sobota, 9 marca 2013

Ella Fitzgerald żyła, by śpiewać...

Ella Fitzgerald
Ellę lubiłam, lubię i zapewne będę lubić; podziwiam jej łatwość swingowania, czystość dźwięku, wyraźny, jakby niekłamany, optymizm w głosie, gdy śpiewa wesołe standardy, budowanie nastroju w balladach. „Porgy and Bess”, songbooki i „Ella intymnie” należą do moich ulubionych płyt. Wiedziałam, że nie było jej łatwo i życia usłanego różami nie miała, ale nigdy się nad tym specjalnie nie zastanawiałam. 

Ale najpierw Stuart Nicholson: 
„Ella Fitzgerald żyła, by śpiewać. Nic innego w jej życiu tyle dla niej nie znaczyło. Śpiewanie było centrum całego jej istnienia, wznosząc ją na szczyt profesji na siedem dziesięcioleci. Jej styl wokalny, powszechnie uznany za probierz doskonałości, był podziwiany za czystość tonu, klarowność dykcji, wyobraźnię harmoniczną i niezwykle subtelne poczucie swingu. Najwidoczniej niepodatna na nieustanne wstrząsy związane z ogłaszaniem nowości, które co jakiś czas przenikały zarówno jazz, jak i popularną muzykę, była w stanie zapełniać wielkie sale koncertowe świata bez względu na panujące prądy.” 
[s. 17] 

„Muzyka znaczyła dla Elli wszystko. Przyjaciele i bliscy jej muzycy mówili, jak nieustannie obracała melodie w myślach lub nuciła je cicho, wyobrażając sobie, jak mogłyby brzmieć w trakcie występu.” 
[s. 18] 

„”Śpiewanie i muzyka to jej życie – powiedział Paul Smith.- Oto dlaczego śpiewała aż do lat dziewięćdziesiątych. Ożywała, gdy wchodziła na scenę. Reszta jej życia… no cóż, nie miała rodziny, o której można by mówić. Bez względu na sukcesy, a nie sądzę, by ktoś mógł mieć większe powodzenie, nigdy przed występem nie opuszczała jej obawa o to czy spodoba się ludziom?...” 
[s. 222 – 223] 

„…Kochała śmiech i lubiła mówić o muzyce i piosenkach. To temat, który był jej bliski”. Wraz z końcem trasy, kończyły się jednak żarty i wspólna radość i Ella chowała się do wieży z kości słoniowej […] 
Być może ostateczną ceną za status gwiazdy jest samotność. Prywatność Elli tak zazdrośnie była strzeżona przez innych, że jej życie publiczne (poza występami) zostało ograniczone niemal do zera.” 
[s. 294]

„Pracuje teraz mniej więcej raz w miesiącu, by nie wypaść z branży. Nie wiedziałaby, co z sobą robić, gdyby nie śpiewała. Wraca do życia, gdy jest na scenie. Jej pozostałe życie? No cóż, właściwie nie ma rodziny. Ta, która jest, zawsze była na jej utrzymaniu. Ponieważ jako jedyna z rodziny coś zdziałała, sądzili, że nie muszą się zbytnio wysilać. Ella przez całe lata opiekowała się nimi. Wywiązywała się z tego wspaniale, ale sądzić można, że oni też byliby zdolni do zadbania o siebie.” 
[s. 298] 

„Odyseja Elli wiodła ją od strasznej nędzy do luksusu Beverly Hills przez sale tańca, mroczne nocne kluby, segregowane pomieszczenia w kraju, który ciągle był chwiejny w kwestii podziałów rasowych. Na swój własny spokojny sposób Ella stawiała czoło problemom, jakie niosło życie czarnego człowieka w przeważająco białym społeczeństwie.…” 
[s. 302] 

Można by powiedzieć, że człowiek jest spełniony, jeżeli ma talent i pasję, dzięki której może z pełnym zaangażowaniem wykorzystać swój dar i wspiąć się na wyżyny. A jednak… 
Zastanawiam się, czy cena, jaką za to płaci nie jest jednak zbyt wysoka? I co w życiu jest ważniejsze: zrealizowanie się w życiu publicznym czy prywatnym? 

Z drugiej jednak strony, ilu ludzi nie ma ani talentu, ani pasji, ani satysfakcji w życiu prywatnym… 
Sama nie wiem… 

[tekst zamieściłam w BiblioNETce 30 września 2009]

Wszystkie cytaty pochodzą z książki „Ella Fitzgerald” Stuarta Nicholsona, w przekładzie Andrzeja Schmidta. Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2008 

Ella Fitzgerald w Downbeat, Nowy Jork (1947) - fot. William Gottlieb

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.