piątek, 7 listopada 2014

Muzyka zdawała się powstawać w sposób niematerialny...

Tak, niczym innym nie była piękna noc, tylko koncertem D-dur Brahmsa.
Róża prędko przeszła do salonu i zapaliwszy świece wydobyła skrzypce z pudła. Na pulpicie rozłożyła partyturę. Gorączkowo podkręciła kołki, nastroiła instrument. Głowa pałała, ręce były zimne.
- Zagram czy nie zagram? Allegra nie ma co próbować. Adagio. Pamiętam każdą nutę. Tylko czy pasaże wyjdą?
Zupełnie tak samo wyraźnie jak szelest liści za szybą, plusk sadzawki i szkliste dzwonienie księżyca słyszała wiolonczele, flety, altówki Brahmsowskiego koncertu. Wyczekała aż rozwieje się akord trąbek.
Pierwsze takty skrzypcowego partu zadźwięczały blado, w palcach nie było jeszcze ciepła, w piersi za wiele żaru. Niebawem wszakże wyrównał się bieg krwi, prawa stopa ledwie widoczną pulsacją wybijała rytm, ramiona stężały na marmur, kiście nabrały miękkości.
Poprzez kantylenę płynącą na fali klarnetów dotarła łatwo do sola, które wypadło bezbłędnie. Upojona uległością mięśni i współbrzmieniem fikcyjnej orkiestry, zwycięsko snuła pasaże. Ton nabierał z wolna mocy, forte espressivo miało już pełny wyraz, staccata, szóstki arpeggia ulatywały ze strun pasmami niezakłóconej błogości. Ostatnia fermata była jak szczęśliwe westchnienie.
Róża płonęła. Ukończywszy adagio, stała prostsza, wyższa, lżejsza niż  zwykle; czuła, że odjęto jej część ciężaru, serce uderzało równo, uwolnione z nadmiaru tęsknoty. Niebawem zakrzątnęła się żywo koło instrumentu, przetarła struny, podwoiła znowu...
- Dziś albo nigdy - szeptała. - Nie wiem, co to... Ten księżyc... Czy może Kazio mi pomagał! Spróbuję teraz allegro non troppo.
Długo nasłuchiwała zjawiskowego tutti. Wreszcie wraz z uroczystym beethovenowskim akordem wstąpiła w zespół. Palce sprawnie działały, pasaż skrzypcowy za pasażem pokrywał majaczenie oboju, fagotu, violi.
Róża nie czuła zwykłej nieśmiałości wobec instrumentu; opór strun, włosia, drewniane przydźwięki, niedołęstwo mięśni - przestały istnieć. Muzyka zdawała się powstawać w sposób niematerialny, bez udziału pracy, jedynie za przyczyną zachwytu. Wyzwolona z praw fizycznych, Róża bez najmniejszego trudu przenikała wszystkie strefy i wszystkie uczucia: zarówno nieziemskie modlitwy, jak miłosne scherzando. Skrzypce utraciły wagę, objętość, smyczek utracił kształt, w dalekich przerzutach łamał się zygzakiem jak piorun.Między domem a światem znikł przedział - księżycowa noc roztopiła ludzi, sny, niebo i mury, tajemnica zmieszała się z wiedzą, na miesjce chaosu wzeszła dźwięczna, jedwabista pełnia.
Crescedno, stringendo, animato, forte - Róża bez wahań, bez bólu osiągała zenit.
Akordy... Ocknęła się pośród ciszy. Smyczek drżał w dłoni, skrzypce dymiły niewystygłą melodią. [...]

Maria Kuncewiczowa: Cudzoziemka. Instytut Wydawniczy Pax. Warszawa 1980, s. 105-106

4 komentarze:

  1. Róża najbardziej irytująca literacka bohaterka (wg mojej opinii) i muzyka - coś, bez czego nie umiałabym żyć. Cóż za wybuchowa mieszanka. Zawsze zastanawiało mnie, jak to możliwe, aby tak terroryzująca psychicznie rodzinę kobieta wykazywała taką wrażliwość na muzykę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogę się tylko podpisać pod tym, co napisałaś.
      Ale ta sprzeczność - wrażliwość na muzykę (lub na przekład na zwierzęta) i całkowity brak wrażliwości na ludzi, zwłaszcza tych, których w swoim mniemaniu ma się na własność, w ogóle inne traktowanie rodziny w domowym zaciszu (terroryzowanie) i otoczenia (do rany przyłóż)... niestety się zdarzają. Talent i wredny charakter - myślę, że Kuncewiczowa bardzo dobrze oddała ten konflikt. Tak dobrze, że tę książkę przeczytałam z trudem.

      Usuń
  2. Ja tę książkę czytałam niejako terapeutycznie ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Terapeutycznie? Trudna książka na terapię, ale rzeczywiście, absorbuje.

      Przepraszam, że dopiero teraz odpowiadam, przez dwa dni nie miałam dostępu do Internetu.

      Usuń