wtorek, 30 grudnia 2014

rytmy indiańskie były dość proste, a bębny ładnie grały, więc miałem dużą frajdę...

  W Los Alamos pracowaliśmy w dużym napięciu, a poza tym nie mieliśmy dostępu do żadnych rozrywek: nie można było pójść do kina ani nic takiego. Odkryłem jednak kolekcję bębnów, zgromadzoną przez szkołę męską, która się tam poprzednio mieściła: Los Alamos leży w Nowym Meksyku, gdzie jest mnóstwo wiosek indiańskich. Miałem więc rozrywkę - czasem sam, czasem z kimś innym - hałasując na tych bębnach. Nie znałem żadnych konkretnych rytmów, ale rytmy indiańskie były dość proste, a bębny ładnie grały, więc miałem dużą frajdę.
  Czasem zabierałem się z bębnami do lasu, żeby nikomu nie przeszkadzać, tłukłem w nie pałeczką i śpiewałem. Pamiętam, że pewnego wieczoru stanąłem pod drzewem, patrzyłem na księżyc, grałem na bębnie i udawałem, że jestem Indianinem.
   Pewnego dnia podszedł do mnie któryś z kolegów i spytał:
  - Czy w Święto Dziękczynienia nie grałeś przypadkiem w lesie na bębnie? 
  - Tak, grałem - odparłem.
  - A, czyli moja żona miała rację! - Po czym opowiedział mi następującą historię:
  W jego domu były dwa mieszkania, na dole i na górze. Pewnego wieczoru usłyszał dobiegające z oddali granie na bębnach, poszedł na górę i współlokator powiedział, że też słyszy. Trzeba pamiętać, że byli to ludzie ze Wschodniego Wybrzeża. Nic nie wiedzieli na temat Indian i bardzo ich to zaciekawiło: Indianie odprawiają jakiś obrzęd, więc postanowili pójść i sprawdzić, jak to wygląda.
  W miarę, jak zagłębiali się w las, muzyka robiła się coraz głośniejsza, a oni byli coraz bardziej zdenerwowani. Zdali sobie sprawę, że Indianie na pewno wystawili czujki, żeby nikt im nie zakłócał obrzędu. Położyli się na brzuchach i zaczęli się czołgać ścieżką. Po jakimś czasie odnieśli wrażenie, że dźwięk dobiega tuż zza niewielkiego wzgórka. Podczołgali się na szczyt wzgórka i ku swojemu zdumieniu odkryli, że obrzęd odprawia jeden samotny Indianin - tańczy wokół drzewa, uderza w bęben pałeczką i śpiewnie zawodzi. Powoli się wycofali, bo nie chcieli mu przeszkadzać. Uznali, że rzuca urok albo coś w tym guście. 
  Opowiedzieli swoim żonom, co widzieli, a one powiedziały:
  - E, to na pewno Feynman - on lubi grać na bębnach.
  - Nie bądźcie śmieszne! - odrzekli mężowie. - Nawet Feynman nie jest aż taki szajbnięty!


Richard P. Feynman - "Pan raczy żartować, panie Feynman!". Przypadki ciekawego człowieka. Wysłuchał Ralph Leighton. Wydawnictwo Znak, Kraków 2007, s. 321-322, przełożył Tomasz Biedroń

środa, 24 grudnia 2014

Grajmy Panu na harfie, grajmy Panu na cytrze...


Jan Matejko - Anioł grający na cytrze
Karton do polichromii kościoła Mariackiego. 1890.
Akwarela. 128,5 x 117 cm.
Muzeum Narodowe, Kraków - Dom Jana Matejki.


Agnieszka Osiecka - Grajmy Panu

Dzięki ci, Panie, za ten świat.
Dzięki ci, Panie, za dzikich zwierząt śpiew.
Za twoją sprawą kwitnie kwiat
i rodzi się człowiek - pisklę i lew.

Grajmy Panu na harfie.
Grajmy Panu na cytrze.
Chwalmy śpiewem i tańcem
cuda te fantastyczne.

Grajmy Panu w niebiosach.
Grajmy Panu w dolinach.
Z jego światłem we włosach
każdy życie zaczyna.

Ty, który chronisz biedne domki ślimaków
i wielkie góry obu  Ameryk.
Ty, który śledzisz tajne drogi ptaków
i krzyki nasze, jęki, szmery.
Dzięki ci, że dałeś nam czas.
Dzięki, że słuchasz i oglądasz nas.

Grajmy Panu na harfie.
Grajmy Panu na cytrze.
Chwalmy śpiewem i tańcem
cuda te fantastyczne.

Grajmy Panu w niebiosach.
Grajmy Panu w dolinach.
Z jego światłem we włosach
każdy życie zaczyna.


Muzykę do tego tekstu napisał Zygmunt Konieczny, śpiewa Anna Szałapak

wtorek, 23 grudnia 2014

Odszedł Joe Cocker


Joe Cocker
20 maja 1944 - 22 grudnia 2014

Joe Cocker... Prawie 50 lat na rockowej scenie. With a Little Help from My Friends, Up Where We Belong, You Are So Beautiful, Unchain My Heart, N'oubliez Jamais i wiele, wiele innych.

Będzie mi brak Jego charakterystycznej chrypki...


poniedziałek, 22 grudnia 2014

...tak może zaśpiewać tylko Anioł

W żłobie leży
Kathleen Battle

Był maj 1996 roku. Byłam w Nowym Jorku, dostałam telefon z firmy płytowej Sony, proszono mnie o pomoc. Otóż znana na całym świecie ciemnoskóra sopranistka Kathleen Battle nagrywała płytę z kolędami z różnych stron świata. Jedną z kolęd, które wybrała, była polska "W żłobie leży" - chciała ją zaśpiewać po polsku, a ja miałam jej pomóc w prawidłowej wymowie.
Zgodziłam się bardzo chętnie. Zawieziono mnie do Abyssinian Church na 138. ulicy w Harlemie i tam poznałam Wspaniały Głos.
Niewysoka, drobna, z rozbrajającym uśmiechem powitała mnie w progu. Usiadłyśmy na ławce w tyłu kościoła i zaczęłyśmy ćwiczyć prawidłową wymowę i dykcję. Szło dość ciężko. Już sam początek "W żłobie leży" sprawiał jej trudności. Po godzinie było już nieźle. Poprosiłam, żeby spróbowała zaśpiewać. Już po pierwszym takcie wiedziałam, ze coś jest bardzo nie tak. Nie z wymową, ale z melodią. Ta kolęda jest bardzo popularna i znamy wszyscy jej poprawną melodię, mimo że nagminnie fałszujemy. Zapytałam, skąd zna tę kolędę. Odpowiedziała, że z rosyjskiej orkiestracji i że ktoś spisał melodię, którą grał flet. Ktoś, kto "wyłuskiwał" ją z symfonicznego aranżu, myśłał, że jest na właściwym tropie.

Kathleen zaproponowała, żebym zaśpiewała prawidłową melodię, a ona ją zapisze. Na środku kościoła na specjalnie wybudowanym podwyższeniu stał piękny fortepian Steinway, cudo. Kathleen siadła do fortepianu, a ja obok niej. Zaczęłam śpiewać. Najpierw zaśpiewałam całą melodię a capella, czyli bez akompaniamentu.Takiego brzmienia, dźwięku nie słyszałam. Miałam najpiękniejszy głos na świecie i niebiański pogłos, aż sama się zdziwiłam. Potem śpiewałam jej po kilka taktów, a ona zapisywała w nutach melodię, którą jej przed chwilą nuciłam. Na koniec zaśpiewała, upewniając się, że dobrze spisała melodię ze słuchu.

To, co usłyszałam wywołało u mnie gigantyczne dreszcze - to było coś przepięknego. Byłam dogłębnie poruszona i pomyślałam, ze tak może zaśpiewać tylko Anioł. Kathleen długo dziękowała - i nie tylko mnie, bo jej producent, który wpadł na pomysł skontaktowania się ze mną, miał u niej wielki dług wdzięczności.

Urszula Dudziak: Wyśpiewam wam wszystko. Wydawca: Kayax Production & Publishing, Warszawa 2011, s. 140-141

Kathleen Battle

czwartek, 11 grudnia 2014

Na biedę najlepsza jest skoczna piosenka...

  Wyszliśmy. Lśniły gwiazdy. Mleczna Droga przepływała z jednego krańca nieba na drugi. Pieniło się morze.
  Siedliśmy na kamieniach, a fale lizały nasze stopy.
  - Na biedę najlepsza jest skoczna piosenka - rzekł Zorba. - Nie damy się, co? Chodź tu, santuri!
  - Może jakaś macedońska melodia z twojej ojczyzny, Zorbo? - podsunąłem.
  - A może z twojej ojczyzny, z Krety! Co? - rzekł. - Zaśpiewam ci piosenkę, której nauczyłem się w Kastellionie. Odkąd ją znam, zmieniło się moje życie.
  Zastanowił się chwilę.
  - Nie, nie tyle zmieniło się - powiedział - ile przekonałem się, że mam rację.
  Położył grube palce na santuri i wyprostował się. Zaśpiewał dzikim, ochrypłym, bolesnym głosem:

                           Gdy się na coś zdecydujesz,
                           To odważnie naprzód idź.
                           Puść młodości swojej wodze,
                           Nie szczędź jej, nie bój się żyć.

  Rozpłynęły się gdzieś troski, zniknęły dokuczliwe kłopoty, podnieśliśmy się na duchu. Lola, kopalnia, kolejka, wieczność, małe i wielkie strapienia, wszystko przekształciło się w błękitnawą mgłę i rozproszyło w powietrzu, pozostał tylko stalowy ptak, rozśpiewana dusza człowiecza.
  - Wszystko ci darowałem, Zorbo! - zawołałem, kiedy skończył swoją dumną pieśń. - Wszystko ci darowałem: fordanserkę, ufarbowane włosy, wyrzucone pieniądze, wszystko, wszystko! Śpiewaj jeszcze!
  Znów wyciągnął chudą, pokrytą bruzdami zmarszczek szyję: 

                          Śmielej idź, do diabłów kroćset,
                          Stanie się, co ma się stać.
                          Możesz wszystko naraz stracić,
                          Albo los najlepszy brać!

  Robotnicy, nocujący w pobliżu kopalni, usłyszawszy śpiew, wstali i zebrali się wokół nas. Słuchali swojej ulubionej melodii, a ich nogi same rwały się do tańca.
  W końcu nie wytrzymali i nagle, wyłoniwszy się z ciemności, półnadzy, rozczochrani, w szerokich szarawarach, rozpoczęli przy dźwiękach santuri, wprost na kamieniach, swój dziki tan.
  Patrzyłem na nich, przykuty do miejsca ogromnym wzruszeniem.
  To jest ten najcenniejszy kruszec, którego szukałem, niczego więcej nie pragnę. 

Nikos Kazantzakis: Grek Zorba. Wydawnictwo Książka i Wiedza, Warszawa 1989, s. 156-157, tłum.  Nikos Chadzinikolau

A ta scena należy do najbardziej chyba znanych w światowym kinie:

Anthony Quinn (Grek Zorba) i Alan Bates (Basil)
film Zorba Greek (1964)
reż. Michael Cacoyannis

czwartek, 4 grudnia 2014

Muzyka czyni okazję...

Muzyka - słowem i obrazem. To nie tylko literatura i sztuki plastyczne, to także film i teatr. Dotychczas - niezamierzenie - pomijałam aspekt dla mnie bardzo ważny - muzykę filmową...

"M i e j s c e   c z y n i   o k a z j ę.  Często wprowadzenie do filmu muzyki instrumentalnej w postaci diegetycznej wynika z samego umiejscowienia akcji w konkretnej lokalizacji, gdzie zazwyczaj rozbrzmiewa muzyka (np. filharmonia) albo z wpisania jej w określoną kulturową sytuację, której najczęściej towarzyszy muzyka (potańcówka, bal).
Przykładem pierwszego uwarunkowania jest przeniesienie akcji sceny do instytucji kształcącej muzycznie, np. konserwatorium. Jednocześnie takie poprowadzenie fabuły filmu może stać się pretekstem do wprowadzenia repertuaru klasycznego. Oto w filmie Love Story (1970) w reżyserii Arthura Hillera Oliver poszukuje swojej narzeczonej Jenny na wydziale muzycznym (żeńskiego wówczas) Radcliffe College. Otwierając drzwi do poszczególnych sal, słyszy więc pilnie ćwiczone przez studentki urywki utworów muzyki klasycznej. Lekcja muzyki pojawia się też w Podwójnym życiu Weroniki (1991) w reżyserii Krzysztofa Kieślowskiego; Veronique uczy swoją klasę (tworzącą orkiestrę) melodii rzekomo niedawno odkrytego (w rzeczywistości fikcyjnego) XVIII-wiecznego holenderskiego kompozytora, Van den Budenmayera. Muzykę do filmu w całości, także i ten fragment, skomponował Zbigniew Preisner. Sama muzykalność Veronique oraz jej alter ego - Weroniki poświadczają z jednej strony wysoki stopień edukacji dziewczyny, a z drugiej ukazują jej głębokie życie wewnętrzne, wrażliwość na każdy fałszywy ton (Veronique natychmiast wychwytuje nieczystości w orkiestrze i karci źle grającą dziewczynkę). Dodać trzeba, że Weronika umiera śpiewając - zapewne nieprzypadkowo - w filharmonii podczas własnego debiutu scenicznego. Ów wybór miejsca śmierci bohaterki nabiera więc znaczenia symbolicznego."

Anna G. Piotrowska: O muzyce i filmie. Wprowadzenie do muzykologii filmowej. Musica Iagellonica, Kraków 2014, s. 258

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Gdy położyłem palce na klawiaturze, drżały...

 - Was suchen Sie hier?
 Za mną stał oparty o kuchenny kredens smukły, elegancki niemiecki oficer, z rękami założonymi na piersiach.
 - Czego pan tu szuka? - powtórzył. - Nie wie pan, że w tej chwili wprowadza się tu sztab obrony Warszawy?...
 Opadłem na krzesło stojące przy drzwiach do spiżarni. Poczułem nagle, z nieodwracalną pewnością, że nie starczy mi już sił na wydobycie się z tego nowego potrzasku. Opuściły mnie tak nagle, jak przy omdleniu. Siedziałem wpatrzony tępym wzrokiem w oficera, ciężko dysząc. Dopiero po chwili zdobyłem się na odpowiedź: Niech pan ze mną robi, co chce. Ja się stąd nie ruszę.
 - Nie mam zamiaru zrobić panu nic złego! - oficer wzruszył ramionami. - Kim pan jest?
 - Jestem pianistą.
 Zaczął przyglądać mi się dokładniej, z widocznym niedowierzaniem. Po chwili rzucił okiem w stronę drzwi wiodących z kuchni do pokoi mieszkalnych, jakby sobie coś uświadomił.
 - Niech pan pójdzie ze mną.
 Przeszliśmy przez pierwszy pokój, który kiedyś zapewne był jadalnią, i weszliśmy do następnego, w którym pod ścianą stał fortepian. Oficer wskazał nań ręką:
 - Niech pan coś zagra.
 Czy nie pomyślał o tym, że dźwięk fortepianu przywoła natychmiast znajdujących się w tej okolicy SS-manów? Spojrzałem pytająco, nie ruszając się z miejsca. Zrozumiał moje obawy, gdyż dodał prędko:
 - Niech pan gra. Gdyby ktoś nadchodził, schowa się pan w spiżarni, a ja powiem, że grałem, by wypróbować instrument.

 Gdy położyłem palce na klawiaturze, drżały. Miałem tym razem dla odmiany wykupić swe życie grą na fortepianie. Nie ćwiczyłem od dwóch i pół roku, moje palce były skostniałe, pokryte grubą warstwą brudu, a paznokcie nie obcinane od dnia pożaru domu, w którym się ukrywałem. Pokój, w którym stał fortepian, był jak większość innych pokoi w mieście pozbawiony szyb, a mechanizm spęczniał od wilgoci, przez co klawisze odpowiadały bardzo opornie na nacisk palców.
 Zacząłem grać Nokturn cis-moll Chopina. Szklisty, brzękliwy dźwięk, wydobywający się z rozstrojonego instrumentu, odbijał się o puste ściany mieszkania i klatki schodowej, brzmiąc przyciszonym, smętnym echem w ruinach domków po drugiej stronie ulicy. Gdy skończyłem, cisza panująca w mieście stała się jeszcze bardziej głucha i upiorna. Z pewnej odległości dobiegło miauknięcie kota, z dołu zaś, sprzed domu, słychać było gardłowy, niemiecki wrzask. Oficer stał dłuższą chwilę, przyglądając mi się w milczeniu, po czym westchnął i powiedział: 
 - Jednak nie powinien pan tu zostać. Wywiozą pana poza miasto, do jakiejś wsi. Tam będzie pan bezpieczny. 
 Potrząsnąłem głową. 
 - Ja nie mogę przecież stąd wyjść! - odparłem z naciskiem. 

Władysław Szpilman: Pianista. Wydawnictwo Znak, Kraków 2002, 216 s.

sobota, 29 listopada 2014

Lindy zaczęła kołysać się w rytm muzyki...

 Usiadłem na swoim dawnym miejscu i patrzyłem, jak Lindy majstruje przy odtwarzaczu.  Światło w pokoju było przyćmione, a powietrze przyjemnie chłodne. Po chwili rozległo się na cały głos The Nearness of You.
 - Nie uważasz, ze ludzie mogą mieć pretensje? - spytałem
 - Do diabła z nimi. Płacimy tyle za to miejsce, że to nie nasz problem. A teraz sza! Słuchajmy, słuchajmy!
 Lindy zaczęła kołysać się w rytm muzyki, tak jak przedtem. Tylko tym razem nie zatrzymała się po pierwszej zwrotce. Co więcej, im dłużej grała muzyka, tym bardziej wydawała się nią urzeczona, wyciągając przed siebie ręce, jakby obejmowała niewidocznego partnera. Kiedy utwór się skończył, wyłączyła odtwarzacz i stanęła bez ruchu w drugim końcu pokoju, odwrócona plecami. Stała tak przez długą chwilę, a potem podeszła do mnie.
 - Nie wiem, co powiedzieć. To jest zachwycające. Jesteś wspaniałym, cudownym muzykiem. Jesteś genialny.

Kazuo Ishiguro: Nokturny. Pięć opowiadań o muzyce i zmierzchu. Opowiadanie Nokturn. Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz, Warszawa 2010, s. 202-203, tłumaczenie Lecha Jęczmyka

środa, 26 listopada 2014

Zaproszenie do zabawy

Koncepcja bloga, który łączy różne dziedziny sztuki, czy może działalności artystycznej, nie jest bardzo popularna. Cieszę się, że blog został zauważony przez kilka osób, które regularnie mnie odwiedzają. A dzisiaj bardzo mi miło, że Guciamal, autorka bloga Moje podróże, wybrała "O muzyce - słowem i obrazem" do zabawy Liebster Blog Award. Bardzo Ci dziękuję!



Zabawa polega na odpowiedzi na 11 zadanych pytań, ułożeniu własnych 11 pytań i wskazaniu 11 osób, które zapraszamy do zabawy.

1. Jaką polską książkę uważasz dla siebie za najważniejszą, lub kilka najważniejszych?
Już pierwsze pytanie spowodowało, że zamyśliłam się nad moimi lekturami. Najważniejsza, bo zrobiła na mnie największe wrażenie podczas lektury czy może raczej ta, do której niezmiennie wracam, znajdując w niej wciąż od nowa inspirację i przyjemność czytania?
Raczej tak..., a więc najważniejszą polską książką jest dla mnie zbiór rozmów Barbary Łopieńskiej "Książki i ludzie". Nigdy mnie nie nudzi towarzystwo osób, które lubią czytać i potrafią o swojej pasji opowiadać tak ciekawie, jak rozmówcy pani Łopieńskiej. 



2. Literatura współczesna czy klasyka?
Jeszcze niedawno nie miałabym wątpliwości, skoncentrowana na nowościach nie miałam już czasu na klasykę, na powtórki. Dużo nowowydanych książek, mało czasu, coraz większe tempo czytania... W pewnym momencie dotarło do mnie, że te kolejne nowości mnie nie zachwycają. Powiedziałabym nawet: coraz rzadziej mi się podobają... Zauważyłam też, że szybko zapominam ich treść. Moje czytanie zaczęło przypominać zaliczanie tytułów. A przecież nie da się przeczytać wszystkiego. W ślad za tą refleksją pojawiła się zmiana nie tylko w sposobie czytania, ale i w doborze książek. Coraz częściej są to tytuły starsze, jeżeli nie klasyka, to w każdym razie książki kilku(kilkunasto-)letnie. I coraz częściej wypatruję w księgarniach nie nowości, ale wznowień...


3. Książka, której odbiór podczas kolejnej lektury się radykalnie zmienił.
"Lalka". Pierwszy raz czytałam ją jako nastolatka i pamiętam, jak przebiegałam szybko przez strony, żeby się dowiedzieć, co nowego wymyśli Wokulski, żeby zdobyć serce i rękę rozkapryszonej i wyniosłej Izabeli. Niedawno wróciłam do niej i odkryłam prawdziwe bogactwo, piękny obraz Warszawy z tamtych lat. To samo mogłabym też napisać o "Ziemi obiecanej" i całkiem niedawno odkrytym w niej i docenionym obrazie Łodzi.



4. Miejsce na ziemi, które chciał/a byś zobaczyć, dzięki lekturze.
Takich miejsc jest sporo. Jeżeli książka mnie wciągnie, to, czytając, chętnie przeniosłabym się w tamtą okolicę. Chętnie zobaczyłabym na przykład Kenię ("Pożegnanie z Afryką" Karen Blixen i "Zielone miasto w słońcu" Barbary Wood) i Barcelonę ("Cień wiatru" Carlosa Ruiza Zafóna). Moim najdawniejszym marzeniem jest wycieczka na Wyspę Księcia Edwarda ("Ania z Zielonego Wzgórza" i dalsze tomy cyklu Lucy Maud Montgomery) 

Kenia

Barcelona

Wyspa Księcia Edwarda

5. Muzyczne skojarzenia książkowe.
Jako pierwszy przyszedł mi do głowy "Jan Krzysztof" Romaina Rollanda. :-) Zaraz potem pojawiło się wspomnienie biografii Elli Fitzgerald, mojej ulubionej wokalistki jazzowej.
Często w czytaniu towarzyszy mi muzyka z płyt, dobrana zgodnie z moim aktualnym nastrojem lub przewidywanymi wrażeniami z lektury. Zdarza się, że potem w mojej pamięci jakaś książka jest nierozerwalnie powiązana z wybraną dla niej muzyką. Działa to trochę tak, jak w "teatrze wyobraźni" lub w swoistym "kinie wyobraźni"; tak jak nie do pomyślenia jest film bez muzyki w ścieżce dźwiękowej, tak ja lubię tworzyć moje własne, osobiste "projekcje w wyobraźni", gdzie słowo łączy się z muzyką. Ta ważna dla mnie rola muzyki stała się przyczynkiem do powstania tego bloga.


6. Najlepsza biografia, jaką czytałaś/eś?
Trudno mi wybrać jedną. Gdybym jednak spróbowała, to z pewnością byłaby to któraś z biografii Irvinga Stone'a. Ale czy to by była "Udręka i ekstaza" (Michał Anioł), czy "Pasja życia" (Vincent van Gogh), "Żeglarz na koniu" (Jack London), czy wreszcie najpóźniej z nich czytana "Opowieść o Darwinie"? Nie wiem.


 Napisałam to, a godzinę później wróciłam do tej odpowiedzi, bo zaczął mnie męczyć brak jednej z najlepszych książek zeszłego roku, czyli "Beksińscy: Portret podwójny"  Magdaleny Grzebałkowskiej.




7. Kryminał czy science fiction? 
Zdecydowanie kryminał. Wolę świat realny (nawet, jeżeli czasami w kryminałach okrutny i trudny do zaakceptowania) od świata wymyślonego. Chociaż nie ukrywam, że niektóre kreacje przypadły mi do gustu. Pratchett, Le Guin, Tolkien..., czyli raczej fantasy niż science fiction.  Ale zdecydowanie więcej jest kryminałów. Nie lubię jednak takich, w których autor epatuje niepotrzebnym okrucieństwem, wolę takie, gdzie ważniejsza od dosłownych, makabrycznych opisów jest zagadka, dochodzenie, sposób odkrycia  prawdy... Z polskich autorów mogę wymienić niedawno odkrytego Miłoszewskiego, ze skandynawskich Mankella i Lackberg, z amerykańskich Cobena (wolę jednak jego kryminały spoza cyklu z Myronem Bolitarem).


8. Książka z obrazem w tle, którą wspominasz najlepiej.
To "Dziewczyna z perłą" Tracy Chevalier. Vermeer i jego obrazy, przede wszystkim tytułowa "Dziewczyna z perłą"... Poświęciłam tej książce post na moim drugim blogu, W wygodnym fotelu - z książką i kawą.



9. Jaką książkę z kręgu literatury pozaeuropejskiej możesz polecić osobie, która niechętnie sięga po tego typu literaturę.
Ja też zdecydowanie wolę literaturę europejską, ale zajrzałam do swoich skrzętnie od kilku lat prowadzonych notatek i wybrałam kilka takich książek, które zrobiły na mnie wrażenie, nie dały o sobie zapomnieć lub - całkiem zwyczajnie - sprawiły mi przyjemność.

z Kanady: Fred Bodsworth - "Odmieniec"
z Chile:  Luis Sepúlveda - "O starym człowieku, co czytał romanse"
z Afganistanu: Khaled Hosseini - "Chłopiec z latawcem" i "Tysiąc wspaniałych słońc"
z Urugwaju: Carlos Maria Dominquez - "Dom z papieru"
z Nowej Zelandii - Linda Olsson (naciągnęłam nieco, bo Olsson urodziła się w Szwecji, ale mieszka w Nowej Zelandii) - "Niech wieje dobry wiatr"
z Australii - Kate Morton - wszystko, co napisała świetnie się sprawdziło jako czytadło, idealne na długie jesienne i zimowe wieczory.


10. Gdybyś miał/a okazję zjeść kolację z pisarzem/pisarką - kogo byś wybrał/wybrała i co byś zamówił/zamówiła?
Jestem łasuchem, więc wprosiłabym się na przyjęcie przygotowane przez Joanne Harris dla Armande, jednej z bohaterek książki "Czekolada". Armande już dokonała za mnie wyboru, zamawiając: "foir gras, szampan, trufle i świeże chanterelles z Bordeaux, plateaux de fruit de mer od tamtejszego tratteur [...] torty i czekoladki" ["Czekolada", Prószyński i S-ka, s. 188]. Przyznam, że mnie całkowicie zadowoliłyby te dwa ostatnie składniki uczty. :-)


11. Jaką książkę zabrał/a byś na bezludną wyspę?
A może być cykl? Bo zabrałabym cztery książki Aliny Białej z cyklu "Korespondencja sztuk". Tytuł każdego tomu zaczyna się frazą: Literatura i... Ukazanie się  każdego kolejnego opracowania jest dla mnie wydarzeniem. Jest już taniec, jest muzyka, jest architektura i malarstwo... Na długie dni i noce na bezludnej wyspie miałabym bardzo bogatą pożywkę dla pamięci i wyobraźni. Mam nadzieję, że pani Biała pracuje nad następnym tomem.



***   ***   ***
A teraz moje pytania:

1. Czy, mając do wyboru różne wydania tej samej książki, kierujesz się osobą tłumacza?

2. Czy słuchasz audiobooków? Może masz swojego ulubionego lektora? Czy sądzisz, że lektor ma wpływ na nasz odbiór książki?

3. Książka czy film? A jeżeli oba, to w jakiej kolejności? Czy masz i możesz polecić ulubioną ekranizację (adaptację)?

4. Jaką rolę w Twoim życiu odgrywa muzyka? Wolisz muzykę na żywo czy nagrania studyjne?

5. Jakiego muzyka z "największej orkiestry świata" najbardziej chciał(a)byś posłuchać na żywo, gdyby to było możliwe?

6. Zbliżają się święta... O jaką książkę (dzieło sztuki, płytę CD lub DVD...) poprosił(a)byś w liście do Mikołaja?

7. Czy pora roku (lub pogoda) ma jakiś wpływ na dobór Twoich lektur?

8. Czy dajesz "drugą szansę" pisarzowi, jeżeli pierwsze z nim spotkanie uznałeś(aś) za nieudane?

9. Czy lubisz podążać tropami znalezionymi w czytanych książkach (nie tylko esejach także powieściach, w których bohaterowie coś czytają)?

10. Twój ulubiony pisarz prosi Cię o podpowiedź w sprawie książki, którą dopiero ma zacząć pisać. Masz wszechstronne możliwości współdecydowania nie tylko o tematyce, ale i miejscu i czasie akcji. Co byś mu podpowiedział(a)?

11. Jedziesz tramwajem, autobusem, pociągiem... obok Ciebie jedzie osoba w zbliżonym wieku, zaczytana tak, że świata dookoła siebie nie widzi... Czy spróbujesz podejrzeć (lub spytać wprost), co takiego czyta, widząc w tym zaczytaniu jakąś podpowiedź lektury dla siebie? Czy zdarza Ci się rozmawiać o książkach z całkiem obcymi, przypadkowymi osobami?


Wybrać 11 osób... To trudne zadanie, bowiem zdaję sobie sprawę z tego, że nie wszyscy lubią takie zabawy. A niektórzy mają już kilka zaproszeń i widok kolejnego ich nie ucieszy...  Ale spróbuję. Oto osoby, których odpowiedzi bardzo jestem ciekawa:

Lirael  - blog Lektury Lirael  
Viv  - blog Krakowskie czytanie  
Agnieszka Zielińska - blog Moje podróże literackie  - DZIĘKUJĘ
Marlow  - blog Galeria Kongo  - DZIĘKUJĘ
Koczowniczka - blog Koczowniczka o książkach  - DZIĘKUJĘ
Padma -  blog miasto książek  
Monika Sjoholm - blog Kronika błękitnej biblioteczki
El. - blog Notes czytelniczy - DZIĘKUJĘ
Tynulec - blog Polska jest Piękna - DZIĘKUJĘ
Agnes - blog Dowolnik  - DZIĘKUJĘ
Bibliomisiek  - blog Za okładki płotem  - DZIĘKUJĘ

Będzie mi bardzo miło, jeżeli zechcecie przyjąć zaproszenie. :-)

wtorek, 18 listopada 2014

mówisz, że jazz-band jest dziki...


 "Nader krytyczne oceny jazzu znalazły miejsce również w twórczości poetyckiej.
  Poznańska poetka Maria z Wieniawskich Ejsmondowa apelowała:

             i na wzór "gospodarczej" i "przeciwgazowej",
             stwórzmy "Ligę Obrony" też "przeciwjazzowej".

                 (Kujmy żelazo póki gorące, w: W epoce dzikich "jazzów"
                 i trujących gazów, Warszawa 1929)

  Ale bywało zupełnie inaczej. Na przeciwległym biegunie odczuć uplasowała się Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, która była zafascynowana tym, że jazz trafił w gust epoki. Świadectwem tego jest jej wiersz Krzyk jazz-bandu:

             mówisz, że jazz-band jest dziki
             że płacze jak wicher w kominie
             i że cię przeraża
                                            to minie
             nuty życia czyż nie są dzikie
             życie jest zamętem i krzykiem
             przecież przyszliśmy na świat wśród takiej muzyki

                 (Dancing - karnet balowy, Warszawa 1927)"

Krzysztof Karpiński: Był jazz. Krzyk jazz-bandu w międzywojennej Polsce. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014, s. 32-33


Orkiestra taneczna o charakterze jazzowym.
Założona w Warszawie około 1930 r. przez Juliana Fronta i Zygmunta Heymana

niedziela, 16 listopada 2014

Chłopak błądzi po tym lesie dźwięków i czuje wkoło siebie tysiące sił nieznanych

Był sam. Otwierał fortepian, przysuwał krzesło, sadowił się na nim. Ramiona jego sięgały ledwie klawiatury; to mu wystarczało. Czemuż czekał, aż zostanie sam? Nikt nie broniłby mu grać, byle nie robił hałasu. Ale on wstydził się grać wobec kogoś, nie śmiał. Zresztą rozmawiano, ruszano się, to psuło przyjemność. O ileż było piękniej, kiedy był sam!... Krzysztof wstrzymał oddech, żeby było jeszcze ciszej, a i dlatego, że był trochę wzruszony, jakby miał wystrzelić z armaty. Serce mu biło, kiedy dotykał klawisza; niekiedy, nacisnąwszy go do połowy, odrywał palec, by dotknąć innego. Czyż wiadomo, jaki ton wyda ten, a jaki tamten?... Nagle rozbrzmiewa dźwięk; są dźwięki głębokie i są ostre, jedne dzwonią, inne huczą. Dziecko wsłuchuje się w nie długo, jak jeden po drugim słabnie; kołyszą się niby dzwony, które słychać w polu, gdy wiatr kolejno przybliża i oddala ich głosy; a gdy się nastawi ucha, słychać w oddali różne ich dźwięki, które stapiają się ze sobą i wirują jak roje owadów; zda się, wołają cię, pociągają hen... hen... w najdalszą dal, w tajemnicze odludzia, gdzie tony i przepadają... Oto umilkły... Nie! szemrzą jeszcze... Lekki trzepot skrzydeł... Jakie to wszystko dziwne! Rzekłbyś, duchy. Że są tak posłuszne, że dają się więzić w tej starej skrzyni! Rzecz niepojęta!
   Ale pięknie jest ponad wszystko, kiedy jednocześnie dwoma palcami dotknie się dwóch klawiszów. Nigdy nie wiadomo dokładnie, co się stanie. Niekiedy dwa duchy są sobie wrogie; gniewają się, kłócą, nienawidzą, warczą wrogo; głos ich potężnieje, krzyczy; to wpada we wściekłość, to zawodzi boleśnie. Krzysztof jest zachwycony. Rzekłbyś, że zakute w kajdany potwory gryzą łańcuchy, tłuką o ściany więzienia; zda się, że rozwalą je i wyrwą się w świat, jak owe stwory z bajek, duchy zamknięte w skrzyniach arabskich pod pieczęcią Salomona. Inne łaszą się, przymilają, ale znać, że chciałyby gryźć, że gorączka je pali. Krzysztof nie wie, czego chcą; nęcą go i niepokoją, aż dostaje rumieńców. Inne znów tony kochają się; splatają się ze sobą, jak ludzie ramionami, kiedy się całują; są pełne wdzięku i słodyczy. To duchy dobre; mają twarze uśmiechnięte, bez zmarszczek; kochają małego Krzysztofa i Krzysztof je kocha; ma łzy w oczach, kiedy ich słucha i wywołuje je, nigdy niesyty. Są jego przyjaciółmi, drogimi, serdecznymi przyjaciółmi...
   Chłopak błądzi po tym lesie dźwięków i czuje wkoło siebie tysiące sił nieznanych, które czyhają na niego i wzywają go, aby go pieścić i pożreć...
   Pewnego dnia Melchior zaszedł go znienacka. Krzysztof drgnął na dźwięk jego grubego głosu. Przekonany, że zawinił, zakrył uszy rękami, by uchronić je od strasznych uderzeń. Ale Melchior nie złajał go wyjątkowo, był w dobrym humorze, śmiał się.
   - Zajmuje cię to, nicponiu? - spytał, klepiąc go przyjaźnie po głowie. - Chcesz, żebym cię uczył grać?
   Czy chciał tego!... Uszczęśliwiony, bąknął: tak. Obaj zasiedli przed fortepianem...

Romain Rolland: Jan Krzysztof. Księga pierwsza. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1950, s. 82-84, przekład autoryzowany Leopolda Staffa

Okładka pochodzi z wydania Ludowej Spółdzielni Wydawniczej z roku 1988

piątek, 7 listopada 2014

Muzyka zdawała się powstawać w sposób niematerialny...

Tak, niczym innym nie była piękna noc, tylko koncertem D-dur Brahmsa.
Róża prędko przeszła do salonu i zapaliwszy świece wydobyła skrzypce z pudła. Na pulpicie rozłożyła partyturę. Gorączkowo podkręciła kołki, nastroiła instrument. Głowa pałała, ręce były zimne.
- Zagram czy nie zagram? Allegra nie ma co próbować. Adagio. Pamiętam każdą nutę. Tylko czy pasaże wyjdą?
Zupełnie tak samo wyraźnie jak szelest liści za szybą, plusk sadzawki i szkliste dzwonienie księżyca słyszała wiolonczele, flety, altówki Brahmsowskiego koncertu. Wyczekała aż rozwieje się akord trąbek.
Pierwsze takty skrzypcowego partu zadźwięczały blado, w palcach nie było jeszcze ciepła, w piersi za wiele żaru. Niebawem wszakże wyrównał się bieg krwi, prawa stopa ledwie widoczną pulsacją wybijała rytm, ramiona stężały na marmur, kiście nabrały miękkości.
Poprzez kantylenę płynącą na fali klarnetów dotarła łatwo do sola, które wypadło bezbłędnie. Upojona uległością mięśni i współbrzmieniem fikcyjnej orkiestry, zwycięsko snuła pasaże. Ton nabierał z wolna mocy, forte espressivo miało już pełny wyraz, staccata, szóstki arpeggia ulatywały ze strun pasmami niezakłóconej błogości. Ostatnia fermata była jak szczęśliwe westchnienie.
Róża płonęła. Ukończywszy adagio, stała prostsza, wyższa, lżejsza niż  zwykle; czuła, że odjęto jej część ciężaru, serce uderzało równo, uwolnione z nadmiaru tęsknoty. Niebawem zakrzątnęła się żywo koło instrumentu, przetarła struny, podwoiła znowu...
- Dziś albo nigdy - szeptała. - Nie wiem, co to... Ten księżyc... Czy może Kazio mi pomagał! Spróbuję teraz allegro non troppo.
Długo nasłuchiwała zjawiskowego tutti. Wreszcie wraz z uroczystym beethovenowskim akordem wstąpiła w zespół. Palce sprawnie działały, pasaż skrzypcowy za pasażem pokrywał majaczenie oboju, fagotu, violi.
Róża nie czuła zwykłej nieśmiałości wobec instrumentu; opór strun, włosia, drewniane przydźwięki, niedołęstwo mięśni - przestały istnieć. Muzyka zdawała się powstawać w sposób niematerialny, bez udziału pracy, jedynie za przyczyną zachwytu. Wyzwolona z praw fizycznych, Róża bez najmniejszego trudu przenikała wszystkie strefy i wszystkie uczucia: zarówno nieziemskie modlitwy, jak miłosne scherzando. Skrzypce utraciły wagę, objętość, smyczek utracił kształt, w dalekich przerzutach łamał się zygzakiem jak piorun.Między domem a światem znikł przedział - księżycowa noc roztopiła ludzi, sny, niebo i mury, tajemnica zmieszała się z wiedzą, na miesjce chaosu wzeszła dźwięczna, jedwabista pełnia.
Crescedno, stringendo, animato, forte - Róża bez wahań, bez bólu osiągała zenit.
Akordy... Ocknęła się pośród ciszy. Smyczek drżał w dłoni, skrzypce dymiły niewystygłą melodią. [...]

Maria Kuncewiczowa: Cudzoziemka. Instytut Wydawniczy Pax. Warszawa 1980, s. 105-106

sobota, 1 listopada 2014

Nie idźmy jeszcze spać dopóki dźwięki gubią czas...


Nie idźmy

Nie idźmy jeszcze spać
póki tak pięknie gra muzyka
nie idźmy jeszcze spać
póki nie świta
Póki umiemy stąpać za krokami nocy
w ciemności z którą szukamy braterstwa
Nie idźmy jeszcze spać
dopóki dźwięki gubią czas
Nie idźmy jeszcze spać
Nie idźmy spać

Julia Hartwig: Janis. W: Wiersze wybrane. Biblioteka Poetycka Wydawnictwa a5 pod redakcją Ryszarda Krynickiego. Tom 69. Wydawnictwo a5, Kraków 2014 (wydanie z płytą CD), s. 324

niedziela, 26 października 2014

Odeszła Barbara Podmiotko

Barbara Podmiotko
(14 stycznia 1945 - 24 października 2014)
fot. Michał Sadowski (zdjęcie z 1998 r.)
Pani Barbara Podmiotko... dla mnie jedna z ważniejszych postaci z Programu Trzeciego. Wielka miłośniczka, znawczyni i popularyzatorka muzyki francuskiej. Przygotowała i prowadziła wiele audycji muzycznych i chociaż przekonywała swoich słuchaczy,  że ważna jest "Piosenka nie tylko francuska" i że "Piosenka to mały teatr", to ja wiem, że zawsze, gdy w Trójce usłyszę piosenkę francuską, pomyślę o Pani Barbarze i o tym, jak bardzo chciałabym się znowu zasłuchać w to, co brzmi "Pod dachami Paryża".

poniedziałek, 20 października 2014

...ten stary dobry orleański jazz


Jazz weteranów

To gra Phil Woods to gra Phil Woods ze swoimi
a więc kontrabas
nagły tupot strun
po schodach dźwięków
i każdy dźwięk osobny wyrazisty
A trąbka
Kiedy trąbka gra
to jakby rozbłysnął w ciemności
elektrokardiogram serca
fortepian stuka jak zbiorowy puls
zaś perkusista kiedy już uderzy
ogłasza chwile królestwa i chwały
Lecz kiedy Phil
kiedy Phil Woods podniesie saksofon
przez instrumenty przebiega nagły dreszcz
rozmowa teraz wzlatuje na szczyty
Phil Woods to średniej wagi chłop w skórzanej czapce
gdy wyczekuje kołysze się lekko
jakby melodia była srebrną rybą co z nim tańczy
Wspaniali - bo nie czują się wcale wspaniali
Jak gdyby to nie oni jakby to w nich grał
ten stary dobry orleański jazz

(americana, 1998)

Julia Hartwig: Janis. W: Wiersze wybrane. Biblioteka Poetycka Wydawnictwa a5 pod redakcją Ryszarda Krynickiego. Tom 69. Wydawnictwo a5, Kraków 2014 (wydanie z płytą CD), s. 286

Phil Woods z William Paterson University Jazz Orchestra (2008)

czwartek, 16 października 2014

Nocne muzyki


Nocne muzyki

Błękit nocnych marzeń
szelest wiatru za oknem
za ścianą
ktoś cicho słucha
Toccaty i Fugi Bacha
W ciemności dźwięki
rozsypują się w powietrzu
szklanym wodospadem
kaskadą uczuć
szaloną feerią doznań
błyskiem księżycowego światła
na który są nanizane
srebrne dzwoneczki
jak senne marzenia
śpisz tak spokojnie
wtulona w muszlę ramion
jak mała dziewczynka
pachniesz słodkimi migdałami
i szczęściem
moc już odpływa powoli
na grzbiecie
białego jednorożca
nie chcę
by świt zajrzał za szybko
purpurowym promieniem
wschodzącego słońca
niech ta chwila przedświtu
chwila szczęścia
trwa jak najdłużej
niech trwa


Marek Czerwiec-Dzierżymirski: Nocne muzyki. W: Srebrzystość. Wydawnictwo KryWaj Krystyna Wajda, Koszalin 2014, s. 48

niedziela, 5 października 2014

Pamiętam głos Joplin...


Janis

Jeśli zażywasz już pewnej sławy
a ponad wszystko pragniesz uwielbienia tłumów
umrzyj młodo
zostaniesz wybrańcem bogów

Janis Joplin
jej zachrypły śpiew
budzący entuzjazm milionów
Beznadziejne wołanie o pomoc
triumfatorki estrad

Żałuję że cię urodziłam - powiedziała matka
kiedy Janis próbowała wrócić do Kansas
budząc sensację na ulicach rodzinnego miasta

Pamiętam głos Joplin dobiegający pewnego ranka
z sąsiedniego pokoju naszego mieszkania na Long Island
i ten refren
zaśpiewany ochrypłym niskim głosem
"Buy me a color TV"

To nie była płyta
to z niewiarygodną wiernością intonacji i dźwięku
naśladowała jej głos
moja córka

(americana)

Julia Hartwig: Janis. W: Wiersze wybrane. Biblioteka Poetycka Wydawnictwa a5 pod redakcją Ryszarda Krynickiego. Tom 69. Wydawnictwo a5, Kraków 2014 (wydanie z płytą CD), s. 425

Janis Joplin - Pappi - obraz olejny (2008)


niedziela, 14 września 2014

Zupełnie nieoczekiwanie w mroku zabrzmiała dumna i zadziorna muzyka...

"Zupełnie nieoczekiwanie w mroku zabrzmiała dumna i zadziorna muzyka. To było coś znanego. Dźwięki rozbiegały się po wypalonych ulicach, przez wybite okna wpadły do opuszczonych mieszkań i napełniły otuchą serca siedzących po kątach powstańców. Mocne, odważne i donośne, ożywiły martwą ulicę. To musiał być Chopin. Niósł pocieszenie, koił nerwy, dodawał siły i wiary.
Na złość Niemcom pianista grał przy otwartym oknie. Każda powstańcza noc wypełniona muzyką i radością była zwycięstwem. Zagraniem Niemcom na nosie. Natychmiast zaciekle zajazgotały niemieckie karabiny, ale czołgi milczały. Po ciemku Niemcy nie mogli przecież strzelać na oślep, bo pozycje powstańcze w wielu miejscach przeplatały się z niemieckimi. Wieczorem i w nocy tracili przewagę ogniową i musieli grzecznie słuchać.
Pianista zagrał do końca i zamilkł. Jaka szkoda, pomyślał Wojtek.
Jakby spełniając jego życzenie, po chwili rozległa się dużo bardziej nieokrzesana i wesoła melodia. Ktoś grał W murowanej piwnicy. Wojtek dobrze znał to wykonanie. Nie pierwszy raz słyszał podobny szalony bieg po klawiaturze. Tak grała tylko jedna osoba na świecie: Mikołaj. Więc nie tylko żyje i ma się dobrze, ale jeszcze dorwał się do fortepianu! Powstańcom się podobało. Najpierw nieparzysta, a zaraz potem parzysta strona Alei obudziła się do życia, klaskano w rytm, śpiewano. A potem skoczna  muzyka ucichła i rozległy się dźwięki jeszcze bliższe sercu Wojtka: Nothing Else Matters Metalliki.
Heavymetalowa ballada rozlała się po pustych przestrzeniach i odnalazła rozrzuconych na posterunkach powstańców. Napisany blisko pół wieku później utwór nabrał dziwnego, nieprzewidzianego chyba przez Jamesa Hetfielda znaczenia. Jakby przerzucił dla Wojtka most między dwoma światami.
Z błogostanu wytrącił go kuksaniec.
- Znasz to? - zdziwił się plutonowy.
- Jasne - palnął Wojtek i zaraz ugryzł się w język.
- Dziwne.
Oczywiste było, że poza nim nikt z obecnych nie mógł znać tego utworu, ale chyba im się podobał, bo siedzieli zasłuchani..."

Monika Kowaleczko-Szumowska: Galop '44, Wydawnictwo Literacki Egmont, Warszawa 2014, s. 57-58

czwartek, 11 września 2014

Niech żyje bal!

Życie, kochanie, trwa tyle co taniec,
fandango, bolero, bebop,
manna, hosanna, różaniec i taniec,
i jazda, i basta, i stop.
Bal to najdłuższy, na jaki nas proszą,
nie grają na bis, chociaż żal,
zanim więc serca upadłość ogłoszą -
na bal, marsz na bal!

Szalejcie aorty, gdy idę na korty,
roboto, ty w rękach się pal!
Miasta nieczułe, mijajcie jak porty,
bo życie, bo życie to bal.
Bufet, jak bufet, jest zaopatrzony,
zależy, czy tu, czy gdzieś tam.
Tańcz, póki żyjesz, i śmiej się do żony
I pij zdrowie dam...

Niech żyje bal,
Bo to życie, to bal jest nad bale,
niech żyje bal,
drugi raz nie zaproszą nas wcale.
Orkiestra gra,
jeszcze tańczą i drzwi są otwarte,
Dzień wart jest dnia
i to życie zachodu jest warte!

Chłoporobotnik i boa-grzechotnik
z niebytu wynurza się fal,
widzi swą mamę i tatę, i żonkę
i rusza, wyrusza - na bal.
Sucha kostucha, ta Miss Wykidajło,
wyłączy nam prąd w środku dnia,
pchajmy więc taczki obłędu jak Byron,
bo raz mamy bal!

Niech żyje bal,
Bo to życie, to bal jest nad bale,
niech żyje bal,
drugi raz nie zaproszą nas wcale.
Orkiestra gra,
jeszcze tańczą i drzwi są otwarte,
dzień wart jest dnia
i to życie zachodu jest warte!

Agnieszka Osiecka
Muzykę do tego tekstu skomponował Seweryn Krajewski, a najbardziej znane jest wykonanie Maryli Rodowicz

Wilhelm Gause - Hofball in Wien. 1900
Obraz znajduje się w zbiorach Historisches Museum der Stadt Wien

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz zajęłam się samym słuchaniem muzyki


   "Włóczęgowski krok zmieniony w marszobieg nie przypada psu do gustu. Borys z uporem osła nadal zatrzymuje się przy każdej piramidce śmieci. Chcąc nie chcąc, robię to razem z nim i obserwuję produkcję mojej ulicy. Borys grzęźnie przy kartonowym pudle. Chwilę węszy, a potem zaczyna namiętnie kichać. Psiej tabaki się nawąchał czy co? Pochylam się nad kartonem.
Dwa rzędy winylowych płyt stoją na baczność jak kompania honorowa. Pierzyna kurzu łagodnie osłania je przed ostrzałem lipcowego słońca. Kto wyrzuca winylowe płyty? Zabieram karton, chyląc grzbiet pod ciężarem porzuconej muzyki. Winyle kotwiczą pod schodami [...]

Czy było warto? Nie trzeba żadnych komentarzy. Wystarczy spis tytułów:

  Johann Sebastian Bach Six Brandenburg Concertos
  Sergiusz Rachmaninow Koncert fortepianowy nr 3
  Zbigniew Preisner Requiem dla mojego przyjaciela
  Leonard Cohen Various Positions
  Tanita Tikaram Ancient Heart
  Pink Floyd The Dark Side of the Moon
  The Beatles A Hard Day’s Night
  The Doors L.A. Woman
  Led Zeppelin Stairway to Heaven
  Dire Straits Brothers in Arms
  Ella Fitzgerald Like Someone in Love
  Bob Dylan Highway 61 Revisited
  Perfect Niewiele ci mogę dać
  Anna Chodakowska Msza wędrującego
  Maciej Zembaty Alleluja

Zastanawiam się, czy Borys wywęszył dom idioty, czy kogoś, kto stracił słuch? 

    Dawno, dawno temu, kiedy nosiłam zielone spodnie, przydługą grzywkę i granatowe martensy, byłam w bliskich stosunkach z pewnym gramofonem o uroczej nazwie „artur”. Prawowitym właścicielem czarnego pudła z igłą był mój brat. Ciekawe, czy ma jeszcze swojego trzeszczącego arturka… Wyciągam komórkę.
[...].
Muzyka to chyba jedyny most, który wciąż łączy mnie i Radka.
     Wieczór przynosi drobinki chłodu, wmieszane w trzaskające ciepło z gramofonowej płyty. Artur przyklejony do przedłużacza stoi na niebieskim, werandowym stoliku. Zwijam ciało w kulę i sączę dźwięki z kieliszkiem wina w ręku. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz zajęłam się samym słuchaniem muzyki. Zawsze traktowałam ją jako tło. Była przyjemnym dopełnieniem, nigdy jednak celem samym w sobie. Winylowe dźwięki rysują mapę pamięci. Muzyką szyję patchwork zapachów, obrazów, głosów. Czas świruje, mieszając kilka przestrzeni naraz.
L.A. Woman. Raz jeszcze oglądam chuderlawą szesnastoletnią Majkę wynurzającą się z nocy. Patrzę, jak świt unosi mrok. Bezszelestny. Obiecujący złote cielce światła. Za oknem na wpół przeźroczysta postać przygląda się drzewom. Wiśnie chudną i żółkną. Orzechowiec obsiadają kawki. Płyta skrzypi. Włączam Cohena. Smakuję kolejną historię. Bita śmietana mgły na łyżeczce grani. Miód zlizywany z palców. Wieczorny profil Wojtka gdzieś pomiędzy pierwszym a przedostatnim pocałunkiem. Zabieram artura do sypialni, zwijam się w kłębek na łóżku i raz jeszcze nastawiam tę samą płytę."

Ludmiła Piasecka: 52 tygodnie.  Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2014, s. 35-39