piątek, 12 października 2012

Józef Czechowicz - Bez nut

zapada w biały papier
naprzeciw słońca i wód
odwieczne promienie
spadają też mieczami z chmur

śpiewaczki jedwabne jagnięce
i wy dziewicze pożogi
przez wiersz przeświecają wasze ręce
księżycem złowrogim

zorza opada przez chmury
a semafor wybucha wzwyż
drzewa kwitną drzewa wichr łamie
konie fal szaleją u zgliszcz

chrapliwe pierwotne krzyki
trzaskają nad światełkiem muzyki
i wąwozami popłynęła szumu ulewa
te wiersze z mitycznego kraju
niechcące śpiewać

Józef Czechowicz: "Bez nut". W: Wiersze i poematy. Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, Lublin 2012, t. 1, s. 105

Józef Czechowicz

wtorek, 9 października 2012

Jeremi Przybora: "Jesienny deszcz"


Wiesz, byłam tam i widziałam ten dom
Naszą uliczkę i drzewa we mgle
Kształty wydarte marzeniom i snom
Z marzeń odarte, zastygłe w złym śnie

Liście jesienne jesienny gnał wiatr
Liściem mi przylgnął do ust
Tym pocałunkiem jesieni z mych warg
Wziął moją gorycz i uniósł

Wspomnienia i liście unosił
W noc, w zapomnienie i chłód
Mój Boże... Znów słyszeć jak prosisz:
"Zaśpiewaj, zaśpiewaj mi znów..."

To tak jak my
To tak jak oni
Z tych samych słów
Z tych samych łez

Ktoś śmiał się z kimś
I płakał po nim
I o tym ta piosenka jest
Bezszelestny los gdy znudzony
Znienacka tnie jak zimna stal
Ślady stóp kochanków rozłączonych
Co dzień ściera z plaż praca fal

Zdjęcie


czwartek, 4 października 2012

Małgorzata Musierowicz: "McDusia"

McDusia

"Słychać było, jak Róża namawia siostrę, żeby zaśpiewała "tę" kolędę, jak Laura protestuje, a goście protestują przeciw jej protestom.
W końcu solistka posłusznie siadła do pianina, przemknęła palcami po klawiszach i zaczęła śpiewać, a gwar nagle umilkł, jak nożem uciął - zawsze tak na ludzi działał jej srebrzysty, ciepły sopran. Łapała ich uwagę natychmiast, jakby zarzucała sieć.
- Jeszcze nie wyjdę - postanowiła Gabriela. - Jeszcze momencik.
Bo i na nią zadziałał ten czar.
To była ulubiona kolęda Laury - od czasów szkolnych, kiedy to, śpiewając ją na przedstawieniu jasełkowym, odkryła, że ma władzę wzruszania, nadawaną jej przez własny głos. 
Gabriela wtedy też coś zrozumiała: to śpiew był właściwym sposobem ekspresji tego dziecka. Laura była jak syrenka, przez pomyłkę zamknięta w ludzkim ciele, które jej ciążyło i przeszkadzało. Kiedy używała ludzkiej mowy, wciąż raniła innych - a więc i siebie. Śpiewając, wracała do swojej prawdziwej natury, a jednocześnie unosiła za sobą słuchaczy.
Ludzie zawsze to wyczuwali. Także tym razem goście weselni siedzieli zagapieni, zasłuchani, z bezwiednymi uśmiechami, z rozchylonymi błogo ustami, z błyszczącymi oczami skierowanymi na wiotką postać przy pianinie. Ciekawe, nikt nie podejmował śpiewu, nie przyłączał się do kolędy, jak to jest w zwyczaju. Po prostu wszyscy zamarli.
Adam, oparty o parapet okna, stał naprzeciwko swojej żony; wyraz jego twarzy zdradzał bezradne oczarowanie, a w spojrzeniu miał całą miłość świata.
Będą szczęśliwi - zrozumiała Gabriela..."

Małgorzata Musierowicz: "McDusia". Wydawnictwo Akapit Press, Łódź 2012, s. 255-256