wtorek, 30 grudnia 2014

rytmy indiańskie były dość proste, a bębny ładnie grały, więc miałem dużą frajdę...

  W Los Alamos pracowaliśmy w dużym napięciu, a poza tym nie mieliśmy dostępu do żadnych rozrywek: nie można było pójść do kina ani nic takiego. Odkryłem jednak kolekcję bębnów, zgromadzoną przez szkołę męską, która się tam poprzednio mieściła: Los Alamos leży w Nowym Meksyku, gdzie jest mnóstwo wiosek indiańskich. Miałem więc rozrywkę - czasem sam, czasem z kimś innym - hałasując na tych bębnach. Nie znałem żadnych konkretnych rytmów, ale rytmy indiańskie były dość proste, a bębny ładnie grały, więc miałem dużą frajdę.
  Czasem zabierałem się z bębnami do lasu, żeby nikomu nie przeszkadzać, tłukłem w nie pałeczką i śpiewałem. Pamiętam, że pewnego wieczoru stanąłem pod drzewem, patrzyłem na księżyc, grałem na bębnie i udawałem, że jestem Indianinem.
   Pewnego dnia podszedł do mnie któryś z kolegów i spytał:
  - Czy w Święto Dziękczynienia nie grałeś przypadkiem w lesie na bębnie? 
  - Tak, grałem - odparłem.
  - A, czyli moja żona miała rację! - Po czym opowiedział mi następującą historię:
  W jego domu były dwa mieszkania, na dole i na górze. Pewnego wieczoru usłyszał dobiegające z oddali granie na bębnach, poszedł na górę i współlokator powiedział, że też słyszy. Trzeba pamiętać, że byli to ludzie ze Wschodniego Wybrzeża. Nic nie wiedzieli na temat Indian i bardzo ich to zaciekawiło: Indianie odprawiają jakiś obrzęd, więc postanowili pójść i sprawdzić, jak to wygląda.
  W miarę, jak zagłębiali się w las, muzyka robiła się coraz głośniejsza, a oni byli coraz bardziej zdenerwowani. Zdali sobie sprawę, że Indianie na pewno wystawili czujki, żeby nikt im nie zakłócał obrzędu. Położyli się na brzuchach i zaczęli się czołgać ścieżką. Po jakimś czasie odnieśli wrażenie, że dźwięk dobiega tuż zza niewielkiego wzgórka. Podczołgali się na szczyt wzgórka i ku swojemu zdumieniu odkryli, że obrzęd odprawia jeden samotny Indianin - tańczy wokół drzewa, uderza w bęben pałeczką i śpiewnie zawodzi. Powoli się wycofali, bo nie chcieli mu przeszkadzać. Uznali, że rzuca urok albo coś w tym guście. 
  Opowiedzieli swoim żonom, co widzieli, a one powiedziały:
  - E, to na pewno Feynman - on lubi grać na bębnach.
  - Nie bądźcie śmieszne! - odrzekli mężowie. - Nawet Feynman nie jest aż taki szajbnięty!


Richard P. Feynman - "Pan raczy żartować, panie Feynman!". Przypadki ciekawego człowieka. Wysłuchał Ralph Leighton. Wydawnictwo Znak, Kraków 2007, s. 321-322, przełożył Tomasz Biedroń

środa, 24 grudnia 2014

Grajmy Panu na harfie, grajmy Panu na cytrze...


Jan Matejko - Anioł grający na cytrze
Karton do polichromii kościoła Mariackiego. 1890.
Akwarela. 128,5 x 117 cm.
Muzeum Narodowe, Kraków - Dom Jana Matejki.


Agnieszka Osiecka - Grajmy Panu

Dzięki ci, Panie, za ten świat.
Dzięki ci, Panie, za dzikich zwierząt śpiew.
Za twoją sprawą kwitnie kwiat
i rodzi się człowiek - pisklę i lew.

Grajmy Panu na harfie.
Grajmy Panu na cytrze.
Chwalmy śpiewem i tańcem
cuda te fantastyczne.

Grajmy Panu w niebiosach.
Grajmy Panu w dolinach.
Z jego światłem we włosach
każdy życie zaczyna.

Ty, który chronisz biedne domki ślimaków
i wielkie góry obu  Ameryk.
Ty, który śledzisz tajne drogi ptaków
i krzyki nasze, jęki, szmery.
Dzięki ci, że dałeś nam czas.
Dzięki, że słuchasz i oglądasz nas.

Grajmy Panu na harfie.
Grajmy Panu na cytrze.
Chwalmy śpiewem i tańcem
cuda te fantastyczne.

Grajmy Panu w niebiosach.
Grajmy Panu w dolinach.
Z jego światłem we włosach
każdy życie zaczyna.


Muzykę do tego tekstu napisał Zygmunt Konieczny, śpiewa Anna Szałapak



39. Studencki Festiwal Piosenki. Koncert "Ucisz serce" poświęcony kompozytorowi Zygmuntowi Koniecznemu. Prowadzenie Magdy Umer i Andrzeja Poniedzielskiego.

wtorek, 23 grudnia 2014

Odszedł Joe Cocker


Joe Cocker
20 maja 1944 - 22 grudnia 2014

Joe Cocker... Prawie 50 lat na rockowej scenie. With a Little Help from My Friends, Up Where We Belong, You Are So Beautiful, Unchain My Heart, N'oubliez Jamais i wiele, wiele innych.

Będzie mi brak Jego charakterystycznej chrypki...


poniedziałek, 22 grudnia 2014

...tak może zaśpiewać tylko Anioł

W żłobie leży
Kathleen Battle

Był maj 1996 roku. Byłam w Nowym Jorku, dostałam telefon z firmy płytowej Sony, proszono mnie o pomoc. Otóż znana na całym świecie ciemnoskóra sopranistka Kathleen Battle nagrywała płytę z kolędami z różnych stron świata. Jedną z kolęd, które wybrała, była polska "W żłobie leży" - chciała ją zaśpiewać po polsku, a ja miałam jej pomóc w prawidłowej wymowie.
Zgodziłam się bardzo chętnie. Zawieziono mnie do Abyssinian Church na 138. ulicy w Harlemie i tam poznałam Wspaniały Głos.
Niewysoka, drobna, z rozbrajającym uśmiechem powitała mnie w progu. Usiadłyśmy na ławce w tyłu kościoła i zaczęłyśmy ćwiczyć prawidłową wymowę i dykcję. Szło dość ciężko. Już sam początek "W żłobie leży" sprawiał jej trudności. Po godzinie było już nieźle. Poprosiłam, żeby spróbowała zaśpiewać. Już po pierwszym takcie wiedziałam, ze coś jest bardzo nie tak. Nie z wymową, ale z melodią. Ta kolęda jest bardzo popularna i znamy wszyscy jej poprawną melodię, mimo że nagminnie fałszujemy. Zapytałam, skąd zna tę kolędę. Odpowiedziała, że z rosyjskiej orkiestracji i że ktoś spisał melodię, którą grał flet. Ktoś, kto "wyłuskiwał" ją z symfonicznego aranżu, myśłał, że jest na właściwym tropie.

Kathleen zaproponowała, żebym zaśpiewała prawidłową melodię, a ona ją zapisze. Na środku kościoła na specjalnie wybudowanym podwyższeniu stał piękny fortepian Steinway, cudo. Kathleen siadła do fortepianu, a ja obok niej. Zaczęłam śpiewać. Najpierw zaśpiewałam całą melodię a capella, czyli bez akompaniamentu.Takiego brzmienia, dźwięku nie słyszałam. Miałam najpiękniejszy głos na świecie i niebiański pogłos, aż sama się zdziwiłam. Potem śpiewałam jej po kilka taktów, a ona zapisywała w nutach melodię, którą jej przed chwilą nuciłam. Na koniec zaśpiewała, upewniając się, że dobrze spisała melodię ze słuchu.

To, co usłyszałam wywołało u mnie gigantyczne dreszcze - to było coś przepięknego. Byłam dogłębnie poruszona i pomyślałam, ze tak może zaśpiewać tylko Anioł. Kathleen długo dziękowała - i nie tylko mnie, bo jej producent, który wpadł na pomysł skontaktowania się ze mną, miał u niej wielki dług wdzięczności.

Urszula Dudziak: Wyśpiewam wam wszystko. Wydawca: Kayax Production & Publishing, Warszawa 2011, s. 140-141

Kathleen Battle

czwartek, 11 grudnia 2014

Na biedę najlepsza jest skoczna piosenka...

  Wyszliśmy. Lśniły gwiazdy. Mleczna Droga przepływała z jednego krańca nieba na drugi. Pieniło się morze.
  Siedliśmy na kamieniach, a fale lizały nasze stopy.
  - Na biedę najlepsza jest skoczna piosenka - rzekł Zorba. - Nie damy się, co? Chodź tu, santuri!
  - Może jakaś macedońska melodia z twojej ojczyzny, Zorbo? - podsunąłem.
  - A może z twojej ojczyzny, z Krety! Co? - rzekł. - Zaśpiewam ci piosenkę, której nauczyłem się w Kastellionie. Odkąd ją znam, zmieniło się moje życie.
  Zastanowił się chwilę.
  - Nie, nie tyle zmieniło się - powiedział - ile przekonałem się, że mam rację.
  Położył grube palce na santuri i wyprostował się. Zaśpiewał dzikim, ochrypłym, bolesnym głosem:

                           Gdy się na coś zdecydujesz,
                           To odważnie naprzód idź.
                           Puść młodości swojej wodze,
                           Nie szczędź jej, nie bój się żyć.

  Rozpłynęły się gdzieś troski, zniknęły dokuczliwe kłopoty, podnieśliśmy się na duchu. Lola, kopalnia, kolejka, wieczność, małe i wielkie strapienia, wszystko przekształciło się w błękitnawą mgłę i rozproszyło w powietrzu, pozostał tylko stalowy ptak, rozśpiewana dusza człowiecza.
  - Wszystko ci darowałem, Zorbo! - zawołałem, kiedy skończył swoją dumną pieśń. - Wszystko ci darowałem: fordanserkę, ufarbowane włosy, wyrzucone pieniądze, wszystko, wszystko! Śpiewaj jeszcze!
  Znów wyciągnął chudą, pokrytą bruzdami zmarszczek szyję: 

                          Śmielej idź, do diabłów kroćset,
                          Stanie się, co ma się stać.
                          Możesz wszystko naraz stracić,
                          Albo los najlepszy brać!

  Robotnicy, nocujący w pobliżu kopalni, usłyszawszy śpiew, wstali i zebrali się wokół nas. Słuchali swojej ulubionej melodii, a ich nogi same rwały się do tańca.
  W końcu nie wytrzymali i nagle, wyłoniwszy się z ciemności, półnadzy, rozczochrani, w szerokich szarawarach, rozpoczęli przy dźwiękach santuri, wprost na kamieniach, swój dziki tan.
  Patrzyłem na nich, przykuty do miejsca ogromnym wzruszeniem.
  To jest ten najcenniejszy kruszec, którego szukałem, niczego więcej nie pragnę. 

Nikos Kazantzakis: Grek Zorba. Wydawnictwo Książka i Wiedza, Warszawa 1989, s. 156-157, tłum.  Nikos Chadzinikolau

A ta scena należy do najbardziej chyba znanych w światowym kinie:

Anthony Quinn (Grek Zorba) i Alan Bates (Basil)
film Zorba Greek (1964)
reż. Michael Cacoyannis

czwartek, 4 grudnia 2014

Muzyka czyni okazję...

Muzyka - słowem i obrazem. To nie tylko literatura i sztuki plastyczne, to także film i teatr. Dotychczas - niezamierzenie - pomijałam aspekt dla mnie bardzo ważny - muzykę filmową...

"M i e j s c e   c z y n i   o k a z j ę.  Często wprowadzenie do filmu muzyki instrumentalnej w postaci diegetycznej wynika z samego umiejscowienia akcji w konkretnej lokalizacji, gdzie zazwyczaj rozbrzmiewa muzyka (np. filharmonia) albo z wpisania jej w określoną kulturową sytuację, której najczęściej towarzyszy muzyka (potańcówka, bal).
Przykładem pierwszego uwarunkowania jest przeniesienie akcji sceny do instytucji kształcącej muzycznie, np. konserwatorium. Jednocześnie takie poprowadzenie fabuły filmu może stać się pretekstem do wprowadzenia repertuaru klasycznego. Oto w filmie Love Story (1970) w reżyserii Arthura Hillera Oliver poszukuje swojej narzeczonej Jenny na wydziale muzycznym (żeńskiego wówczas) Radcliffe College. Otwierając drzwi do poszczególnych sal, słyszy więc pilnie ćwiczone przez studentki urywki utworów muzyki klasycznej. Lekcja muzyki pojawia się też w Podwójnym życiu Weroniki (1991) w reżyserii Krzysztofa Kieślowskiego; Veronique uczy swoją klasę (tworzącą orkiestrę) melodii rzekomo niedawno odkrytego (w rzeczywistości fikcyjnego) XVIII-wiecznego holenderskiego kompozytora, Van den Budenmayera. Muzykę do filmu w całości, także i ten fragment, skomponował Zbigniew Preisner. Sama muzykalność Veronique oraz jej alter ego - Weroniki poświadczają z jednej strony wysoki stopień edukacji dziewczyny, a z drugiej ukazują jej głębokie życie wewnętrzne, wrażliwość na każdy fałszywy ton (Veronique natychmiast wychwytuje nieczystości w orkiestrze i karci źle grającą dziewczynkę). Dodać trzeba, że Weronika umiera śpiewając - zapewne nieprzypadkowo - w filharmonii podczas własnego debiutu scenicznego. Ów wybór miejsca śmierci bohaterki nabiera więc znaczenia symbolicznego."

Anna G. Piotrowska: O muzyce i filmie. Wprowadzenie do muzykologii filmowej. Musica Iagellonica, Kraków 2014, s. 258

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Gdy położyłem palce na klawiaturze, drżały...

 - Was suchen Sie hier?
 Za mną stał oparty o kuchenny kredens smukły, elegancki niemiecki oficer, z rękami założonymi na piersiach.
 - Czego pan tu szuka? - powtórzył. - Nie wie pan, że w tej chwili wprowadza się tu sztab obrony Warszawy?...
 Opadłem na krzesło stojące przy drzwiach do spiżarni. Poczułem nagle, z nieodwracalną pewnością, że nie starczy mi już sił na wydobycie się z tego nowego potrzasku. Opuściły mnie tak nagle, jak przy omdleniu. Siedziałem wpatrzony tępym wzrokiem w oficera, ciężko dysząc. Dopiero po chwili zdobyłem się na odpowiedź: Niech pan ze mną robi, co chce. Ja się stąd nie ruszę.
 - Nie mam zamiaru zrobić panu nic złego! - oficer wzruszył ramionami. - Kim pan jest?
 - Jestem pianistą.
 Zaczął przyglądać mi się dokładniej, z widocznym niedowierzaniem. Po chwili rzucił okiem w stronę drzwi wiodących z kuchni do pokoi mieszkalnych, jakby sobie coś uświadomił.
 - Niech pan pójdzie ze mną.
 Przeszliśmy przez pierwszy pokój, który kiedyś zapewne był jadalnią, i weszliśmy do następnego, w którym pod ścianą stał fortepian. Oficer wskazał nań ręką:
 - Niech pan coś zagra.
 Czy nie pomyślał o tym, że dźwięk fortepianu przywoła natychmiast znajdujących się w tej okolicy SS-manów? Spojrzałem pytająco, nie ruszając się z miejsca. Zrozumiał moje obawy, gdyż dodał prędko:
 - Niech pan gra. Gdyby ktoś nadchodził, schowa się pan w spiżarni, a ja powiem, że grałem, by wypróbować instrument.

 Gdy położyłem palce na klawiaturze, drżały. Miałem tym razem dla odmiany wykupić swe życie grą na fortepianie. Nie ćwiczyłem od dwóch i pół roku, moje palce były skostniałe, pokryte grubą warstwą brudu, a paznokcie nie obcinane od dnia pożaru domu, w którym się ukrywałem. Pokój, w którym stał fortepian, był jak większość innych pokoi w mieście pozbawiony szyb, a mechanizm spęczniał od wilgoci, przez co klawisze odpowiadały bardzo opornie na nacisk palców.
 Zacząłem grać Nokturn cis-moll Chopina. Szklisty, brzękliwy dźwięk, wydobywający się z rozstrojonego instrumentu, odbijał się o puste ściany mieszkania i klatki schodowej, brzmiąc przyciszonym, smętnym echem w ruinach domków po drugiej stronie ulicy. Gdy skończyłem, cisza panująca w mieście stała się jeszcze bardziej głucha i upiorna. Z pewnej odległości dobiegło miauknięcie kota, z dołu zaś, sprzed domu, słychać było gardłowy, niemiecki wrzask. Oficer stał dłuższą chwilę, przyglądając mi się w milczeniu, po czym westchnął i powiedział: 
 - Jednak nie powinien pan tu zostać. Wywiozą pana poza miasto, do jakiejś wsi. Tam będzie pan bezpieczny. 
 Potrząsnąłem głową. 
 - Ja nie mogę przecież stąd wyjść! - odparłem z naciskiem. 

Władysław Szpilman: Pianista. Wydawnictwo Znak, Kraków 2002, 216 s.