piątek, 22 marca 2013

Rozśpiewany powozik

Helimadoe
"Gdyśmy mijali miletińską gajówkę, rozległ się za nami turkot pojazdu, podrzucanego na kamienistej szosie.
Zeszliśmy do rowu, aby się, o ile to możliwe, uchronić od wdychania wirującego kurzu. Uwagę naszą zwróciła okoliczność, że wraz z turkotem pojazdu zbliżał się śpiew na kilka głosów. Byliśmy ciekawi, kto to śpiewa. Może to jadą podochoceni weselnicy? Czy też ktoś uradowany i beztroski wraca z podmiejskiej wycieczki? Na zakręcie ukazał się żółty powozik z czarnym opuszczonym daszkiem, na koźle siedziała chuda dziewczyna i strzelała z bata, dwie inne w przedziwnych kapeluszach kuliły się przy sobie zajmując zapasową ławeczkę, z tyłu zaś siedział wygodnie rozparty tęgi człowieczek o pryszczatym nosie. Do niego przytulało się dziewczątko z oczkami jak niezapominajki, w wianuszku z polnych kwiatów nad czołem - istny obrazek z bajki.
Kobiety w powozie śpiewały czystymi sopranami, wytrwale, jakby z obowiązku albo z nagle wezbranej radości życia, zaś dziewczynka z wianuszkiem na włosach wtórowała im srebrzystym głosikiem. Stałem z otwartymi ustami. Ogarnęła nas chmura pyłu. Ojciec wyciągnął rękę uzbrojoną w laskę i krzyknął w kierunku turkocących kół:
- Patrzcie, to jest starohradzki doktor Hanzelin ze swymi córkami!
Patrzyliśmy za bryczką jeszcze chwilę, my obaj w niemym zdziwieniu, matka pogardliwie skrzywiwszy usta. 
[...]
Gdy pierwsza wizyta dobiegła końca, Hanzelin wsiadał niezgrabnie do powozu, drobniutka laleczka przytulała się do jego ramienia, doktor z miłością wytrzeszczał do niej oczy, kurczowo zaciskał rękę na ramie starej, spuszczonej budki, kobieta-stangret podnosiła bat, cmokała, konik ruszał. Spokojnie, jak na rozkręcającej się płycie gramofonowej, rozwijała się pieśń Helmadonn, melodia następowała po melodii, skoczna po smętnej, jak gdyby uprzednio ustaliły sobie program, bez przerwy na spoczynek, bez sprzeczki co do wyboru.
Dziewczęta śpiewały, kryształowy głosik dzwoneczka przytulonego do ojcowskiego płaszcza dźwięczał do wtóru. Powozik podskakiwał po kamieniach, resory skrzypiały, droga wznosiła się, opadała z góry w dół, znów biegła pod górę, pieśń rozlegała się niby wyraz życiowej odwagi, to znowu niby tęsknota, wspomnienie minionej młodości, żałość straconych nadziei. Od Miletina ku Vratni, od Vratni ku Hloubietinowi, ku Czimelicom, ku Otroczni, pieśń kończyła się i zaczynała na nowo. W czasie tego wyjazdu wszystkie smutne panny młodniały, w czasie tego wyjazdu fruwały rozsypane przez wiatr włosy Heleny, śniada twarz Lidy ciemniała jeszcze bardziej, posępne podkowy pod oczyma Marii pogłębiały się. Dora błyskała szerokimi murzyńskimi zębami. Teraz wszystkie były zaczepne, wszystkie były śmiałe, niepodobne do żadnych innych kobiet w całej rozległej okolicy, wyrażały swoje prawo do śpiewu. 
[...]
Gdyby koło tej czy owej chałupki powozik przejechał cicho, ludzie zaniepokojeni wyszliby na próg i pytaliby jeden drugiego:
- Co się stało? Czemu nie śpiewają? Może mają jakieś zmartwienie? Czy coś złego zdarzyło się na świecie?
Śpiew córek Hanzelina w życiu mieszkańców wiosek należał do codziennego programu, należał do okolicy, był jednym z praw natury, tym, czego nie mogło nie być."

Jaroslav Havlíček: "Helimadoe". Czytelnik, Warszawa 1978, s. 57-61, przekład Helena Gruszczyńska-Dębska

czwartek, 21 marca 2013

tylko z akompaniamentem gorzej...

Wojna domowa trwa
"Wiosenny syndrom
Robiłam sałatkę wiosenną. Młoda cebula, rzodkiewka, jajko na twardo, majonez. Trzeba to siekać. Siekałam. Siekałam i śpiewałam "My jesteśmy tanie dranie".
Prawdę mówiąc fałszowałam tych tanich drani, bo to wcale nie jest taka łatwa melodia, jakby się na pozór wydawało. Ale byłam sama w domu, więc pozwalałam sobie. Okazało się już po kilku minutach tej radosnej twórczości, że wcale sama w domu nie jestem. Rozczochrana głowa Anuli wyjrzała przez uchylone drzwi. Zamilkłam z miejsca.
- Nie chciałam cioci przerywać - powiedziała Anula, przeciągnęła się i nalała sobie szklankę wody z kranu. 
- Właśnie i tak kończyłam - odpowiedziałam uprzejmie i przyjrzałam jej się. Odwrócona do mnie plecami coś przełykała z tą wodą.
- Ciocia nawet nieźle śpiewa - powiedziała równie uprzejmie - tylko że z akompaniamentem gorzej.
- Z jakim akompaniamentem?
- No z tym siekaniem. Sieka ciocia nierytmicznie."

Starsi Panowie oraz tanie dranie
Kabaret Starszych Panów (1958-1966)
Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski
tanie dranie: 
Mieczysław Czechowicz i Wiesław Michnikowski

My jesteśmy tanie dranie

My jesteśmy tanie dranie,
Dranie tanie niesłychanie.
Nie potrzeba mnożyć zdań,
By powiedzieć, czym dla pań
I dla panów tani drań.

Za świństewka drobne, proszę
Pani, pani płaci grosze,
I za świństwo większej skali
Budżet panu nie nawali.
Stosujemy zniżek system
Za abonamencik świństew.
Kto rąk nie chce kalać, zań
Je pokala tani drań.

My jesteśmy tanie dranie...

Zakopanie trupa w porcie,
Zakładanie myszy w torcie,
Uwiedzenie córki w poście,
Uczynienie dziurki w moście,
Zanurzenie wuja w stawie,
Osaczanie pary w trawie,
Usuwanie zbędnych pań
Wykonuje tani drań.

My jesteśmy tanie dranie...

Dokuczanie radiem z góry,
Wymuszanie przez tortury,
Usypianie extra proszkiem,
Uduszenie przez pończoszkę,
Obrzydzanie cynaderką,
Usuwanie śladów ścierką.
Całą listę takich dań
Oferuje tani drań.

My jesteśmy tanie dranie...

Autor: Jeremi Przybora
Kompozytor: Jerzy Wasowski
Wykonanie w Kabarecie Starszych Panów: Mieczysław Czechowicz i Wiesław Michnikowski
1966

sobota, 9 marca 2013

Ella Fitzgerald żyła, by śpiewać...

Ella Fitzgerald
Ellę lubiłam, lubię i zapewne będę lubić; podziwiam jej łatwość swingowania, czystość dźwięku, wyraźny, jakby niekłamany, optymizm w głosie, gdy śpiewa wesołe standardy, budowanie nastroju w balladach. „Porgy and Bess”, songbooki i „Ella intymnie” należą do moich ulubionych płyt. Wiedziałam, że nie było jej łatwo i życia usłanego różami nie miała, ale nigdy się nad tym specjalnie nie zastanawiałam. 

Ale najpierw Stuart Nicholson: 
„Ella Fitzgerald żyła, by śpiewać. Nic innego w jej życiu tyle dla niej nie znaczyło. Śpiewanie było centrum całego jej istnienia, wznosząc ją na szczyt profesji na siedem dziesięcioleci. Jej styl wokalny, powszechnie uznany za probierz doskonałości, był podziwiany za czystość tonu, klarowność dykcji, wyobraźnię harmoniczną i niezwykle subtelne poczucie swingu. Najwidoczniej niepodatna na nieustanne wstrząsy związane z ogłaszaniem nowości, które co jakiś czas przenikały zarówno jazz, jak i popularną muzykę, była w stanie zapełniać wielkie sale koncertowe świata bez względu na panujące prądy.” 
[s. 17] 

„Muzyka znaczyła dla Elli wszystko. Przyjaciele i bliscy jej muzycy mówili, jak nieustannie obracała melodie w myślach lub nuciła je cicho, wyobrażając sobie, jak mogłyby brzmieć w trakcie występu.” 
[s. 18] 

„”Śpiewanie i muzyka to jej życie – powiedział Paul Smith.- Oto dlaczego śpiewała aż do lat dziewięćdziesiątych. Ożywała, gdy wchodziła na scenę. Reszta jej życia… no cóż, nie miała rodziny, o której można by mówić. Bez względu na sukcesy, a nie sądzę, by ktoś mógł mieć większe powodzenie, nigdy przed występem nie opuszczała jej obawa o to czy spodoba się ludziom?...” 
[s. 222 – 223] 

„…Kochała śmiech i lubiła mówić o muzyce i piosenkach. To temat, który był jej bliski”. Wraz z końcem trasy, kończyły się jednak żarty i wspólna radość i Ella chowała się do wieży z kości słoniowej […] 
Być może ostateczną ceną za status gwiazdy jest samotność. Prywatność Elli tak zazdrośnie była strzeżona przez innych, że jej życie publiczne (poza występami) zostało ograniczone niemal do zera.” 
[s. 294]

„Pracuje teraz mniej więcej raz w miesiącu, by nie wypaść z branży. Nie wiedziałaby, co z sobą robić, gdyby nie śpiewała. Wraca do życia, gdy jest na scenie. Jej pozostałe życie? No cóż, właściwie nie ma rodziny. Ta, która jest, zawsze była na jej utrzymaniu. Ponieważ jako jedyna z rodziny coś zdziałała, sądzili, że nie muszą się zbytnio wysilać. Ella przez całe lata opiekowała się nimi. Wywiązywała się z tego wspaniale, ale sądzić można, że oni też byliby zdolni do zadbania o siebie.” 
[s. 298] 

„Odyseja Elli wiodła ją od strasznej nędzy do luksusu Beverly Hills przez sale tańca, mroczne nocne kluby, segregowane pomieszczenia w kraju, który ciągle był chwiejny w kwestii podziałów rasowych. Na swój własny spokojny sposób Ella stawiała czoło problemom, jakie niosło życie czarnego człowieka w przeważająco białym społeczeństwie.…” 
[s. 302] 

Można by powiedzieć, że człowiek jest spełniony, jeżeli ma talent i pasję, dzięki której może z pełnym zaangażowaniem wykorzystać swój dar i wspiąć się na wyżyny. A jednak… 
Zastanawiam się, czy cena, jaką za to płaci nie jest jednak zbyt wysoka? I co w życiu jest ważniejsze: zrealizowanie się w życiu publicznym czy prywatnym? 

Z drugiej jednak strony, ilu ludzi nie ma ani talentu, ani pasji, ani satysfakcji w życiu prywatnym… 
Sama nie wiem… 

[tekst zamieściłam w BiblioNETce 30 września 2009]

Wszystkie cytaty pochodzą z książki „Ella Fitzgerald” Stuarta Nicholsona, w przekładzie Andrzeja Schmidta. Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2008 

Ella Fitzgerald w Downbeat, Nowy Jork (1947) - fot. William Gottlieb

niedziela, 3 marca 2013

Sam Wasson - Piąta Aleja, piąta rano

Piąta Aleja piąta rano
"W owym czasie muzyka filmowa nie była uważana za muzykę popularną. Partytury do filmów postrzegano jako coś w rodzaju akompaniamentu, który w oderwaniu od obrazu miał niewielką wartość. Lecz Manciniemu chodziło po głowie coś innego. Chciał komponować muzykę popularną - i to zrobił. Wplatając w Śniadanie u Tiffany'ego samodzielne tematy jazzowe o długości idealnej do odtworzeń w radiu (i do albumów płytowych), stał się pierwszym kompozytorem muzyki na tyle dużego kalibru, by publiczność zechciała za nią zapłacić. Mancini nie tylko poprzerabiał i ponownie nagrał tematy na płycie ze ścieżką dźwiękową, lecz także reklamował tę chwytliwą melodie, która przewijała się przez cały film. Uczynił Moon River głównym tematem muzycznym Śniadania u Tiffany'ego, co znacznie pomogło piosence, a sam album wkrótce wspiął się na szczyty rankingów popularności.

Kiedy Audrey zobaczyła film z całą, ukończoną muzyką, napisała list.

Kochany Henry!

Właśnie obejrzałam nasz film, ŚNIADANIE U TIFFANY'EGO - tym razem z Twoją ścieżką dźwiękową.

Film bez dźwięku jest trochę jak samolot bez paliwa. Wszystko jedno, jak dobrze wykonamy swoją robotę, wciąż tkwimy na ziemi, pozostając w sferze realności. Twoja muzyka pozwoliła nam oderwać się od niej i wzbić się w przestworza. Wszystko, czego nie udało się nam wypowiedzieć słowami albo grą sceniczną, Ty wyraziłeś za nas. Zrobiłeś to z tak wielką wyobraźnią, radością i pięknem.

Jesteś najwspanialszym z facetów i najwrażliwszym z kompozytorów.


Kochany Hanku, bardzo Ci dziękuję. 
Mnóstwo czułości, 
Audrey"

Sam Wasson: "Piąta Aleja, piąta rano". Świat Książki". Warszawa 2013, s. 190-191, tłum. Agnieszka Lipska-Nakoniecznik


Henry Mancini (1924-1994)
Moon River (1961)
muzyka: Henry Mancini
słowa: Johnny Mercer

Moon River wider than a mile,
I 'm crossing you in style someday.
Oh, dream maker, you heartbreaker,
wherever you're going I' m going your way.

Two drifters off to see the world,
there' s such a lot of world to see.
We' re after the same rainbow' s end,
and waiting 'round the bend,
my huckleberry friend, Moon River and me.


© 1961 Paramount Music Corporation, ASCAP

Holly Golightly (Audrey Hepburn) śpiewa Moon River w filmie Śniadanie u Tiffany'ego (1961)