, kiedy zobaczyłam Charla. To nie było zabujanie się - pod ścianą nie stał David Cassidy albo David Essex - chodziło o seks. Miałam ochotę podejść i go ugryźć.
   Wyjął peta z ust - prawie poczułam, jak jego warga się podnosi - i dmuchnął gejzerem dymu w światło. Nowy dym zmiótł z drogi stary i poleciał pod sufit. Potem Charlo włożył sobie peta do ust, a ręka powędrowała z powrotem do kieszeni. Był elegancki; mogłoby się wydawać, że to słowo nie pasuje, ale to nieprawda: był elegancki.
   Muzyka. Pamiętam, co grali. Kobiety zawsze pamiętają. Sugar Baby Love. Zespołu The Rubettes. Idealny kawałek, słodki i szybki, ckliwy i brutalny, śpiewany wysokimi głosami, ale bardzo męski. Melodia rozpoznawcza Charla, o czym on sam nie wiedział. To był przypadek, że didżej puścił to akurat w tej chwili. I pasowało, idealnie. Teraz to widzę. Ale nie wiedziałam, że na mnie spojrzy. Nie wiedziałam, ze ruszy spod ściany. Nie wiedziałam, że stanie przede mną. Nie miałam nawet czasu, żeby o tym pomarzyć.
   Szedł przez salę. Papieros spadł na podłogę; Charlo rzucił go i nie patrzył, gdzie wyląduje. Szedł prosto na mnie, ale nie na mnie patrzył. Dostałam gęsiej skórki; przejdzie obok.
   - Zatańczysz?
   Wzięłam go chwilę na przetrzymanie.
   - No.
   Nie mógł wybrać lepszego momentu. Rubettes przestali grać i Frankie Valli zaczął śpiewać My Eyes Adored You. Charlo musiał to sobie zaprogramować. Jego ramiona weszły pod moje akurat w chwili, kiedy Frankie zaśpiewał My, splótł mi palce na plecach, zanim Frankie dotarł do Eyes. Pił, czułam od niego alkohol, ale nie przeszkadzało mi to. Nie był pijany. Jego dłonie spoczęły na moich biodrach i obracał mnie w kółko.
   - But I never laid a hand on you...
   My eyes adored you... *
   Położyłam mu głowę na ramieniu. Zdobył mnie.
..............................
....
* But I never... (ang.) - "Nigdy cię nie dotknąłem / Tylko adorowałem cię oczami" (1972) ( od tłumacza)

The Rubettes śpiewali "Sugar Baby Love" (1974)

Roddy Doyle: "Kobieta, która wpadała na drzwi". Wydawnictwo Zysk i S-Ka, Poznań 2002, s. 9 - 10, tłum. Tomasz Bieroń