czwartek, 30 sierpnia 2012

Kazimiera Iłłakowiczówna - Gwiazdy zasypiające...

Gwiazdy zasypiające
mają dzwoneczki srebrne,
muzyka zlatuje światłem
na wszystko, co jest podniebne,
lecz w jeziorze odbity blask
zrywa się jak za zaklęciem
i wraca w górę muzyka
w najsłodszym wniebowzięciu.

Kazimiera Iłłakowiczówna


Kazimiera Iłłakowiczówna: "Gwiazdy zasypiające..". W: "Poezje wybrane". PIW, Warszawa 1977, s. 125

wtorek, 28 sierpnia 2012

Kornel Makuszyński - Bezgrzeszne lata

Bezgrzeszne lata
"Nareszcie jednak się zaczyna.
Profesor literatury wyłazi na skrzypiącą estradę i coś bardzo długo gada. Sztubaki akompaniują pociąganiem czegoś tam w nosie, kaszleniem i dziwnymi odgłosami. Wszystko się jednak kończy na tym świecie, gorsze jednak jest to, że się zaraz zaczyna drugie. Za czym wychodzi na estradę drugi dryblas z ósmej klasy i gra na skrzypcach Legendę Wieniawskiego. Wieniawski w grobie zrywa się na równe nogi i w krzyk.
A ten gra…
Wieniawski mdleje, a ten wciąż gra!
Jak gdybyś kiszki wyciągał z kota i jeździł po nich smyczkiem, a kot przeraźliwie miauczał. Jak gdybyś słyszał, jak diabli łuszczą skórę z biednego grzesznika, a ten się drze biedaczysko. Nie! to za mało powiedziane; to zbyt łagodnie maluje tę rzecz okropną. Ale to wszystko na cześć Mickiewicza, więc te jęki i wrzaski, i rozpaczliwe rzężenia, te piski i miauczenia, to zgrzytanie zębów, piły albo kości nieboszczyka — „powtarzają dęby dębom, bukom buki”.
Brawo! brawo! brawo!
Ale to klaszczą ci, co się nie znają na muzyce. W naszym kącie, u sztubaków — postępuje się uczciwiej.
— Tadek, słyszysz?
— Umarły też by usłyszał… No i co?
— Pluń mu na skrzypce!
— Za daleko, nie doniesie…
— To wisz, co?
— Nie wim…
— Żeby mu tak w piersiach grało!
Czyż można treściwiej wyrazić sąd trzeźwy i sprawiedliwy? Nie można.
Tak, tak, ale to dopiero początek. Za chwilę to się zacznie dopiero naprawdę, dotąd to wszystko to przystawki do zaostrzenia apetytu. Gorąco w sali jest takie, że muchy mdleją. Na łysej czaszce Greka ukazuje się perlista rosa, profesor matematyki wygląda tak znudzony, jak odstały nieboszczyk, i wykręca gębę w logarytm."


 Kornel Makuszyński: "Bezgrzeszne lata". Wydawnictwo Literackie, Kraków 1980. Seria: "Utwory wybrane", s. 71-72

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Lew Tołstoj - Sonata Kreutzerowska



Okładka
"[...] Co to jest muzyka? Co ona robi? I po co robi to, co robi? Podobno muzyka działa uszlachetniająco na duszę - to bzdury, nieprawda! Działa, strasznie działa, mówię osobie, lecz wcale nie uszlachetniająco. Nie działa na duszę ani uszlachetniająco, ani poniżająco, lecz drażniąco. Jak to panu powiedzieć? Muzyka zmusza mnie do zapomnienia o sobie, o swoim istotnym położeniu, przenosi mnie w jakieś inne, nie moje położenie: pod wpływem muzyki wydaje mi się, że czuję to, czego właściwie nie czuję, że rozumiem to, czego nie rozumiem, że mogę to, czego nie mogę. Tłumaczę to tym, że muzyka działa jak ziewanie, jak śmiech:  nie chce mi się spać, ale ziewam patrząc na ziewającego; nie mam z czego się śmiać, ale śmieję się słysząc, że ktoś się śmieje.
Muzyka od razu bezpośrednio przenosi mnie w stan ducha, w jakim znajdował się ten,  kto ją komponował. Zespalam się z nim duchowo i razem z nim przenoszę się z jednego stanu w inny, ale po co to robię, nie wiem. Przecież ten, kto napisał, powiedzmy, Sonatę Kreutzerowską - Beethoven - wiedział, dlaczego się znajduje w takim stanie - ten stan go doprowadził do pewnych postępków, a więc stan ten miał dla niego jakiś sens, ale dla mnie - żadnego. I dlatego muzyka tylko drażni, a nie rozładowuje. Oczywiście, nie każda muzyka: powiedzmy, że zagrają marsza wojskowego, żołnierze przemaszerują do taktu - i muzyka zrobiła swoje; zagrano do tańca, zatańczyłem - muzyka zrobiła swoje; odśpiewano mszę, przyjąłem komunię - też muzyka zrobiła swoje, ale poza tym jest tylko ekscytacja, a tego, co należy robić w tym stanie ekscytacji - nie ma. I dlatego muzyka działa niekiedy tak strasznie, tak okropnie. W Chinach muzyka jest sprawą państwową. I tak właśnie powinno być. Czy można pozwolić, żeby każdy, kto chce, hipnotyzował innego lub wielu innych, a potem robił z nimi, co chce? I w dodatku żeby tym hipnotyzerem był pierwszy lepszy niemoralny człowiek?"

Lew Tołstoj: "Sonata Kreutzerowska". Wydawnictwo TPPR "Współpraca",  Warszawa 1985, s. 73-76, tłum. Maria Leśniewska 

niedziela, 26 sierpnia 2012

Kazimiera Iłłakowiczówna - Ulica została pusta


Przyszli Niemcy do miast węgierskich:
mieli broń i chleb, i porządek... Nie mieli serca.
Zaleli malowany, śpiewający Siedmiogród,
bo inaczej pewnie być nie mogło.
Posmutniały wesolutkie Żydóweczki w kramach,
pochowały się Cyganeczki tańczące po bramach,
dzieci powkładały każde palec w usta...
I malowana, śpiewająca ulica została pusta!


Kazimiera Iłłakowiczówna
Kazimiera Iłłakowiczówna: "Ulica została pusta". W: "Poezje wybrane". PIW, Warszawa 1977, s. 286

sobota, 25 sierpnia 2012

Ewa Złotowska - Największe miłości świata

Największe miłości świata

"Próbowałam uspokoić pieska różnymi sposobami, między innymi śpiewając piosenki w domowej interpretacji. Zwierzęta zamilkły jak zaczarowane, kiedy tańcząc charlestona odśpiewałam "Już taki jestem zimny drań".
Po dłuższym milczeniu Zuzanka wydała z siebie coś w rodzaju glissanda w dół (o oktawę niżej niż normalnie). Albin bezdźwięcznie kiwał się na żerdce góra-dół, góra-dół, nie wiedząc, jak moje zachowanie ocenić. Za to Feluś był zachwycony. Niemalże dostałam oklaski. Postanowiłam przejść na łagodniejszy repertuar i bardziej pod publiczkę wykonałam "Hej, przeleciał ptaszek", ale papugi się nie wypowiedziały, a Feluś wolał coś żwawszego. Wykonaliśmy razem sztajerka z gwizdami, szalejąc po całym mieszkaniu. Wieczór był cudny. Darliśmy się wszyscy - każdy po swojemu. Piesek usiłował upolować moje kapcie. Imponowało mu gwizdanie, więc ujadał na cały głos. Albin wrzeszczał, żeby nas uspokoić, a Zuzanka krzyczała, że koniec występów, bo jajka popadną w skrajną nerwicę i będą się jąkać. Ponadto zadzwonił sąsiad z dołu z pytaniem, czy mnie ktoś nie napadł."

Ewa Złotowska: "Największe miłości świata". VIZJA PRESS&IT, Warszawa 2010, s. 41

czwartek, 23 sierpnia 2012

Kazimiera Iłłakowiczówna - A za tym smyczkiem...


A za tym smyczkiem
cygańskim
chude policzki
bezpańskie.
Słuchają go, gdy gra ładnie
pracy nie dają, bo kradnie.
Wodzi smyczkiem po strunie, po strunie,
o głodzie po całej Rumunii.



Kazimiera Iłłakowiczówna (1928)

Kazimiera Iłłakowiczówna: "A za tym smyczkiem...". W: "Poezje wybrane".  PIW, Warszawa  1977, s. 285

środa, 22 sierpnia 2012

Tatiana de Rosnay - Klucz Sary

Okładka
"Gdy znalazła się na dworze, dziewczynka zobaczyła wychylającego się z okna, ubranego w piżamę sąsiada. Był bardzo miły i uczył muzyki. Grał na skrzypcach i lubiła go słuchać. Często grał dla niej i jej brata przez podwórko stare francuskie piosenki typu „Sur le pont d’Avignon” czy A la claire fontaine”, jak i piosenki z kraju rodziców, do których zawsze wesoło tańczyli. Pantofle matki ślizgały się po deskach podłogi, a ojciec obracał matką w kółko i w kółko, aż wszystkim kręciło się w głowie."

Tatiana de Rosnay: "Klucz Sary". Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2007, s. 32, tłum. Maciej Sulmicki [wydana po francusku w 2006 i po angielsku w 2007 roku]

sobota, 18 sierpnia 2012

Jan Lechoń - Aria z kurantem

Smutek taki mnie chwycił, że zda się, aż skomli,
Ani przed kim się żalić, kto wie, kiedy minie,
Gdybyż to było można usiąść przy kominie
I czytać sobie stare wiersze Syrokomli!

I marzyć, jakbyś pocztą wędrował podróżną,
O owych lasach, rzekach, tych dworach, tym zdroju,
I myśleć, że są wszyscy w przyległym pokoju,
Od których ciągle listów wyglądasz na próżno.

Cóż znajdę, jeśli wyjdę takiego wieczoru?
Tu wszyscy przecież obcy i każdy gdzieś śpieszy.
Ach, żadna mnie muzyka dzisiaj nie pocieszy,
Chyba "Aria z kurantem" ze Strasznego dworu.



Spektakl "Straszny dwór" Stanisława Moniuszki
w reżyserii Wiesława Ochmana
 w Operze Śląskiej (2010)

Jan Lechoń: "Poezje". Łuk, Białystok 1994, seria Biblioteka Klasyki Polskiej

niedziela, 12 sierpnia 2012

Władysław Reymont - Chłopi


Chłopi

   To i z nagła huknęli w instrumenty obertasa, że mróz przeszedł kości, a Boryna do Jagny skoczył, przygarnął ją krzepko i z miejsca rymnął takiego oberka, aż dyle zaskowyczały, a on wiał po izbie, zawracał, podkówkami trzaskał, a przyklękaniem z nagła zawijał, to trząchający po izbie się nosił szeroko, od ściany do ściany, to przed muzyką piosneczki śpiewał, że mu po muzycku odkrzykali, i dalej hulał siarczyście i tan wiódł zapamiętale, bo za nim drugie pary jęły się z kup wyrywać i przytupywać, śpiewać, tańcować i co ten największy pęd brać, że jakby sto wrzecion, pełnych różnobarwnej wełny, wiło się po izbie z turkotem i okręcało tak szybko, że już żadne oko nie rozeznało, gdzie chłop, gdzie kobieta; nic, ino jakby kto tęczę rozsypał i bił w nią wichurą, że grała kolorami, mieniła się i wiła coraz prędzej, wścieklej, zapamiętałej, aż światła chwilami gasły od pędu, noc ogarniała taneczników, a tylko oknami lała się miesięczna poświata rozpierzchłą, świetlistą smugą, iskrzyła się wrzącym srebrem wskroś ciemności i wskroś wirującej gęstwy ludzkiej, co nadpływała spienioną, rozśpiewaną falą, migotała i kłębiła się w tych brzaskach jako w sennym widzeniu i przepadała w ćmie nieprzeniknionej, by się znowu wynurzyć i zamajaczyć na mgnienie przed drugą ścianą, na której tknięte światłem szkła obrazów pryskały i mżyły ogniami, i przewalić się, i stoczyć w noc, że tylko ciężkie dychanie, tupoty, krzyki rwały się, plątały i huczały głucho w oślepłej izbie.

A ciągnęły się już te tany łańcuchem jednym, bez przerwy ni przestanku… bo co muzyka zaczynała rznąć nowego, naród się podnosił z nagła, prostował jak bór i szedł z miejsca pędem takiej mocy jak huragan; trzask hołubców rozlegał się jak bicie piorunów, krzyk ochotny trząsł całym domem i rzucali się w tan z zapamiętaniem, z szaleństwem, jakoby w burzę i bój, na śmierć i życie.

I tańcowali!

…Owe krakowiaki, drygliwe, baraszkujące, ucinaną, brzękliwą nutą i skokliwymi przyśpiewkami sadzone, jako te pasy nabijane, a pełne śmiechów i swawoli; pełne weselnej gędźby i bujnej, mocnej, zuchowatej młodości i wraz pełne figlów uciesznych, przegonów i waru krwie młodej kochania pragnącej. Hej!

   …Owe mazury, długie kiej miedze, rozłożyste jako te grusze Maćkowe, huczne a szerokie niby te równie nieobjęte, przyciężkie a strzeliste, tęskliwe a zuchwałe, posuwiste a groźne, godne a zabijackie i nieustępliwe, jako te chłopy, co zwarci w kupę niby w ten bór wyniosły, runęli w tan z pokrzykami i mocą taką, że choćby w stu na tysiące iść, że choćby świat cały porwać, sprać, stratować, w drzazgi rozbić i na obcasach roznieść, i samym przepaść, a jeszcze tam i po śmierci tańcować, hołubce bić i ostro, po mazursku pokrzykiwać: „da dana!”

…Owe obertasy, krótkie, rwane, zawrotne, wściekłe, oszalałe, zawadiackie a rzewliwe, siarczyste a zadumane i żalną nutą przeplecione, warem krwie ognistej tętniące a dobrości pełne i kochania, jako chmura gradowa z nagła spadające, a pełne głosów serdecznych, pełne modrych patrzań, wiośnianych tchnień, woniejących poszumów, okwietnych sadów; jako te pola o wiośnie rozśpiewane, że i łza przez śmiechy płynie, i serce śpiewa radością, i dusza tęskliwie rwie się za te rozłogi szerokie, za te lasy dalekie, we świat wszystek idzie marząca i „oj da dana!” przyśpiewuje.

Takie to tany nieopowiedziane szły za tanami.
Władysław Reymont: "Chłopi. T. 1: Jesień". Świat Książki, Warszawa 1999

piątek, 10 sierpnia 2012

Mikołaj Rej - Wizerunek własny żywota człowieka poczciwego

Więc piszczkowie, gędcowie, co im tam bębnali,
Że czynili, co chcieli, gdy drudzy skakali.
Ale wierz mi, żeć teraz nie swą piosnkę gędzie,
Bo go pełno z bębenkiem w każdym kącie wszędzie.
Owi też wiesiołkowie, co skakali z nimi,
Idą też gonionego nadobnie za nimi.
Dawno to i u cielca karał Bóg onego,
Nie lepiejże łotrowi czym się inym żywić,
Niżli się Pańskiej wolej tak jawnie przeciwić
A przywodzić prostaki w więtsze pogorszenie?
Jeśliże nie szalone to marne stworzenie!
Acz to jest rzecz uczciwa, kiedy kto poczciwie
Używa tego miernie, statecznie, uczciwie,
Aby się też smutna myśl czasem ochłodziła,
Ale nie ta, co by w złość ludzi przywodziła.

Mikołaj Rej
Mikołaj Rej: Wizerunek własny żywota człowieka poczciwego". Fragment rozdziału jedenastego o tytule: "Solon".  Napisane prawdopodobnie w roku 1558.



poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Vilhelm Moberg - Jedź dziś nocą


Jedź dziś nocą
   Jak tylko przejaśniło się w jaskini i nowy świt się zapowiadał, opuszczał legowisko i wypełzał na świat. Jeśli niebo nad nim było czyste, wdrapywał się na wierzchołek najbliższego wysokiego drzewa, by zobaczyć, czy słońce nad lasem jeszcze wschodzi. Jeśli tylko dostrzegał złotawy poblask na niebiesiech, zostawał na drzewie. Wkrótce potem słońce się dla niego zapalało. Od strony Madesjö nadpływał złotożółty potok. Z wierzchołka drzewa widział, jak się ognisko słońca zapala na styku nieba i lasu. Słońce wstawało jak krąg złocistoczerwonego ognia, co rozświetlał wszystkie mroczne zakamarki lasu i świecił mu wprost w oczy. Słoneczna pożoga tryskała iskrami, żarzyła się, była ruchoma. Płomienie w jej wnętrzu tańczyły. Słońce wschodząc nad lasem tańczyło, tak jak zawsze, od kiedy zapalone zostało nad tymi ziemiami. Słońce tańczyło, podnosiło się wyżej i szło swym torem tak samo, jak owego dnia, kiedy pokazało się po raz pierwszy, tak samo jak zawsze, przez wszystkie dni.

     Człowiek w lesie radował się widząc, że słońce tańczy, porusza się, idzie prawym torem po niebie. Słońce ukazywało mu każdego ranka, że co prawe nie może stać się bezprawe, lecz po wsze czasy prawe pozostanie.
Vilhelm Moberg: "Jedź dziś nocą". Wydawnictwo Poznańskie, Poznań, 1975 str. 126-127, Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich, tłum. Maria Olszańska

piątek, 3 sierpnia 2012

Gabriel Garcia Marquez - Sto lat samotności

Sto lat samotności
"Zaniedbał interesy. Spędzał dnie w kantorku za sklepem pisząc obłąkane liściki, w których posyłał Amarancie zasuszone motyle i płatki kwiatów, a które ona odsyłała nie otwarte. Zamykał się na całe godziny, by grać na lutni. Pewnej nocy zaczął śpiewać. Macondo rozbudziło się w jakiejś niebiańskiej egzaltacji, słuchając dźwięków lutni zbyt pięknych, by pochodziły z tego świata, i głosu tak przepełnionego miłością, że nie można było sobie nawet wyobrazić sobie istnienia na tej ziemi. Pietro Crespi widział wtedy światła we wszystkich oknach miasteczka oprócz okien Amaranty. Drugiego listopada, w Dzień Zaduszny, jego brat otworzył sklep i ujrzał wszystkie lampy zapalone, wszystkie pozytywki otwarte i wszystkie zegary wydzwaniające jakąś godzinę bez końca, a pośród tego oszalałego koncertu znalazł Pietra Crespiego przy biurku w kantorku za sklepem..."

Gabriel Garcia Marquez: "Sto lat samotności". Muza, Warszawa 2010, 456 s.