sobota, 11 maja 2013

Widzowie siedzieli napięci, cisi, spoceni, zahipnotyzowani

 
Klucz do Rebeki
 "Wieczór był gorący, a światła ze sceny pogarszały jeszcze upał. Widzowie zachowywali się awanturniczo - odczuwali pragnienie - tymczasem podawano jedynie szampana, szybko więc się upijali. Zaczęli głośno domagać się gwiazdy przedstawienia. Soni el-Aram.
Najpierw musieli słuchać grubej Greczynki i jej piosenek Ujrzę cię w swoich snach i Nie mam nikogo (ta ich rozbawiła). Potem zapowiedziano Sonię. Nie pojawiła się jednak od razu. Widownia robiła się coraz głośniejsza i bardziej niecierpliwa, w miarę jak upływały minuty. Wreszcie, kiedy widzowie już bliscy byli wybuchu, rozległ się grzmot bębnów, na scenie pogasły światła i zapanowała cisza.
Kiedy zapalił się reflektor punktowy, Sonia stała nieruchomo na środku sceny wznosząc ramiona ku niebu. Miała na sobie przezroczyste spodnie i obszyty cekinami stanik, a ciało upudrowane na biało. Rozległa się muzyka - bębny i fujarka - i Sonia rozpoczęła taniec.
   Wolff popijał szampana i patrzył z uśmiechem. Wciąż jest najlepsza. Poruszyła wolno biodrami, tupnęła jedną stopą, a potem drugą. Ręce zaczęły jej drgać, potem ramiona, zatrzęsły się piersi; a teraz jej słynny brzuch zafalował hipnotycznie. Rytm uległ przyspieszeniu. Przymknęła oczy. Wydawało się, że każda część jej ciała porusza się niezależnie. Wolff miał uczucie, jak zwykle, jak każdy mężczyzna na widowni, że przebywa z nią sam na sam, a popis przeznaczony jest właśnie dla niego, że nie chodzi o występ ani o numer z czarodziejskiej krainy rozrywki, lecz że zmysłowe ruchy Soni są impulsywne, porusza się, bo musi, a w seksualny szał wprawia ją jej własne zmysłowe ciało. 
   Widzowie siedzieli napięci, cisi, spoceni, zahipnotyzowani. Ona poruszała się coraz szybciej, jakby w uniesieniu. Muzyka osiągnęła kulminację i urwała się nagle. W nastałej ciszy Sonia wydała krótki, ostry krzyk, po czym padała do tyłu, z nogami ugiętymi, rozwartymi kolanami, aż jej głowa wreszcie dotknęła desek sceny. Trwała w tej pozycji przez chwilę, potem światła zgasły. Widzowie zerwali się na nogi bijąc brawo.
   Światła się zapaliły, ale Sonia zniknęła.
   Nigdy nie bisowała."

Ken Follett: "Klucz do Rebeki". Amber, Warszawa 1989, s. 30-31, tłum. Hieronim Mistrzycki

niedziela, 5 maja 2013

Muzyka przemawia do naszych dusz i serc

Lato w Zatoce Aniołów
"Jenny zacisnęła zęby. Stella Rubinstein, pięćdziesięciodwuletnia dama w trakcie menopauzy i rozwodu, z zimną krwią mordowała Romea i Julię Czajkowskiego. Rąbiąc w klawiaturę, posłała Jannie zachwycony uśmiech.
- Idzie mi coraz lepiej, prawda? Sydney nie uwierzy, kiedy to zagram na ślubie Carole.
Sydney nie uwierzy i będzie miał rację... Jena odchrząknęła, ostrożnie dobierając słowa.
- Zastanawiam się, czy nie wolałabyś dzielić się talentem w mniejszym gronie. Będziesz się czuła bardziej komfortowo. Na ślubie córki pewnie i tak będziesz wystarczająco spięta.
- Żartujesz sobie? Całe miasto będzie o tym mówić! Sydney chciał mi wmówić, że jestem nudna. Że nie potrafię się niczego nauczyć i nigdy więcej nie będę dla niego ekscytującą partnerką. [...] Sydney popełnił błąd rzucając mnie, i zamierzam mu to udowodnić - wykrzyknęła z mocą Stella. - Niech zobaczy we mnie kogoś więcej niż kobietę, która przez dwadzieścia trzy lata gotowała mu posiłki i prała skarpetki. Kobietę, którą opuścił, bo stała się nudna... Teraz już nudna nie jestem!
- Ależ skąd! - poparła ją Jenna. I rzeczywiście otwarta, serdeczna i rozszczebiotana Stella była jedną z najbarwniejszych postaci w całej Zatoce Aniołów. Jenna nie wiedziała, dlaczego Stella zdecydowała się akurat na fortepian, była jednak przekonana, że muzyka ma moc uzdrawiania. Zresztą, widziała wyraźnie, jak wspaniale oddziałuje na Stellę. Kiedy sześć tygodni wcześniej przyszła na pierwszą lekcję, wydawał się kompletnie pozbawiona energii. Zakłopotana, niepewna, niechętnie patrzyła w oczy.Teraz trudno było ją rozpoznać. Ufarbowała włosy, zrzuciła parę kilo i porzuciła stare dresy na rzecz dopasowanych dżinsów i kobiecych sweterków. Jasne loki podcięła i zaczesywała za uszy. Wyglądała dwadzieścia lat młodziej.
- Uwielbiam grać - ciągnęła Stella. - Czuję się, jakbym uczestniczyła w czymś bardzo ważnym, jakbym nabierała sił. Wiem, to głupie. Przecież wcale nie gram dobrze.
- To wcale nie jest głupie - żachnęła się Jenna. - Muzyka przemawia do naszych dusz i serc. Zmienia nas. - Sama w chwilach smutku i lęku siadała do fortepianu i zatracała się w precyzyjnych dźwiękach koncertów fortepianowych Prokofiewa czy sonaty Patetycznej Beethovena. Jednak nie chciała, by Stella grała dla tak wielkiej publiki, bo nie była jeszcze na to gotowa."

Barbara Freethy: "Lato w Zatoce Aniołów". BIS, Warszawa 2012, s. 21-23, tłum. Ewelina Kowalczyk

piątek, 19 kwietnia 2013

Na fujarce

  
Okładka
"- Dmuchaj dalej, graj dalej, graj...
     Za każdym razem kiedy ojciec próbował odjąć piszczałkę od ust, niecierpliwie wołałem:
     - Jeszcze, jeszcze...
     Wreszcie ojciec zmęczył się, odłożył piszczałkę i rzekł:
     - Ja przecież nie umiem grać. Masz, spróbuj ty teraz...
     Podał mi fujarkę, nauczył, jak mam ją trzymać i gdzie dmuchać. Po chwili udało mi się trafić prosto do otworu i dokoła rozległy się się znowu wesołe dźwięki. Chociaż głos był teraz mniej donośny i nie tak barwny jak wówczas kiedy grał ojciec, to jednak jego brzmienie wprawiło mnie w ogromny zachwyt. Dmuchałem z zapałem, dziwiąc się tym dźwiękom, które wydobywałem sam, własnym oddechem. Przez ten czas ojciec zrobił jeszcze kilka mniejszych i większych fujarek z leżących obok wierzbowych witek.
     - Popróbuj pograć na tych - rzekł podając mi je - może będą lepsze.
     Dmuchałem w każdą po kolei i ze zdumieniem spostrzegłem, że wydają one różne dźwięki. Cóż to mogło oznaczać? Czy wydobywający się z nich głos nie był moim głosem, tylko dziwnym, obcym z daleka przybyłym tu dźwiękiem? Może byłem tylko narzędziem, które wyzwalało te brzmienia i czyniło je słyszalnymi?
     Zdawało mi się, że za każdym razem mam do czynienia z inną tajemniczą istotą. Było to dla mnie wstrząsającym odkryciem. Ojciec przyglądał mi się przez cały czas z zaciekawieniem i ciągle uśmiechał.
     - Nie bój się - powiedział w pewnej chwili - te głosy to takie wesołe istotki, które przybywają do nas z daleka, nie bój się ich."

Toivo Pekkanen: "Moje dzieciństwo". Wydawnictwo Poznańskie [Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich] 1976, s. 48 - 49, przekład: Barbara Iwicka

Witold Pruszkowski - Sielanka

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Muzykujący strażnicy

Okładka
"Jean Pascal skierował naszą uwagę na château.
- Popatrzcie, nad całym zamkiem dominuje wieża - powiedział. Kiedyś była wieżą strażniczą. W niespokojnych czasach siedział na niej człowiek, którego jedynym zadaniem było obserwowanie okolicy. Miał ostrzegać, gdyby zauważył jakieś podejrzane osoby kręcące się koło zamku. Człowiek ten, żeby mu się nie nudziło, grał na flecie albo śpiewał piosenki. Do tego zajęcia zawsze wybierano muzyków, ponieważ, pilnując zamku, mogli doskonalić swą sztukę. Pamiętam, że było tak jeszcze w latach siedemdziesiątych, kiedy spodziewaliśmy się problemów. Słysząc śpiew czy głos fletu, ludzie wiedzieli, że wszystko jest w porządku. My również mieliśmy tu swojego strażnika. Często strażnicy sami układali piosenki. Nazywano je chansons de guettes.  Spójrzcie, wieża jest usytuowana centralnie nad częścią mieszkalną château."

Philippa Carr [Victoria Holt]: Czarny Łabędź. Świat Książki, 1998, s. 131, tłum. Anna Zielińska

piątek, 22 marca 2013

Rozśpiewany powozik

Helimadoe
"Gdyśmy mijali miletińską gajówkę, rozległ się za nami turkot pojazdu, podrzucanego na kamienistej szosie.
Zeszliśmy do rowu, aby się, o ile to możliwe, uchronić od wdychania wirującego kurzu. Uwagę naszą zwróciła okoliczność, że wraz z turkotem pojazdu zbliżał się śpiew na kilka głosów. Byliśmy ciekawi, kto to śpiewa. Może to jadą podochoceni weselnicy? Czy też ktoś uradowany i beztroski wraca z podmiejskiej wycieczki? Na zakręcie ukazał się żółty powozik z czarnym opuszczonym daszkiem, na koźle siedziała chuda dziewczyna i strzelała z bata, dwie inne w przedziwnych kapeluszach kuliły się przy sobie zajmując zapasową ławeczkę, z tyłu zaś siedział wygodnie rozparty tęgi człowieczek o pryszczatym nosie. Do niego przytulało się dziewczątko z oczkami jak niezapominajki, w wianuszku z polnych kwiatów nad czołem - istny obrazek z bajki.
Kobiety w powozie śpiewały czystymi sopranami, wytrwale, jakby z obowiązku albo z nagle wezbranej radości życia, zaś dziewczynka z wianuszkiem na włosach wtórowała im srebrzystym głosikiem. Stałem z otwartymi ustami. Ogarnęła nas chmura pyłu. Ojciec wyciągnął rękę uzbrojoną w laskę i krzyknął w kierunku turkocących kół:
- Patrzcie, to jest starohradzki doktor Hanzelin ze swymi córkami!
Patrzyliśmy za bryczką jeszcze chwilę, my obaj w niemym zdziwieniu, matka pogardliwie skrzywiwszy usta. 
[...]
Gdy pierwsza wizyta dobiegła końca, Hanzelin wsiadał niezgrabnie do powozu, drobniutka laleczka przytulała się do jego ramienia, doktor z miłością wytrzeszczał do niej oczy, kurczowo zaciskał rękę na ramie starej, spuszczonej budki, kobieta-stangret podnosiła bat, cmokała, konik ruszał. Spokojnie, jak na rozkręcającej się płycie gramofonowej, rozwijała się pieśń Helmadonn, melodia następowała po melodii, skoczna po smętnej, jak gdyby uprzednio ustaliły sobie program, bez przerwy na spoczynek, bez sprzeczki co do wyboru.
Dziewczęta śpiewały, kryształowy głosik dzwoneczka przytulonego do ojcowskiego płaszcza dźwięczał do wtóru. Powozik podskakiwał po kamieniach, resory skrzypiały, droga wznosiła się, opadała z góry w dół, znów biegła pod górę, pieśń rozlegała się niby wyraz życiowej odwagi, to znowu niby tęsknota, wspomnienie minionej młodości, żałość straconych nadziei. Od Miletina ku Vratni, od Vratni ku Hloubietinowi, ku Czimelicom, ku Otroczni, pieśń kończyła się i zaczynała na nowo. W czasie tego wyjazdu wszystkie smutne panny młodniały, w czasie tego wyjazdu fruwały rozsypane przez wiatr włosy Heleny, śniada twarz Lidy ciemniała jeszcze bardziej, posępne podkowy pod oczyma Marii pogłębiały się. Dora błyskała szerokimi murzyńskimi zębami. Teraz wszystkie były zaczepne, wszystkie były śmiałe, niepodobne do żadnych innych kobiet w całej rozległej okolicy, wyrażały swoje prawo do śpiewu. 
[...]
Gdyby koło tej czy owej chałupki powozik przejechał cicho, ludzie zaniepokojeni wyszliby na próg i pytaliby jeden drugiego:
- Co się stało? Czemu nie śpiewają? Może mają jakieś zmartwienie? Czy coś złego zdarzyło się na świecie?
Śpiew córek Hanzelina w życiu mieszkańców wiosek należał do codziennego programu, należał do okolicy, był jednym z praw natury, tym, czego nie mogło nie być."

Jaroslav Havlíček: "Helimadoe". Czytelnik, Warszawa 1978, s. 57-61, przekład Helena Gruszczyńska-Dębska

czwartek, 21 marca 2013

tylko z akompaniamentem gorzej...

Wojna domowa trwa
"Wiosenny syndrom
Robiłam sałatkę wiosenną. Młoda cebula, rzodkiewka, jajko na twardo, majonez. Trzeba to siekać. Siekałam. Siekałam i śpiewałam "My jesteśmy tanie dranie".
Prawdę mówiąc fałszowałam tych tanich drani, bo to wcale nie jest taka łatwa melodia, jakby się na pozór wydawało. Ale byłam sama w domu, więc pozwalałam sobie. Okazało się już po kilku minutach tej radosnej twórczości, że wcale sama w domu nie jestem. Rozczochrana głowa Anuli wyjrzała przez uchylone drzwi. Zamilkłam z miejsca.
- Nie chciałam cioci przerywać - powiedziała Anula, przeciągnęła się i nalała sobie szklankę wody z kranu. 
- Właśnie i tak kończyłam - odpowiedziałam uprzejmie i przyjrzałam jej się. Odwrócona do mnie plecami coś przełykała z tą wodą.
- Ciocia nawet nieźle śpiewa - powiedziała równie uprzejmie - tylko że z akompaniamentem gorzej.
- Z jakim akompaniamentem?
- No z tym siekaniem. Sieka ciocia nierytmicznie."

Starsi Panowie oraz tanie dranie
Kabaret Starszych Panów (1958-1966)
Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski
tanie dranie: 
Mieczysław Czechowicz i Wiesław Michnikowski

My jesteśmy tanie dranie

My jesteśmy tanie dranie,
Dranie tanie niesłychanie.
Nie potrzeba mnożyć zdań,
By powiedzieć, czym dla pań
I dla panów tani drań.

Za świństewka drobne, proszę
Pani, pani płaci grosze,
I za świństwo większej skali
Budżet panu nie nawali.
Stosujemy zniżek system
Za abonamencik świństew.
Kto rąk nie chce kalać, zań
Je pokala tani drań.

My jesteśmy tanie dranie...

Zakopanie trupa w porcie,
Zakładanie myszy w torcie,
Uwiedzenie córki w poście,
Uczynienie dziurki w moście,
Zanurzenie wuja w stawie,
Osaczanie pary w trawie,
Usuwanie zbędnych pań
Wykonuje tani drań.

My jesteśmy tanie dranie...

Dokuczanie radiem z góry,
Wymuszanie przez tortury,
Usypianie extra proszkiem,
Uduszenie przez pończoszkę,
Obrzydzanie cynaderką,
Usuwanie śladów ścierką.
Całą listę takich dań
Oferuje tani drań.

My jesteśmy tanie dranie...

Autor: Jeremi Przybora
Kompozytor: Jerzy Wasowski
Wykonanie w Kabarecie Starszych Panów: Mieczysław Czechowicz i Wiesław Michnikowski
1966

sobota, 9 marca 2013

Ella Fitzgerald żyła, by śpiewać...

Ella Fitzgerald
Ellę lubiłam, lubię i zapewne będę lubić; podziwiam jej łatwość swingowania, czystość dźwięku, wyraźny, jakby niekłamany, optymizm w głosie, gdy śpiewa wesołe standardy, budowanie nastroju w balladach. „Porgy and Bess”, songbooki i „Ella intymnie” należą do moich ulubionych płyt. Wiedziałam, że nie było jej łatwo i życia usłanego różami nie miała, ale nigdy się nad tym specjalnie nie zastanawiałam. 

Ale najpierw Stuart Nicholson: 
„Ella Fitzgerald żyła, by śpiewać. Nic innego w jej życiu tyle dla niej nie znaczyło. Śpiewanie było centrum całego jej istnienia, wznosząc ją na szczyt profesji na siedem dziesięcioleci. Jej styl wokalny, powszechnie uznany za probierz doskonałości, był podziwiany za czystość tonu, klarowność dykcji, wyobraźnię harmoniczną i niezwykle subtelne poczucie swingu. Najwidoczniej niepodatna na nieustanne wstrząsy związane z ogłaszaniem nowości, które co jakiś czas przenikały zarówno jazz, jak i popularną muzykę, była w stanie zapełniać wielkie sale koncertowe świata bez względu na panujące prądy.” 
[s. 17] 

„Muzyka znaczyła dla Elli wszystko. Przyjaciele i bliscy jej muzycy mówili, jak nieustannie obracała melodie w myślach lub nuciła je cicho, wyobrażając sobie, jak mogłyby brzmieć w trakcie występu.” 
[s. 18] 

„”Śpiewanie i muzyka to jej życie – powiedział Paul Smith.- Oto dlaczego śpiewała aż do lat dziewięćdziesiątych. Ożywała, gdy wchodziła na scenę. Reszta jej życia… no cóż, nie miała rodziny, o której można by mówić. Bez względu na sukcesy, a nie sądzę, by ktoś mógł mieć większe powodzenie, nigdy przed występem nie opuszczała jej obawa o to czy spodoba się ludziom?...” 
[s. 222 – 223] 

„…Kochała śmiech i lubiła mówić o muzyce i piosenkach. To temat, który był jej bliski”. Wraz z końcem trasy, kończyły się jednak żarty i wspólna radość i Ella chowała się do wieży z kości słoniowej […] 
Być może ostateczną ceną za status gwiazdy jest samotność. Prywatność Elli tak zazdrośnie była strzeżona przez innych, że jej życie publiczne (poza występami) zostało ograniczone niemal do zera.” 
[s. 294]

„Pracuje teraz mniej więcej raz w miesiącu, by nie wypaść z branży. Nie wiedziałaby, co z sobą robić, gdyby nie śpiewała. Wraca do życia, gdy jest na scenie. Jej pozostałe życie? No cóż, właściwie nie ma rodziny. Ta, która jest, zawsze była na jej utrzymaniu. Ponieważ jako jedyna z rodziny coś zdziałała, sądzili, że nie muszą się zbytnio wysilać. Ella przez całe lata opiekowała się nimi. Wywiązywała się z tego wspaniale, ale sądzić można, że oni też byliby zdolni do zadbania o siebie.” 
[s. 298] 

„Odyseja Elli wiodła ją od strasznej nędzy do luksusu Beverly Hills przez sale tańca, mroczne nocne kluby, segregowane pomieszczenia w kraju, który ciągle był chwiejny w kwestii podziałów rasowych. Na swój własny spokojny sposób Ella stawiała czoło problemom, jakie niosło życie czarnego człowieka w przeważająco białym społeczeństwie.…” 
[s. 302] 

Można by powiedzieć, że człowiek jest spełniony, jeżeli ma talent i pasję, dzięki której może z pełnym zaangażowaniem wykorzystać swój dar i wspiąć się na wyżyny. A jednak… 
Zastanawiam się, czy cena, jaką za to płaci nie jest jednak zbyt wysoka? I co w życiu jest ważniejsze: zrealizowanie się w życiu publicznym czy prywatnym? 

Z drugiej jednak strony, ilu ludzi nie ma ani talentu, ani pasji, ani satysfakcji w życiu prywatnym… 
Sama nie wiem… 

[tekst zamieściłam w BiblioNETce 30 września 2009]

Wszystkie cytaty pochodzą z książki „Ella Fitzgerald” Stuarta Nicholsona, w przekładzie Andrzeja Schmidta. Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2008 

Ella Fitzgerald w Downbeat, Nowy Jork (1947) - fot. William Gottlieb

niedziela, 3 marca 2013

Sam Wasson - Piąta Aleja, piąta rano

Piąta Aleja piąta rano
"W owym czasie muzyka filmowa nie była uważana za muzykę popularną. Partytury do filmów postrzegano jako coś w rodzaju akompaniamentu, który w oderwaniu od obrazu miał niewielką wartość. Lecz Manciniemu chodziło po głowie coś innego. Chciał komponować muzykę popularną - i to zrobił. Wplatając w Śniadanie u Tiffany'ego samodzielne tematy jazzowe o długości idealnej do odtworzeń w radiu (i do albumów płytowych), stał się pierwszym kompozytorem muzyki na tyle dużego kalibru, by publiczność zechciała za nią zapłacić. Mancini nie tylko poprzerabiał i ponownie nagrał tematy na płycie ze ścieżką dźwiękową, lecz także reklamował tę chwytliwą melodie, która przewijała się przez cały film. Uczynił Moon River głównym tematem muzycznym Śniadania u Tiffany'ego, co znacznie pomogło piosence, a sam album wkrótce wspiął się na szczyty rankingów popularności.

Kiedy Audrey zobaczyła film z całą, ukończoną muzyką, napisała list.

Kochany Henry!

Właśnie obejrzałam nasz film, ŚNIADANIE U TIFFANY'EGO - tym razem z Twoją ścieżką dźwiękową.

Film bez dźwięku jest trochę jak samolot bez paliwa. Wszystko jedno, jak dobrze wykonamy swoją robotę, wciąż tkwimy na ziemi, pozostając w sferze realności. Twoja muzyka pozwoliła nam oderwać się od niej i wzbić się w przestworza. Wszystko, czego nie udało się nam wypowiedzieć słowami albo grą sceniczną, Ty wyraziłeś za nas. Zrobiłeś to z tak wielką wyobraźnią, radością i pięknem.

Jesteś najwspanialszym z facetów i najwrażliwszym z kompozytorów.


Kochany Hanku, bardzo Ci dziękuję. 
Mnóstwo czułości, 
Audrey"

Sam Wasson: "Piąta Aleja, piąta rano". Świat Książki". Warszawa 2013, s. 190-191, tłum. Agnieszka Lipska-Nakoniecznik


Henry Mancini (1924-1994)
Moon River (1961)
muzyka: Henry Mancini
słowa: Johnny Mercer

Moon River wider than a mile,
I 'm crossing you in style someday.
Oh, dream maker, you heartbreaker,
wherever you're going I' m going your way.

Two drifters off to see the world,
there' s such a lot of world to see.
We' re after the same rainbow' s end,
and waiting 'round the bend,
my huckleberry friend, Moon River and me.


© 1961 Paramount Music Corporation, ASCAP

Holly Golightly (Audrey Hepburn) śpiewa Moon River w filmie Śniadanie u Tiffany'ego (1961)

sobota, 23 lutego 2013

N.H. Kleinbaum - Stowarzyszenie umarłych poetów

Okładka
Charlie chrząknął głośno i znacząco. Chłopcy zwrócili się w jego stronę.
- Panowie - zaczął. - Przed wami Charles Dalton i jego Poemuzja.
Zadął w saksofon i wydobył z niego zgrzytliwe dźwięki. Przerwał nagle i jak w transie zaczął mówić:
- Śmianie, łkanie, much łapanie, ogryzanie, bełkotanie, trzeba więcej, więcej robić, trzeba więcej być... - Znów zagrał, i znowu zaczął mówić, szybciej i głośniej niż poprzednio: - Krzyk chaosu, sen chaosu, wrzask i lot podniebny, trzeba więcej być! Trzeba więcej być!
 Znowu podniósł saksofon do ust i zagrał prostą, ale zapierająca dech w piersiach melodię. W grocie zrobiło się cicho  Dalton nigdy nie mówił, że umie tak grać! Charlie zatopił się w ciepłych, subtelnych dźwiękach, i zakończył długą porywającą nutą.
Chłopcy zaniemówili. Pod sklepieniem groty ciągle jeszcze brzmiało delikatne, zamierające echo.

N.H. Kleinbaum - Stowarzyszenie umarłych poetów. Świat Książki, Warszawa 2000, s. 74,  tłum. Paweł Laskowicz

środa, 20 lutego 2013

Lucy Maud Montgomery - Wymarzony dom Ani

Wymarzony dom Ani
Wesoło płynęły godziny dokoła płonącego jasno drzewa na kominku. Kapitan opowiadał różne historie, marszałek Elliot śpiewał szkockie ballady miłym tenorem, w końcu kapitan zdjął ze ściany brunatne, stare skrzypce i zaczął grać. Grał wcale nieźle, co wszyscy uznali oprócz Maciusia, który podskoczył na sofie, jakby go kto ukłuł, wydał przy tym głośny okrzyk protestu i w dzikim popłochu drapnął z pokoju.
- W żaden sposób nie mogę wyrobić uznania dla muzyki w tym kocie - powiedział kapitan. - Nigdy nie chce poczekać nawet do połowy utworu. Pamiętam, jak sprowadzono nowe organy do kościoła w Glen. Stary prezes Fichardes podskoczył niby oparzony w chwili, kiedy organista uderzył w pierwsze akordy, i na łeb, na szyję wyleciał z kościoła. Przypomina mi to zawsze zmykającego przed moimi skrzypcami Maciusia, tak że teraz często ledwo mogę się wstrzymać od śmiechu podczas nabożeństwa.
Było coś zaraźliwego w wesołych tonach, jakie kapitan wydobywał ze swoich skrzypiec, bo w tej chwili nogi marszałka Elliota poczęły się niespokojnie poruszać. Był za młodu zawołanym tancerzem. Naraz wstał i porwał rękę Ewy. Zrozumiała natychmiast jego wezwanie. Poczęli krążyć w rytmicznym tańcu dokoła pokoju oświetlonego płomieniem na kominku. Ewa tańczyła jak natchniona; dzikie, słodkie tony skrzypiec zdawały się porywać ją i ogarniać całą. Ania patrzyła na nią oczarowana. Nigdy nie widziała czegoś podobnego. Zdawało się, że wszystkie czary i bogactwa natury Ewy wyrwały się na wolność i zalały zdrową barwą jej policzki, nadały blasku jej oczom i wdzięku ruchom. Obrazu tego nie mógł nawet zepsuć widok marszałka Elliota z jego długą brodą i spadającymi na ramiona włosami. Na odwrót, podnosiło to jeszcze wdzięk postaci Ewy. Marszałek Elliot sprawiał wrażenie wikinga dawnych czasów, tańczącego z niebieskooką i złotowłosą córą północnych krain.
- Najpiękniejszy taniec, jaki kiedykolwiek widziałem - a widziałem ich sporo! - zawołał kapitan, kiedy w końcu ze zmęczonej ręki wypadł mu smyczek. Ewa padła na fotel zarumieniona, bez tchu.
- Lubię bardzo taniec - przyznała się Ani. - Nie tańczyłam od szesnastego roku życia, ale lubię go zawsze. Zdaje mi się, że muzyka zaczyna krążyć w mych żyłach jak żywe srebro, i zapominam o wszystkim, wszystkim, oprócz rozkoszy poruszania się w jej takt. Nie czuję pod sobą podłogi, nie widzę dokoła ścian ani sufitu. Zdaje mi się, że płynę między gwiazdami.

Lucy Maud Montgomery - Wymarzony dom Ani. Nasza Księgarnia, 1993, s. 104, tłum. Stefan Fedyński


Gdy czytałam ten fragment, wyobraźnia podsuwała mi obraz wesoło płonącego ognia i gromadki przyjaciół zebranych wokół kominka. Jak miło spędzali razem czas! A jednocześnie pojawiło się wspomnienie dzieciństwa... :-)

Wesoło płynęły godziny dokoła płonącego jasno drzewa na kominku...

czwartek, 17 stycznia 2013

Laura Ingalls Wilder - Mały domek w WIELKICH LASACH

Okładka
"Wujek George zagrał na trąbce. Cały pokój wypełniły głośne dźwięki. Wujek George żartował, śmiał się, tańczył i dął w trąbkę. Potem Pa wyjął z futerału skrzypki i zaczął grać. Wszystkie pary stanęły w czworoboku i ruszyły do tańca, a Pa ogłaszał figury.
- Para na prawo, para na lewo! - zawołał i wszystkie spódnice zawirowały, i wszystkie buty zaczęły tupać. Kółeczka obracały się i obracały, spódnice w jedną stronę, buty w druga. Ręce klaskały i rozdzielały się wysoko w górze.
- Zmiana partnerów - Krzyknął Pa - każdy dżentelmen kłania się pani po lewej stronie!
Robili wszystko to, co im kazał. Laura patrzyła na kołyszącą się spódnice Ma, jej wąską, przeginającą się talię i pochyloną ciemną głowę i myślała, że Ma jest najwspanialszą tancerką na świecie. Skrzypce śpiewały:

- Oj, dziewczyny z Buffalo, dziewczyny,
Nie wyszłyście dzisiaj wieczorem,
Nie wyszłyście dzisiaj wieczorem,
Oj, dziewczyny z Buffalo, dziewczyny,
Nie wyszłyście dziś na ulicę,
Żeby tańczyć przy świetle księżyca...

Małe kółka i duże kółka kręciły się i kręciły, spódnice wirowały, buty przytupywały. Partnerzy kłaniali się sobie nawzajem, to się rozdzielali, to znów się łączyli i kłaniali od nowa.
Babcia była sama w kuchni, mieszała syrop gotujący się w kotle. Mieszała go w takt muzyki. [...]
Laura wciąż patrzyła na tancerzy. Pa grał teraz "Irlandzką praczkę",

- Hej, panienki, dalej, panie,
Przytupujcie obcasami!

Laura nie mogła utrzymać nóg w spokoju. Wujek George spojrzał na nią i zaśmiał się. Nagle złapał ją za rękę i odtańczył z nią w rogu krótki taniec. Polubiła wujka George'a.
A przy drzwiach kuchni rozlegały się wybuchy śmiechu. Wyciągali babcię. babcia też miała piękną sukienkę z ciemnoniebieskiego perkalu z rzucikiem w jesienne liście. Policzki zaróżowiły jej się od śmiechu i potrząsał głową. W ręce trzymała drewnianą łyżkę.
- Nie mogę zostawiać syropu! - wołała.
Ale Pa zaczął grać "Podróżnika z Arkansas" i wszyscy zaczęli klaskać w takt muzyki. Na to babcia ukłoniła się im wszystkim i zrobiła parę kroczków. Tańczyła tak ładnie, jak każdy z nich. Oklaski niemal zagłuszyły muzykę skrzypków Pa.
Nagle wujek George uniósł rękę, trzasnął obcasami i kłaniając się nisko przed babcią rozpoczął Jiga. Babcia oddała komuś swą łyżkę. Oparła ręce na biodrach, zwróciła się twarzą do wujka George'a, a wszyscy aż krzyknęli. Babcia tańczyła jiga!
Laura klaskała w takt muzyki wraz z innymi klaszczącymi. Skrzypki grały jak nigdy dotąd. Oczy babci rzucały iskry, policzki zaczerwieniły się, a obcasy pod skrajem spódnic stukały równie szybko, jak szybko tupały buty wujka George'a.
Zapanowało ogólne podniecenie. Wujek George dalej tańczył, a babcia dotrzymywała mu kroku patrząc na niego. Skrzypce też nie ustawały. Wujek George już zaczynał głośno dyszeć i ścierał pot z czoła.
Oczy babci błyszczały.
Ktoś krzyknął:
- Nie pobijesz jej!
Wujek George zaczął tańczyć szybciej. Dwa razy szybciej niż przedtem. Babcia także. Wszyscy na nowo się rozbawili. Kobiety śmiały się i klaskały w dłonie, a mężczyźni żartowali z George'a. On na to nie zwracał uwagi, ale już mu nie starczało tchu, żeby się śmiać. Tańczył.
Niebieskie oczy Pa błyszczały. Wstał i obserwował babcię i George'a, a jego smyczek tańczył po strunach. Laura podskakiwał, piszczała i klaskała w dłonie.
Babcia nie przestawał tańczyć. Ręce trzymała na biodrach, brodę zadarła w górę i uśmiechała się. George też tańczył, ale jego buty nie tupały już tak głośno. Natomiast obcasy babci nadal postukiwały wesoło. Z czoła George'a spłynęła kropla potu i zabłysła na policzku. Naraz rozłożył ramiona i wysapał:
- Przegrałem!
I przestał tańczyć.
Powstał przeraźliwy hałas, wszyscy krzyczeli, wołali, tupali, dodając babci otuchy. A babcia tańczyła dalej. Tańczyła jeszcze minutę, a potem przestała Śmiała się dysząc. Jej oczy lśniły tak samo jak oczy roześmianego Pa. George także się śmiał, wycierając czoło rękawem."

Laura Ingalls Wilder - Mały domek w Wielkich Lasach. Nasza Księgarnia 1990, s. 87-90, tłum. Małgorzata Goraj

Jig

środa, 16 stycznia 2013

Selma Lagerlöf - Cudowna podróż

Cudowna podróż
"A w niedzielne popołudnie siedział na wielkim gęstym krzaku wierzbiny nad brzegiem jeziora i grał na fujarce wierzbowej. Wokoło usadowiło się tyle zięb, szpaków i wilg, ile tylko pomieścić się mogło w krzakach. Świergotały swoje melodie, chłopiec zaś usiłował wygrywać je na fujarce. Ale nie znał się dość dobrze na tej sztuce i grał tak fałszywie, że małym mistrzom powstawały ze zgrozy piórka na grzbietach. Krzyczały i biły skrzydłami z przerażenia, a chłopiec śmiał się z nich tak serdecznie, że mu fujarka z rąk wypadała.
Rozpoczynał na nowo, ale grał coraz gorzej i cały chór ptasi rozpaczał.
- Paluszku, dziś grasz gorzej niż zwykle! Ani jednego czystego tonu nie wydobywasz! Ty wcale nie myślisz o tym, co robisz?"

Selma Lagerlöf - Cudowna podróż. Tom 1. Nasza Księgarnia, Warszawa 1077, s. 48, tłum. Joanna Mortkowiczowa



Nils Holgersson. Pocztówka (1962)

wtorek, 15 stycznia 2013

Elizabeth Dunkel - Wszystkie kobiety kochają rosyjskiego poetę (2)

Okładka
     Zaczęła tańczyć samotnie, czy raczej - jak to nazywała - tańczyć sama ze sobą, kiedy miała około dwunastu lat i mieszkała z rodzicami na przedmieściach. Rodzice kupili jej w końcu tanie stereo i kiedy wychodzili wieczorem albo gdy matka brała z podjazdu samochód, żeby pojechać po zakupy w sobotnie popołudnie, Kate obserwowała ją z okna sypialni na piętrze, po czym zbiegała do salonu, głośno nastawiała muzykę i harcowała między stolikami do kawy.
     Czasami wpadała do kuchni, otwierała szeroko lodówkę i szperała w pojemniku z warzywami, dopóki nie znalazła odpowiedniej marchewki, ogórka lub cukinii. Wtedy biegła z powrotem do salonu i, trzymając marchew jak mikrofon, udawała wokalistkę zespołu rockowego, śpiewając ile sił, kręcąc biodrami, wymachując rękami zgodnie ze ścisłym układem choreograficznym, rozpalając do szaleństwa wyobraźnię chłopaków na widowni, marzących o niej, królowej rock and rolla, kapłance jazzu, aniele folku. Ojciec nazywał to muzyką wyjców. Zmieniały się czasy i zmieniała się muzyka. Najpierw była Dionne Warwick i Lesley Gore, potem w jej życie wkroczyli Beatlesi i stała się ich gorącą wielbicielką. Wstąpiła do prawdziwego fan-klubu Beatlesów, wkładała do szkoły skórzaną czapkę-beatlesówkę i robiła naszyjniki ze zdjęć Beatlesów znajdowanych w opakowaniach beatlesowskiej balonowej gumy do żucia.Całą ścianę w sypialni wytapetowała gazetowymi fotosami Beatlesów i zamówiła nawet kawałek prześcieradła Paula McCartneya wielkości dwóch cali kwadratowych. Tańczyła przy dźwiękach "Sergeant Pepper's Lonely Heart Club Band", dając przy tej okazji istny zwariowany popis i odgrywając role wszystkich czterech idoli, a czasem tajemniczego "piątego" Beatlesa - kobiety, którą kochali wszyscy czterej. Później wciągnęły ją nonszalanckie bluesy Bonnie Raitt. "Nie będę prosić cię o miłość, pokocha mnie ktoś inny" - zawodziła. A kiedy matka stawała we frontowych drzwiach, Kate siedziała cichutko na sofie i nieco zdyszana czytała książkę.

Elizabeth Dunkel - Wszystkie kobiety kochają rosyjskiego poetę. Książka i Wiedza 1995, str. 97-98, tłum. Dorota Gostyńska

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Elizabeth Dunkel - Wszystkie kobiety kochają rosyjskiego poetę

Okładka
     Tulili się, pijąc szampana. Borys był szczęśliwy z powodu takiego zamieszania wokół swojej osoby. Kate zaś uradowana, że sprawiła mu przyjemność.
     - Gdybym jeszcze mógł posłuchać teraz Schuberta, to byłoby naprawdę coś - powiedział z zadumą.
     - Naprawdę? - zapytała Kate. - To naprawdę byłoby coś? - Wstała i nastawiła płytę z kwartetem Schuberta w tonacji d-mol na instrumentach Guarneriego. Usiadła uśmiechając się szeroko i pocałowała go w policzek. - Wszystkiego najlepszego, Borys - powiedziała. Zamknęli oczy, popijali szampana i słuchali Schuberta. Jakże wspaniałe może być życie! Nigdy jeszcze nie była tak zadowolona. Tego własnie pragnęła. Wydawało się, że to, co zawsze jej umykało, teraz stało się faktem.
     Zabrali ze sobą do sypialni butelkę szampana i kiedy oglądali w łóżku amerykańską telewizję, obsypał ją szampańskimi pocałunkami. Nigdy nie miał dość amerykańskiej telewizji, ale uważał, że reklamy są okropne. Jednak Kate nie chciała, żeby tego wieczoru poświęcał uwagę telewizji. Chciała, żeby zajmował się tylko nią, wyłączyła więc telewizor. Borys usiadł i parodiował Chruszczowa, Breżniewa, Andropowa, potem dziwkowate Francuzki i francuskich pedałów. Kate śmiała się jak szalona.
     - Co mogę dla ciebie zrobić? - zastanawiała się głośno. - Och, wiem - powiedziała. Wyprostowała się i przybrała patriotyczny wyraz twarzy. - Nauczyłam się tego na letnim obozie. - I słodkim czystym głosem zaśpiewała:

                            Kocham Stany Zjednoczone,
                            Kocham mój odważny kraj,
                            Chcę głosować i wybierać,
                            W każdej sprawie głos zabierać,
                            Kocham, bo to istny raj.

                            To szczęście żyć w Ameryce,
                             Więc mi to szczęście, Boże, daj,
                             Bo tu mogę robić to, co chcę.
                             Bo tu nikt nie powstrzyma mnie,
                             Kocham, bo to istny raj.

                             Wejdę na szczyt
                             Góry wysokiej
                             I głowę swą ku niebu wzniosę,
                             I Bogu dzięki swe zaniosę
                             Za to, że w takim kraju żyję,
                             Pracuję dla ojczyzny miłej,
                             Kocham ją,
                             Kocham,
                             Bo to istny raj!

     Borys ryczał ze śmiechu.

Elizabeth Dunkel - Wszystkie kobiety kochają rosyjskiego poetę. Książka i Wiedza 1995, str.88-89, tłum. Dorota Gostyńska

czwartek, 10 stycznia 2013

Sarita Mandanna - Tygrysie Wzgórza

Tygrysie Wzgórza
"Wiejski wyplatacz mat zrobił matę z wikliny specjalnie na pogrzeb. Rozłożono ją na werandzie i usiadły na niej wszystkie domowniczki z rozpuszczonymi włosami sięgającymi pasa, z jardami białego muślinu udrapowanymi i zawiązanymi wokół ramion. Ponuro, w takt bicia w bębny, pogrzebowi śpiewacy śpiewali żałobną pieśń.

   To twój koniec, Tajawwa, twój ostateczny koniec.
   Strata którą poniosłaś, Tajawwa,
   Och! Cóż to za straszna strata!
   Zostałaś pokonana. Tajawwa, ostatecznie pokonana.

   Dewi siedziała jak wyrzeźbiona w marmurze. Wyglądała tak, jakby wcale nie oddychała.
   Tukra dotrzymywał kroku bębnom. Zdawał się tańczyć instynktownie, prawie nie słuchając dudnienia. Twarz miał wykrzywioną smutkiem, rysy zamazane i nachodzące na siebie nawzajem - może od mgły, a może przez łzy w jej oczach. Dewi nie była do końca pewna.
   Uparł się, by zatańczyć na pogrzebie, choć żona go ostrzegała, że ucierpią na tym jego kolana.
   - Jesteś już za stary, zostaw taniec pogrzebowy młodym - radziła, lecz on był niewzruszony.
   - To dla taji - płakał. - Dla taji.
   Teraz krążył wokół lampki, krok w przód, krok w tył. Głosy śpiewających otaczały żałobników, niosły się nad ponurymi wzgórzami.

   Jak siedem sznurów złotych koralików Pana,
   Zerwanych i rozsypanych, Tajawwa,
   Tak i ty się rozsypałaś.
   Jak jego zwierciadło,
   Które wypadło z dłoni i się potłukło, Tajawwa,
   O! Tak i ty się potłukłaś, Tajawwa."

Tygrysie Wzgórza - Sarita Mandanna, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2011, s. 387-388, tłum. Anna Gralak

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Janusz Majewski - Siedlisko (2)


Siedlisko
"... Krzysztof nastawił jakąś stację, która nadawała stare dobre standardy amerykańskie, zaczął kołysać się w fotelu, słuchając i nucąc.
Marianna wyniosła do kuchni tacę. Wróciła w jego starym kapeluszu i wełnianym szalu zarzuconym na ramiona, jakby to była etola.
- "Kupisz mi nowy kapelusz..." - zanuciła fragment piosenki Rostworowskiego.
Krzysztof dośpiewał natychmiast:
- "Bo zawsze miałaś zły gust".
I razem:
- "A wśród drobiazgów niewielu puder i szminkę do ust...".
Krzysztof popatrzył uśmiechnięty, jak Marianna tańczy z miną szalonej uwodzicielki, parodiując tancerki kabaretowe. W gruncie rzeczy nie gustował w takich zachowaniach, trochę go żenowały, jeśli dawał się w coś takiego wciągać, to dla świętego spokoju, który cenił ponad wszystko. Podkręcił troszkę radio, bo usłyszał ulubioną melodię z filmu Casablanca. Wstał.
- Ingrid... pani tutaj?
Marianna natychmiast podjęła grę.
- Tak długo na ciebie czekałam, Humphrey...
Przytuliła się do niego i zaczęli tańczyć jak filmowa para amancka. On odchylał się przesadnie, patrząc jej przeciągle w oczy.
- Czy jest pani bezpieczna tu w Casablance?
- Z panem? Nie obawiam się niczego... nawet grypy...
Przywarli znów do siebie, on nucił zmysłowo. Parodiowaniem stwarzał sobie wewnętrzne alibi, dystans do sentymentalnych nastrojów, które Marianna traktowała serio, szczerze się angażując.
As Time Goes By się skończyło. Marianna zdjęła szal i kapelusz.
- Muszę pana pożegnać, Humphy. Odlatuję... robota."

Janusz Majewski: "Siedlisko". Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2011, s. 204-205

Ingrid i Humphrey... "Casablanca" (1942)
Piosenkę wykorzystaną w filmie Michaela Curtiza, Casablanca - As Time Goes By, napisał Herman Hupfeld w roku 1931 do broadwayowskiego musicalu Everybody's Welcome, dla Frances Williams. Ale dopiero wykorzystanie piosenki w Casablance zapewniło jej nieśmiertelność. W filmie śpiewał ją, akompaniując sobie na fortepianie, Doodley Wilson (filmowy Sam). 
Któż z nas nie pamięta tej kwestii... Play it for me, Sam... 

Zagraj to dla mnie, Sam...
[This day and age we're living in
Gives cause for apprehension
With speed and new invention
And things like fourth dimension.

Yet we get a trifle weary
With Mr. Einstein's theory.
So we must get down to earth at times
Relax relieve the tension

And no matter what the progress
Or what may yet be proved
The simple facts of life are such
They cannot be removed.]

You must remember this
A kiss is just a kiss, a sigh is just a sigh.
The fundamental things apply
As time goes by.

And when two lovers woo
They still say, "I love you."
On that you can rely
No matter what the future brings
As time goes by.

Moonlight and love songs
Never out of date.
Hearts full of passion
Jealousy and hate.
Woman needs man
And man must have his mate
That no one can deny.

It's still the same old story
A fight for love and glory
A case of do or die.
The world will always welcome lovers
As time goes by.

Oh yes, the world will always welcome lovers
As time goes by.

© 1931 Warner Bros. Music Corporation, ASCAP

Tekst piosenki znalazłam TU

niedziela, 6 stycznia 2013

Jodi Picoult - W naszym domu

W naszym domu
"Wychodzę z dyżurki i uchylam drzwi do korytarza, w którym znajdują się cele. Głos Jacoba jest cichy, ledwie się niesie:

Szukają mnie w całym mieście,
Znają każdą moją ścieżkę.
Chcą zobaczyć mnie w pętach
Mówią: krew masz na rękach.

Popycham drzwi i podchodzę do celi Jacoba, który wciąż śpiewa "I Shot the Sheriff". Jego głos to się podnosi, to znów opada. Kroki na betonowej podłodze niosą się głośnym echem, ale on nie przestaje śpiewać, nawet gdy staję tuż za kratą, na wprost niego, z ramionami skrzyżowanymi na piersi.
Jacob powtarza jeszcze dwa razy refren, a potem milknie."

Jodi Picoult - W naszym domu. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011, s. 250, tłum. Michał Juszkiewicz

Bob Marley: "I Shot the Sheriff" (1973), fragment użyty w tekście książki Jodi Picoult:

Yeah! All around in my home town,
They're tryin' to track me down;
They say they want to bring me in guilty
For the killing of a deputy,
For the life of a deputy.


Bob Marley (1945 - 1981)

sobota, 5 stycznia 2013

Anita Shreve - Druga miłość

Druga miłość

"Gdy Rob zaczął grać, Agnes wiedziała, że się rozpłacze. Tak reagowała, kiedy w kościele śpiewano znajomy hymn, kiedy partia skrzypiec w symfonii była wyjątkowo przejmująca, nawet na meczach baseballu, kiedy tenor intonował hymn narodowy. Muzyka była czymś w rodzaju spustu, który uwalniał emocje zwykle trzymane pod kontrolą. Szacunek. Wdzięczność. Wrażenie czegoś większego niż ona sama. Smutek. Ból serca. Samotność. "

Anita Shreve: "Druga miłość". Prószyński i S-ka 2009, tłum. Alina Siewior-Kuś

czwartek, 3 stycznia 2013

J.K. Rowling - Harry Potter i Czara Ognia

Harry Potter i Czara Ognia
Upewnił się, ze Marta zasłoniła dokładnie rękami okulary, po czym wyszedł z basenu, owinął się ciasno ręcznikiem i poszedł po złote jajo.
Kiedy wszedł z powrotem do wody, Marta zerknęła na niego przez palce i powiedziała:
- No, dalej, otwórz je pod wodą!
Harry zanurzył jajo w pienistej wodzie i otworzył je. Tym razem nie zaniosło się ˙żałosnym jękiem. Tym razem zaśpiewało bulgotliwie, tak ˙ze nie zrozumiał słów. 
- Musisz zanurzyć głowę pod wodę - powiedziała Marta, której pouczanie go najwidoczniej sprawiało wielką przyjemność - No, śmiało!
Harry wziął głęboki wdech, zanurzył się i usiadł na marmurowym dnie basenu wypełnionego różnokolorowymi bąbelkami, a wtedy usłyszał chór dziwacznych głosów, wyśpiewujących z otwartego jaja w jego dłoniach:

Szukaj nas tam tylko, gdzie słyszysz nasz głos,
Nad wodą nie śpiewamy, taki już˙ nasz los,
A kiedy będziesz szukał, zaśpiewamy tak:
To my mamy to, czego tobie tak brak.
Aby to odzyskać, masz tylko godzinę,
Której nie przedłużymy choćby i o krztynę.
Po godzinie nadzieję przyjdzie ci porzucić,
A to, czego tak szukasz, nigdy już nie wróci.


Harry odbił się od dna, wytknął głowę z piany i strząsnął włosy z oczu.
- Słyszałeś? - zapytała Marta.
- Tak. . . „Szukaj nas tam tylko, gdzie słyszysz nasz głos”, jakbym potrzebował zachęty. . . Chwileczkę, muszę posłuchać jeszcze raz. - I zanurzył się ponownie.
Musiał zanurzać się trzykrotnie, zanim wyuczył się słów piosenki na pamięć. Potem brodził przez chwilę w wodzie, rozmyślając ze zmarszczonym czołem, a Marta siedziała cicho, przyglądając mu się uważnie.
- Muszę poszukać ludzi, którzy nie mogą używać głosu nad woda.

J.K. Rowling: „Harry Potter i Czara Ognia”. Media Rodzina, Poznań 2001, 766 s., tłum. Andrzej Polkowski