czwartek, 10 stycznia 2013

Sarita Mandanna - Tygrysie Wzgórza

Tygrysie Wzgórza
"Wiejski wyplatacz mat zrobił matę z wikliny specjalnie na pogrzeb. Rozłożono ją na werandzie i usiadły na niej wszystkie domowniczki z rozpuszczonymi włosami sięgającymi pasa, z jardami białego muślinu udrapowanymi i zawiązanymi wokół ramion. Ponuro, w takt bicia w bębny, pogrzebowi śpiewacy śpiewali żałobną pieśń.

   To twój koniec, Tajawwa, twój ostateczny koniec.
   Strata którą poniosłaś, Tajawwa,
   Och! Cóż to za straszna strata!
   Zostałaś pokonana. Tajawwa, ostatecznie pokonana.

   Dewi siedziała jak wyrzeźbiona w marmurze. Wyglądała tak, jakby wcale nie oddychała.
   Tukra dotrzymywał kroku bębnom. Zdawał się tańczyć instynktownie, prawie nie słuchając dudnienia. Twarz miał wykrzywioną smutkiem, rysy zamazane i nachodzące na siebie nawzajem - może od mgły, a może przez łzy w jej oczach. Dewi nie była do końca pewna.
   Uparł się, by zatańczyć na pogrzebie, choć żona go ostrzegała, że ucierpią na tym jego kolana.
   - Jesteś już za stary, zostaw taniec pogrzebowy młodym - radziła, lecz on był niewzruszony.
   - To dla taji - płakał. - Dla taji.
   Teraz krążył wokół lampki, krok w przód, krok w tył. Głosy śpiewających otaczały żałobników, niosły się nad ponurymi wzgórzami.

   Jak siedem sznurów złotych koralików Pana,
   Zerwanych i rozsypanych, Tajawwa,
   Tak i ty się rozsypałaś.
   Jak jego zwierciadło,
   Które wypadło z dłoni i się potłukło, Tajawwa,
   O! Tak i ty się potłukłaś, Tajawwa."

Tygrysie Wzgórza - Sarita Mandanna, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2011, s. 387-388, tłum. Anna Gralak

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz