niedziela, 22 lipca 2012

James Clavell - Gai-jin


Gai-jin

"W głównej sali klubu oświetlonej lampami naftowymi trwało w najlepsze przyjęcie zaręczynowe. Malcolm Struan zagarnął cały budynek i kazał go wyszykować. Zaproszono wszystkich godnych szacunku mieszkańców Osiedla - a oni przyjęli zaproszenie – wszystkich oficerów, bez których flota i wojska lądowe mogły się akurat obyć. Na zewnątrz zaś, na High Street, patrole obu formacji miały rozkaz nie wpuszczać opojów ani też niepożądanych gości z Miasta Pijaków.
Angelique nigdy nie wyglądała bardziej oszałamiająco: krynolina, koafiura z piórami rajskich ptaków i olśniewający pierścionek zaręczynowy. Grano pulsującego walca Johanna Straussa Młodszego - utwór zupełnie nowy, właśnie dotarł z Wiednia przesyłką dyplomatyczną. Andre Poncin siedział przy fortepianie; towarzyszyła mu odziana na galowo orkiestra marynarki w podstawowym składzie. Partnerem Angelique był Settry Pallidar - jego wybór na reprezentanta armii przyjęto rykiem aprobaty, acz powszechnie mu zazdroszczono.
[…]
- Szczęściarz, ten cholerny sukinsyn - rzekł cicho Marlowe obserwując rywala. Marlowe miał białe jedwabne spodnie i pończochy oraz czarne buty ze srebrnymi sprzączkami. Na niebieskiej marynarce jego munduru pobłyskiwał dodatkowy sznur adiutanta.
- Kto taki? - spytał Tyrer. Przechodził obok, trzymając w ręce kolejny już kieliszek szampana. Był zaczerwieniony, podniecony zabawą oraz tym, że udało mu się wywieźć z Edo samuraja Nakamę i z aprobatą sir Williama zainstalować go w swym domu jako nauczyciela japońskiego.
- Kto jest sukinsynem, Marlowe?
- Wypchaj się! Tak jakbyś nie wiedział! - Marlowe wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Posłuchaj, ja reprezentuję marynarkę, do mnie należy następny taniec i pokażę psubratowi co i jak albo polegnę.
- Szczęściarz! Jaki to taniec?
- Polka!
- Och, słowo daję! Tyś to zaaranżował?
- Przysięgam, że nie! - Polka, wywodząca się z czeskiego tańca ludowego, zagościła ostatnio na europejskich parkietach. Tańczono ją wszędzie z zapałem, choć wciąż uchodziła za taniec ryzykowny. - Jest w programie! Nie zauważyłeś?
- Nie, zupełnie nie, miałem zbyt wiele spraw na głowie - oznajmił rozradowany Tyrer. Tak bardzo pragnął opowiedzieć komuś o tym, jaki okazał się sprytny, a jeszcze bardziej zdradzić mu to, że dzisiaj, gdy tylko będzie mógł, przejdzie Most Raju i wpadnie w ramiona swej ukochanej. Żałował, że w obu sprawach zobowiązano go do zachowania tajemnicy. – Tańczy jak marzenie, prawda?
- Cześć, młody Tyrerze... - odezwał się Dmitri Syborodin, podchmielony, spocony, z kuflem rumu w garści. - Poprosiłem szefa orkiestry, by uciął kankana. Facet mówi, że już czterech przede mną prosiło.
- Boże, zagra? - spytał przestraszony Tyrer. - Raz w Paryżu widziałem, jak to tańczono... Nie uwierzysz, ale dziewczyny w ogóle nie miały na sobie pantalonów.
- Wierzę! - Dmitri zaśmiał się rubasznie. - Lecz Anielskie Cyce ma je dziś na sobie i niech mnie diabli, jeśli będzie się bała je pokazać!
- Posłuchaj tylko... - zaczął zapalczywie Marlowe.
- Uspokój się, John, on po prostu żartuje. Dmitri, jesteś niemożliwy! Z pewnością szef orkiestry nie ośmieli się?
- Chyba żeby Malc mu kiwnął.
Rozejrzeli się po sali. Malcolm Struan siedział z doktorem Hoagiem, Babcottem, Seratardem i kilkoma innymi ministrami. Obserwował parkiet, oczami wodził za Angelique, która wznosiła się, opadała i kołysała oczarowana śmiałą nowoczesną muzyką, wprawiającą wszystkich w wesoły nastrój. Jego dłoń spoczywała na masywnej lasce, złoty sygnet pobłyskiwał, gdy Malcolm poruszał palcami do taktu. […]
Kiedy wymieciono wszystko ze stołów i usunięto siedmiu pijaków, Andre Poncin zasiadł na swym miejscu i orkiestra zaczęła grać.
Przestrzegając etykiety, sir William poprosił Malcolma o pierwszy taniec. Następnym był Seratard, potem pozostali ministrowie - z wyjątkiem von Heimricha, który chory na biegunkę leżał w łóżku - a wreszcie admirał i generał. Później mężczyźni tańczyli po kolei z pozostałymi dwiema kobietami. Po każdym tańcu Angelique otaczali zaczerwieni i uśmiechnięci panowie, a ona, wachlując się, powracała do  Malcolma; miła dla wszystkich, jemu jednemu poświęcała całą uwagę. Za każdym razem odmawiała tańczenia, a w końcu dawała się przekonać narzeczonemu: "Ależ Angelique, kochanie, ubóstwiam patrzeć, jak tańczysz, robisz to z takim wdziękiem".
Teraz właśnie na nią patrzył, rozdarty między poczuciem szczęścia a zniechęceniem,
wściekły, że jest kulawy."


Can Can Dancers - Jean Louis Forain

James Clavell: "Gai-jin". vis-à-vis Etiuda, Kraków 2009, s. 332-335, tłum. Grażyna Grygiel, Witold Nowakowski, Piotr Staniewski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz