środa, 23 kwietnia 2014

Krzysztof Komeda Trzciński

Krzysztof Komeda Trzciński
urodził się 27 kwietnia 1931 roku w Poznaniu
zmarł  w wieku 38 lat
23 kwietnia 1969 roku w Warszawie
45 lat temu...



Jego Astigmatic - nagrany w grudniu 1965 i wydany przez Polskie Nagrania MUZA w roku 1966
został uznany przez czytelników Jazz Forum za:
najlepszy album polskiego jazzu wszech czasów

przez słuchaczy Programu II Polskiego Radia za:
najlepsze nagranie w historii polskiego jazzu 
oraz za:
drugi album wśród najlepszych płyt jazzowych wszech czasów


Cover

Strona A
"Astigmatic"
Strona B
"Kattorna"
"Svantetic"


Komeda Quintet:
Krzysztof Komeda - fortepian
Zbigniew Namysłowski - saksofon altowy
Tomasz Stańko - trąbka
Günter Lenz - kontrabas
Rune Carlson - perkusja










===

Dla mnie najważniejsza jest jego muzyka filmowa, szczególnie:

Niewinni czarodzieje (1960)
Do widzenia, do jutra (1960
Nóż w wodzie (1962)
Prawo i pięść (1964)
Dziecko Rosemary (1968)

===

Poznań pamięta Krzysztofa Komedę, który nie tylko tu się urodził, ale i mieszkał wiele lat. Tu też studiował (2 lata) medycynę.

Tablica pamiątkowa
odsłonięta 01.12. 2008 roku w Poznaniu
na murze budynku przy Al. Marcinkowskiego 12
(obecnie mieści się tam Narodowy Bank Polski)
Tablicę zaprojektował Michał Selerowski

Pomnik Krzysztofa Komedy
przeglądającego kadry swojego życia
odsłonięty 
19.11.2010 r
Pomnik jest dziełem 
Adama Dawczaka-Dębickiego

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

...są tacy maniacy, co to im w ogóle na muzyce nie zależy, tylko na samym dźwięku

Powtórka z morderstwa
Komisarz Ogiński nie był pierwszym audiofilem, jakiego Ilonka spotkała w życiu, jeden z zaprzyjaźnionych dźwiękowców miał tę samą pasję, zatem z łatwością rozpoznała sprzęt i mniej więcej zorientowała się w jego jakości. - Ohohoho - zauważyła, wcale nie udając podziwu. - Krella pan ma... i te głośniki... mojego kumpla nie było na nie stać, ale on ma żonę i dzieci. Pan nie ma?
  - Jak widać. Proszę, dwie aspiryny. I herbata, dopóki gorąca...
  - No, no, już piję. McIntosh to jest? Mój kolega się wahał, ale ostatecznie kupił sobie Marantza...
  - Marantz też dobra firma. Zna się pani na tym?
  - Ja nie, ale jeden nasz dźwiękowiec z Koszalina się zna. Audiofil, tak samo jak pan. Jak robiliśmy w Koszalinie reportaż, byłam u niego i on mi pokazywał swoje cudeńka. Mógłby pan coś zapuścić? Skoro i tak mam czekać, aż mi kiecka wyschnie...
Komisarz ostatecznie połknął haczyk. Sięgnął na regał z płytami, uśmiechnął się sam do siebie i wydobył komplet „Pierścienia Nibelunga”, odnalazł „Zygfryda” i włożył do odtwarzacza.
  - Ciekaw jestem, czy pani to zna?
Włączył urządzenie i muzyka zalała pokój. Ilonka jakby zastrzygła uszami. Po chwili pokiwała głową.
  - Wagner, co? Ja nie jestem w te klocki najlepsza, ale Wagner mi się podoba. I rozpoznaję kilka uwertur. Dostałam kiedyś taką płytę w prezencie. To jest „Zygfryd”, prawda? Bardzo zwycięskie imię. Mój samochód tak się nazywa na jego cześć. Naprawdę, nie szklę panu, panie komisarzu.
  - Mam na imię Tomasz - powiedział, zapominając o konieczności utrzymania dystansu i o tym, że rozmawia z osobą potencjalnie podejrzaną. [...]
  - W sytuacjach służbowych możemy wrócić na „pan - pani”. Rewelacyjnie brzmią te twoje urządzenia. Ja mam w zasadzie całkiem niezły sprzęt, ale w porównaniu z tym... niebo a ziemia. A widzę, że masz też fajne nagrania... są tacy maniacy, co to im w ogóle na muzyce nie zależy, tylko na samym dźwięku. Bo wiesz, ja jestem dalekowidzem i widzę, co masz na tamtej półeczce...
Tym go rozśmieszyła. Do półki miała naprawdę daleko. Postanowił ją sprawdzić.
  - To powiedz, co stoi na górze trzecie od prawej?
Ilonka zmarszczyła brwi.
  - Kantaty Bacha. A potem stoi jakiś Herreweghe, ale nie wiem co, bo jednak za małe literki. Nie, bez przesady, widzę te komplety, nie pojedyncze egzemplarze. To znaczy podpisy na kompletach. Beethovena symfonie wszystkie, Karajan. Beethoven, symfonie, Gardiner. Po co ci dwa komplety? Odróżniasz wykonania? O matko. Glen Gould gra Bacha. „Ring”. „Tannhauser”. „Śpiewacy norymberscy”. Lubisz Wagnera, co? Barbara Hendricks. Sonaty
Beethovena, Emil Gilels. Co to za jeden?
  - Bardzo dobry pianista radziecki z poprzedniego wieku. Z takim nazwiskiem pewnie jakiś przyjezdny radziecki albo z którejś republiki. Nadbałtyckiej...
  - Nie chciałbyś czasem wyjechać na wakacje? I żeby ci ktoś popilnował mieszkania?

Monika Szwaja: Powtórka z morderstwa. Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2006, s. 131-133

czwartek, 10 kwietnia 2014

Koncert fortepianowy

Jacek Kaczmarski (22 marca 1957 - 10 kwietnia 2004)

Jacek Kaczmarski
Koncert fortepianowy

Ty w uniformie my w mroku poniekąd
Sztywno podchodzisz siadasz do klawiszy
I zamiast zagrać zatrzaskujesz wieko
Skrzydło opada salwą przeciw ciszy

Do fortepianu po coś siadał chamie
Nie wydobędziesz z zeń dźwięku rozkazem
Pod pięścią pryśnie kość i klawisz złamiesz
Ale nie zabrzmią dziejowe pasaże

A w rękawiczkach z od krwi sztywnej skóry
Nigdy nie trafisz w klawisz zamierzony
I zamiast dźwięku z twojej partytury
Zawsze się ozwie inny nie proszony

W szkłach czarnych zamiast nut studiujesz co dnia
Zawiłe klątwy wschodnich alfabetów
Lecz nawet obcej nie zagrasz melodii
Trzeba się schylić pozbyć się gorsetu

Tego nie umiesz więc połam klawisze
Struny grać będą bunt i cichą skargę
Pozrywaj struny znowu pieśń usłyszysz
To pudło w usta zamieni się czarne

Roztrzaskaj pudło zagra miejsce po nim
Jak gra powietrze pod tańczącym dzwonem
To puste miejsce dziełem twoich dłoni
Struną powietrza gardła okręcone

Gdy umrzesz trumny które z fortepianów
Zbijać kazałeś o milczącym świcie
Muzykę odtąd zagrają nieznaną
Marsz żałobny co obwieszcza życie



poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Nie przejdziemy do historii

Krzysztof Klenczon
(12 stycznia 1942 - 7 kwietnia 1981)
zmarł 33 lata temu w Chicago

Pomnik Krzysztofa Klenczona w Szczytnie

Nie przejdziemy do historii

Nie przejdziemy do historii
szumni jak w piosenkach,
nie będziemy stali w glorii
z gitarami w rękach.
Rozedrgane nasze cienie
żółty kurz otuli
jak toczące się kamienie
z niebotycznej góry.

Ale póki co, ale póki czas,
spróbujmy chwycić w dłonie
umykający wiatr.
Ale póki co, ale póki czas,
spróbujmy zapamiętać,
że żyć nam przyszło raz.

Ale póki co, ale póki czas,
spróbujmy chwycić w dłonie
umykający wiatr.
Ale póki co, ale póki czas,
spróbujmy zapamiętać,
że żyć nam przyszło raz.

Nie przejdziemy do historii
i literatury,
nie będziemy stali strojni
w brązy i marmury,
świat się nagle jak kołyska
wokół zakolebie
i znajdziemy naszą przystań,
nim zgubimy siebie.

Ale póki co, ale póki czas,
spróbujmy chwycić w dłonie
umykający wiatr.
Ale póki co, ale póki czas,
spróbujmy zapamiętać,
że żyć nam przyszło raz.

Ale póki co, ale póki czas,
spróbujmy chwycić w dłonie
umykający wiatr.
Ale póki co, ale póki czas,
spróbujmy zapamiętać,
że żyć nam przyszło raz.

Tekst - Andrzej Kuryło
słowa - Krzysztof Klenczon
Utwór został nagrany w 1971, a wydany w 1972 roku - album: "Krzysztof Klenczon i Trzy Korony"

Cover LP (1972)
 Krzysztof Klenczon - wokal, gitara
 Ryszard Klenczon - gitara, gitara hawajska
 Grzegorz Andrian - gitara basowa, wokal
 Piotr Stajkowski - perkusja
 Andrzej Ibek - organy, fortepian (gościnnie)
 Zbigniew Oborski - zespół (gościnnie)
 
Trzy Korony (1970-1972)

niedziela, 6 kwietnia 2014

Sotionie, zaśpiewaj nam pieśń o Spartaku...

Uczniowie Spartakusa
Młodszy pasterz, wysoki, o sterczących kolanach i rozkudłanej czuprynie, wstał nagle i pobiegł do szałasu. Po chwili wrócił trzymając w ręku niezgrabną, własnym widocznie pomysłem wykonaną lutnię. 
– Sotionie, zaśpiewaj nam pieśń o Spartaku, tyle ich układałeś. 
– Zaśpiewaj, zaśpiewaj! – powtórzyli gorącymi głosami. 
Sotion ujął w ręce lutnię, obejrzał i brzęknął kilka taktów. 
– Dobry ma ton, chociaż taka niezgrabna – pospiesznie wyjaśnił młody pasterz. 
– Tak, tak, spróbuj tylko – poparli go towarzysze. 
Sotion uderzył znów w struny. Zmarszczył się i utkwił wzrok w dogasającym ognisku. Szukał snadź melodii. Ton rósł, wzmacniał się i naraz zabrzmiał skargą i bólem. Sotion pół śpiewając, pół recytując zaczął swoją pieśń:

Synowie ziemi, uszliśmy z pogromu 
Garsteczka licha – było nas tysiące. 
Krzyże przed nami, a z naszego domu 
Łunami krzyczą zgliszcza gorejące... 
 
Słuchacze zacisnęli kurczowo pięści. Prysnęła w górę iskra żaru i zgasła 
 
Na polu walki kruki dziś żerują, 
Samotny cyprys płacze cnych rycerzy. 
Nie pogrzebionych dusze lamentują, 
Odejść nie mogą od ziem tych rubieży. 
 
Lęk przeleciał ponad ogniskiem i powiał po twarzach słuchających. Zbledli. 
 
Nike i Wolność – niebiańskie siostrzyce, 
Wierne Spartaka towarzyszki broni, 
Gniewne dziś od nas odwróciły lice. 
Krassusa zbiry za nami w pogoni... 
 
Karpos przymknął oczy. Zobaczył triumfalną drogę Krassusa od Kapui do Rzymu. Drogę w cieniu sześciu tysięcy krzyży. 
 
Na te dni klęski, na dni pohańbienia, 
Którym Herakles nawet nie podoła, 
Zabrakło nam siły groźnego ramienia 
Wodza naszego, Spartaka – sokoła. 
 
Kalias poruszył się i jęknął. Pasterz siedzący obok niego pochylił się i spojrzał w jego twarz. Chłopiec miał przymknięte powieki, spod ciemnych rzęs, które rzucały czarny cień, płynęły wielkie łzy. Czy chłopiec płacze przez sen? Pasterz nie śmiał odezwać się do niego. Sotion śpiewał dalej: 
 
Dziś krzyżowani i w kajdany skuci
Za świętą sprawę giną ziemi syny, 
Pieśń tylko wolna dla przyszłości rzuci 
Ziarna nadziei i Spartaka czyny. 
 
Sotion podniósł głowę, zapatrzył się na wschód, gdzie nad górami różowe blaski rozpinała Jutrzenka. 
 
Wieki przeminą, Kapitolu mury 
Trawa porośnie, oset i mech siwy - 
Sława Spartaka wzięci ponad chmury. 
Gdzie bój o wolność – Spartak będzie żywy. 
 
I struny rozśpiewały się triumfalnym tonem zwycięstwa. Pasterze wstrzymali dech w piersiach, na policzki trysnęła im krew, zdało się, że pieśń uskrzydla ich, że znowu zerwą się i polecą z pieśnią na nowy bój. 
Siwa broda Sotiona zapożyczyła blasków od nieba, oczy rozżarzyły się. Głos zabrzmiał pewnością i spokojem: 
 
Jak orły zlecą Spartaka dziedzice 
Myśli i czynów. Będą ich miliony - 
Spełnią się ludów cierpiących tęsknice, 
Wstanie wiek złoty z ich walki zrodzony. 


Halina Rudnicka: Uczniowie Spartakusa. Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1974, s. 245-247