poniedziałek, 24 grudnia 2012

Henryk Sienkiewicz - Potop

Potop

"Przyszedł wreszcie wieczór wigilijny. O pierwszej gwiaździe zamigotały światła i światełka w całej fortecy. Noc była spokojna, mroźna, lecz pogodna. Szwedzcy żołnierze, kostniejąc z zimna na szańcach, poglądali z dołu na czarne mury niedostępnej fortecy i na myśl przychodziły im ciepłe, mchami utkane chaty skandynawskie, żony, dzieci, choinowe drzewka płonące od świeczek, i niejedna żelazna pierś wezbrała westchnieniem, żalem, tęsknotą, rozpaczą. A w twierdzy, przy stołach okrytych sianem, oblężeni łamali się opłatkami. Cicha radość płonęła na wszystkich twarzach, bo każdy miał przeczucie, pewność prawie, że czasy niedoli miną już rychło. 

- Jutro szturm jeszcze, ale to już ostatni - powtarzali sobie księża i żołnierze. - Komu Bóg śmierć zapisze, niech dziękuje, że przedtem nabożeństwa zażyć mu pozwoli i tym pewniej bramy niebieskie mu otworzy, bo kto w dzień Bożego Narodzenia za wiarę zginie, ten do chwały przyjęty być musi. 
Życzyli sobie tedy wzajem pomyślności, długich lat lub niebieskiej korony i taka ulga spadła na wszystkie serca, jakby już bieda minęła. 
A było przy przeorze jedno krzesło próżne, przed nim stał talerz, na którym bielała paczka opłatków, niebieską wstążeczką obwiązana. 
Gdy wszyscy zasiedli, owego zaś miejsca nikt nie zajął, pan miecznik rzekł: 
- Widzę, ojcze wielebny, że starym zwyczajem i dla zagórskich panów miejsce gotowe? 
- Nie dla zagórskich to panów - odrzekł ksiądz Augustyn - ale dla wspomnienia owego młodzieniaszka, któregośmy jak syna wszyscy kochali, a którego dusza patrzy teraz z uciechą na nas, żeśmy pamięć wdzięczną o nim zachowali. 
- Dla Boga - rzekł miecznik sieradzki - lepiej teraz jemu niż nam! Słuszną winniśmy mu wdzięczność! 
Ksiądz Kordecki miał łzy w oczach, a pan Czarniecki ozwał się: 
- O mniejszych w kronikach piszą. Jeśli mi Bóg życia pozwoli, a ktokolwiek spyta mnie później, który był między wami żołnierz starożytnym bohaterom równy, powiem: Babinicz. 
- On się nie nazywał Babinicz - odrzekł ksiądz Kordecki. 
- Jak to, nie nazywał się Babinicz? 
- Od dawna wiedziałem jego prawdziwe nazwisko, ale pod tajemnicą spowiedzi... I dopiero, wychodząc przeciw owej kolubrynie, rzekł mi: „Jeśli zginę, niechajże wiedzą, ktom jest, ażeby uczciwa sława przy moim nazwisku została i dawne grzechy starła." Poszedł, zginął, więc teraz mogę waćpanom powiedzieć: to był Kmicic! 
- Ów litewski przesławny Kmicic? - zakrzyknął porwawszy się za czuprynę pan Czarniecki. 
- Tak jest! Tak łaska boża zmienia serca! 
- Dla Boga! Teraz rozumiem, że on się podjął tej wyprawy! Teraz rozumiem, skąd się taka fantazja w nim brała, skąd ta odwaga, którą wszystkich przewyższał! Kmicic, Kmicic! ów straszny Kmicic, którego Litwa sławi! 
- Inaczej go odtąd sławić będzie nie tylko Litwa, ale cała Rzeczpospolita. 
- On to nas pierwszy ostrzegł przed Wrzeszczowiczem! 
- Z jego to przyczyny bramyśmy dość wcześnie zamknęli i przygotowania uczynili! 
- On pierwszego Szweda z łuku ustrzelił. 
- A ilu ich z armat napsuł! A de Fossisa kto położył? 
- A owa kolubryna! Jeśli nam nie strach jutrzejszego szturmu, któż to sprawił? 
- Niechże każdy z czcią wspomina i wysławia, gdzie może, imię jego, ażeby sprawiedliwość się stała - rzekł ksiądz Kordecki - a teraz: „Wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie!" 
- „A światłość wiekuista niechaj mu świeci!" -odpowiedział jeden chór głosów. 
Lecz pan Czarniecki długo nie mógł się uspokoić i myśl jego ustawicznie zwracała się do Kmicica: 
- To mówię waszmościom - rzekł - było w nim coś takiego, że choć jak prosty żołnierz służył, zaraz komenda sama mu do rąk właziła. Aż mi dziwno było, że ludzie mimo woli słuchali takiego młodzika... W rzeczy, na onej baszcie on komenderował i ja sam go słuchałem. Gdybym to choć był wiedział, że to Kmicic! 
- Wszelako dziwno mi to - rzekł pan miecznik sieradzki - że Szwedzi nie pochwalili się jego śmiercią. 
Ksiądz Kordecki westchnął: 
- Musiały go prochy na miejscu rozerwać! 
- Dałbym sobie rękę uciąć, żeby żył! - krzyknął pan Czarniecki. - Ale żeby taki Kmicic pozwolił się prochom wysadzić!... 
- Dał swoje życie za nasze! - odrzekł ksiądz Kordecki. 
- To pewno -odpowiedział miecznik - że gdyby ta kolubryna leżała na szańcu, nie myślałbym tak wesoło o jutrze. 
- Jutro Bóg nam da nowe zwycięstwo! - rzekł ksiądz Kordecki- albowiem arka Noego nie może zginąć w potopie! 
Tak oni ze sobą rozmawiali przy Wilii, a potem porozchodzili się, zakonnicy do kościoła, żołnierze na cichy postój i strażowanie przy bramach i murach. Lecz wielka czujność była zbyteczna; i w szwedzkim obozie panowała niezamącona spokojność. Sami oni oddali się spoczynkowi i rozmyślaniom, bo i dla nich zbliżało się najuroczystsze ze świąt. 
Noc była także uroczysta. Roje gwiazd świeciły na niebie, mieniąc się różowo i błękitno. Blask księżyca barwił na zielono całuny śnieżne, rozciągnięte między fortecą a nieprzyjacielskim obozem. Wiatr nie wiał i taka była cisza, jakiej od początku oblężenia pod tym klasztorem nie bywało. 
O północy żołnierze szwedzcy usłyszeli płynące łagodnie z wyniosłości tony organów, potem głosy ludzkie dołączyły się do nich, potem dźwięki dzwonów i dzwonków. Wesele, otucha i wielki spokój były w tych dźwiękach, i tym większe zwątpienie, tym większe uczucie niemocy ścisnęło serca szwedzkie. 
Żołnierze polscy spod komendy Zbrożka i Kalińskiego nie pytając o pozwolenie podeszli pod same mury. Nie puszczono ich do środka, w obawie jakowej zasadzki, którą noc mogła ułatwić, lecz pozwolono stać blisko przy murach. Oni też zebrali się całą gromadą. Jedni poklękali na śniegu, inni kiwali żałośnie głowami, wzdychając nad własną dolą, albo bili się w piersi ślubując sobie poprawę, a wszyscy słuchali z rozkoszą i ze łzami w oczach muzyki i pieśni, wedle starożytnego zwyczaju śpiewanych. 
Tymczasem strażnicy na murach, którzy nie mogli być w kościele, chcąc sobie ową stratę wynagrodzić, poczęli także śpiewać i wkrótce rozległa się po całym okręgu murów kolęda: 
W żłobie leży, 
Któż pobieży 
Kolędować małemu... "

Henryk Sienkiewicz: "Potop", tom 2, rozdział 19

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz