sobota, 7 lipca 2012

Irwin Shaw - Pogoda dla bogaczy

Pogoda dla bogaczy

Armatka wystrzeliła. Podniosły się radosne okrzyki. Rudolf podniósł trąbkę do ust i zaczął grać „Amerykę”. W pierwszej chwili tłum umilkł i muzyka dźwięczała solo, uroczyście, nuta po nucie nad stłoczonymi głowami. Później wszyscy zaczęli śpiewać i wnet rozbrzmiewał chór głosów: „Ameryko, Ameryko! Niech spłynie na cię łaska Boża! Braterstwo niechaj kwitnie od morza do świetlistego morza...”
Po zakończeniu pieśni rozbrzmiały znów radosne okrzyki i Rudolf zagrał: „Gwiaździsty sztandar na wieki”. Przy tej melodii nie mógł ustać spokojnie, więc zaczął maszerować wokół boiska. Inni podążyli za nim i wnet prowadził pochód chłopców i dziewcząt - najpierw poprzez szkolne tereny, później, wciąż w rytmie trąbki, ulicami miasta. Tuż za nim, na czele korowodu, szli chłopcy obsługujący armatkę i na kolejnych skrzyżowaniach ulic przystawali, by oddać strzały. Młodzież wznosiła wtedy okrzyki, a dorośli na trasie klaskali i powiewali flagami.
Odbywał się triumfalny pochód przez miasto, a Rudolf kroczący na czele swojej armii wygrywał” Gdy jeszcze turkocą na drodze” i „Kolumbia, klejnot oceanu”, i oficjalny hymn szkół średnich:
„Naprzód, żołnierze Chrystusa”. Poprowadził kolegów ku Vanderhoff Street i zatrzymawszy się przed piekarnią zagrał na cześć matki:
„Gdy uśmiechają się irlandzkie oczy”. Po chwili zobaczył matkę, która otworzyła okno na piętrze i niewątpliwie podniosła chusteczkę do oczu. Chłopcom obsługującym armatkę nakazał salut, a gdy strzał huknął, setki chłopców i dziewcząt jęły wiwatować, a pani Jordach rozpłakała się szczerze. Przykro mu trochę było, że przed otwarciem okna matka nie poprawiła włosów i że przez cały czas trzymała w ustach papierosa. W oknie sutereny nie jaśniało światło, więc Rudolf zdawał sobie sprawę, że nie ma tam ojca. Nie wiedziałby, co zagrać dla niego. W tę właśnie noc niełatwo byłoby wybrać melodię stosowną do weterana niemieckiej armii.
Chętnie przeszedłby przed szpital i tam urządził serenadę siostrze oraz jej podopiecznym żołnierzom, ale byłaby to droga zbyt daleka.
Po finałowej fanfarze dla matki ruszył na czele korowodu w stronę śródmieścia, wygrywając po drodze „Boola-Boola”. Może pójdzie do Yale, gdy w przyszłym roku skończy szkołę? W taką noc wszystko wydaje się prawdopodobne.
Nie zamierzył tego świadomie, lecz znalazł się jakoś na ulicy, przy której mieszkała panna Lenaut. Nieraz wystawał dawniej przed tym domem i ukryty w cieniu drzew po przeciwległej stronie jezdni spoglądał w znajome sobie okno na drugim piętrze - w jej okno.
Tego wieczora było oświetlone.
Śmiało ustawił się na środku jezdni naprzeciw domu i zwrócił wzrok w górę ku jej oknu. Za nim dziewczęta i chłopcy zapełniali wąską uliczkę skromnych, dwurodzinnych domków z małymi trawniczkami.
Było mu trochę przykro i współczuł pannie Lenaut, która jest sama i tak daleko od kraju w porze, gdy jej przyjaciele i krewni weselą się na ulicach Paryża. Chciał okupić jakoś winy wobec tej biednej kobiety, dać znak, że jej przebaczył, wykazać, że są w nim głębie, jakich ona nie podejrzewa, że jest czymś więcej niż rozmiłowanym w pornograficznych rysunkach bezwstydnym chłopcem, który za ojca ma grubiańskiego Niemca. Przyłożył do ust trąbkę i zaczął grać „Marsyliankę”. Zawiła, bohaterska melodia pełna reminiscencji na temat sztandarów i bitew, upadku ducha i heroizmu rozbrzmiewała w ciasnej uliczce, a chłopcy i dziewczęta śpiewali w takt muzyki bez słów, gdyż słów nie znali. Na Boga! - pomyślał Rudolf. Nigdy dawniej nie przytrafiło się nic podobnego żadnej nauczycielce szkolnej z Port Philip. Zagrał hymn do końca, lecz panna Lenaut nie pojawiła się w oknie. Jakaś dziewczyna z płowym warkoczem na plecach wyszła z drzwi sąsiedniego domu, stanęła obok Rudolfa i przypatrywała mu się, gdy grał dalej. A on rozpoczął Marsyliankę od początku, ale tym razem pozwalał sobie na godne solisty popisy, raz grał wolno i cicho, raz donośnie i prędko. Wreszcie otworzyło się okno i stanęła w nim panna Lenaut w szlafroku. Patrzyła w dół, lecz oczywiście nie mógł widzieć wyrazu jej twarzy. Postąpił krok tak, by jasno oświetlał go blask latarni, zwrócił trąbkę w kierunku panny Lenaut i teraz grał bardzo głośno, pompatycznie.
Nie mogła go nie poznać. Przez chwilę słuchała spokojnie, bez ruchu. Później zatrzasnęła okno i opuściła roletę.
Francuska pinda, pomyślał, i zakończył Marsyliankę zgrzytliwym, szyderczym akordem. Opuścił rękę z trąbką. Dziewczyna, która wyszła z drzwi sąsiedniego domu, stała wciąż obok niego. Teraz objęła go za szyję i pocałowała. Młodzież zaczęła znowu wiwatować."



Irwin Shaw: "Pogoda dla bogaczy", Wydawnictwo Książnica, Warszawa 1991, tom 1-415 s., tom 2-294 s., tom 3-387 s., tłum. Tadeusz Jan Dehnel

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz