wtorek, 1 grudnia 2015

cicha muzyka dzieciństwa...

pada pierwszy śnieg
i unosi się ku niebu
cicha muzyka dzieciństwa
myślę o rzeczach pierwszych
nie do powtórzenia
o zdarzeniach
czystych jak źródło
które mam już za sobą
usiłuję przywołać
ich soczystość smak i zapach
pada pierwszy śnieg
stoję w oknie
i czuję się stary

Józef Baran: Pada pierwszy śnieg. W: Borzęcin. Poezja i proza Józefa Barana.Gminna Biblioteka Publiczna w Borzęcinie, Borzęcin 2014, s. 171

niedziela, 22 listopada 2015

Obraz połączony z dźwiękiem był teraz jednym niespokojnym oczekiwaniem na słońce...

Kwadrans po trzeciej wpadł do montażowni Darek. Blady, z błędnym wzrokiem.
- Przepraszam za spóźnienie, nie mogłem odpalić samochodu, przyjechałem taksówką. Macie.
Położył przed Mateuszem płytę, po czym zabrał mu ją sprzed nosa.
- Gdzie kompakt? Ach, widzę. Posłuchamy?
- Zapuszczaj - powiedział Mateusz.
Rozległy się dźwięki harfy.
- Nie, nie, daj obrazki, Mateusz; tak to nie ma efektu! - Eulalii udzieliła się trema Darka, który stał teraz za ich plecami, a oczy miał jak talerzyki deserowe. - Darek, siadaj, bo trudno wytrzymać, jak tam sterczysz. Grajmy od razu, najwyżej będziemy poprawiać.
- Słusznie - Mateusz zatrzymał płytę, po czym ustawił taśmę na pierwszej ramce i wystartował muzykę, od razu nagrywając ją na odpowiedniej ścieżce.
Harfa zagrała ponownie. Na ekranie snuły się mgły poprzedzające świt w Kotlinie Jeleniogórskiej. Eulalia poczuła dreszcze. Dopiero teraz jej film nabierał życia. Wstrzymała oddech. Soczysty granat na ekranie zmieniał się w ciemny błękit, pojawiły się pierwsze różowe blaski na horyzoncie. Melodia harfy stawała się coraz bardziej intensywna, po czym przygasała, jakby zasnuta tą mgłą, która wciąż jeszcze utrzymywała się u stóp Śnieżki. Obraz połączony z dźwiękiem był teraz jednym niespokojnym oczekiwaniem na słońce. Eulalia zapomniała już, jaką wściekłość wywołał w niej brak złotej kuli wyłaniającej się zza horyzontu. „Po co komu kula?”. Tajemnicze mgły rozwiewały się, w szybie obserwatorium odbił się czerwonawy poblask. Pozornie chłodna harfa prowadziła przez szczyt Śnieżki, obok kaplicy i obserwatorium, ku skałom. Wreszcie na krawędzi skały rozbłysnął słynny Markowy pic, ogromne, oślepiające słońce - i wtedy niespodziewanie zabrzmiała tryumfalną fanfarą cała orkiestra symfoniczna.
Eulalia i Mateusz wybuchnęli radosnym śmiechem, nie odrywając oczu od ekranu. Kiedy odwrócili się w stronę Darka, Eulalii łzy płynęły po policzkach. Darek siedział blady i zdezorientowany.
- Śmiejecie się ze mnie - wyszeptał.
Mateusz zatrzymał maszyny.
- Nie z ciebie, stary, nie z ciebie. Zrobiłeś to genialnie.
- To czemu się śmiejecie?
- Ze szczęścia, Dareczku - powiedziała Eulalia. - Ja w każdym razie. Chyba sam widzisz, jak to wygląda. Grajmy dalej. Ale ty jesteś symfonik, człowieku! Nie miałam pojęcia! Spodziewałam się ładnej muzyki, ale nie takiej eksplozji! Mateusz, dawaj dalej, bo nie wytrzymam!
Ciąg dalszy nie rozczarował ich. Efekt przestrzeni Darek uzyskał rzeczywiście, stosując rogi i dodając im echo. Motyw Śnieżki był wyrazisty i rozpoznawalny, chociaż występował w wielu wariantach. Muzyka do sekwencji z cmentarzykiem w Łomniczce przyprawiła Eulalię o dreszcze.
- Słuchaj, Darek - mówiła podniecona, kiedy po skończonym zgraniu wycałowała już i wyściskała zażenowanego kompozytora - ty musisz tę całą muzykę zebrać do kupy, opracować i zrobić symfonię. Rozumiesz: nutki napisać porządnie i żeby to orkiestra mogła zagrać, a nie komputer. Swoją drogą bardzo dobry ten twój komputer. Prawie jak prawdziwe instrumenty. Ale pamiętaj, musisz napisać symfonię!
Kompozytor zasłonił oczy rękami.
- Jaką symfonię? Lala, wy jesteście życzliwi, ja wiem, ale przecież ja widzę, ile mi brakuje...
- Nie chrzań, stary. - Mateusz oderwał się na chwilę od opisywania kasety. - Skoro ona ci mówi, że jest dobre, to jest dobre. W ogóle uważam, żeśmy wyprodukowali zupełnie niezły kawałek. Lala, planujesz jakiś pokaz dla tych wszystkich goprowców, co ci robili za aktorów i pomoc techniczną?
- Tak. Niedługo. I tak chciałam tam jechać, a dzwonił jeden ratownik, że dziesiątego sierpnia mają święto na Śnieżce i pod Śnieżką; proponował, żeby przywieźć materiał właśnie wtedy, to wszyscy zainteresowani obejrzą. Chyba tak zrobię. No dobrze, kochani, dosyć pracy na dzisiaj. Może jeszcze przegraj mi to na VHS, Mateuszku, będę sobie w domu oglądać i się samouwielbiać!
- A co, to ty postawiłaś te wszystkie góry w tym miejscu? - zdziwił się niewinnie Mateusz, ustawiając kasetę dziesięć sekund przed pierwszą ramką filmu.

Monika Szwaja - Romans na receptę. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011, 336 s.

wtorek, 29 września 2015

Muzyka coś mu mówiła, czego inni nie mogli zrozumieć...

Konrad wszakże miał pewną kryjówkę, do której jego przyjaciel nie miał dostępu: muzykę; tajemnicze miejsce, do którego nie sięga ręka zewnętrznego świata. Henryk nie miał słuchu, zadowalał się muzyką cygańską i wiedeńskimi walcami.
W Instytucie nie rozmawiano o muzyce, raczej ją wybaczano i tolerowano, zarówno wychowawcy jak i studenci mieli ją za swego rodzaju młodzieńczą manię. Każdy ma swoją słabostkę. Jeden hoduje psy, za wszelką cenę, inny jeździ konno. Lepsze to, niż by miał grać w karty, uważano. Bezpieczniejsze niż kobiety, uważano.
Ale generał czasami podejrzewał, że muzyka wcale nie jest taką bezpieczną namiętnością. W Instytucie naturalnie nie tolerowano owego buntu, buntu muzyki. Wyrobienie w wychowanku pojęcia o muzyce należało wszak do programu wychowania, lecz przecież tylko w zakresie podstawowym. O muzyce wiedziano jedynie tyle, że konieczne są do niej trąbki, a przed trębaczami kroczy kapelmistrz i co jakiś czas podnosi w górę srebrną pałeczkę. Za muzykantami kucyk dźwigał bęben. Ta muzyka była głośna i przepisowa, utrzymywała w karbach krok oddziału, przyciągała na ulicę ludność cywilną i była niezbędnym elementem wszelkiego rodzaju parad. Człowiek kroczył sprężyściej, gdy słyszał muzykę, i to było wszystko. Niekiedy muzyka była żartobliwa, niekiedy nadęta i uroczysta. A zresztą nikt się nią nie przejmował.
Konrad jednak zawsze bladł, kiedy słuchał muzyki. Wszelkiego rodzaju muzyka, także najpospolitsza, dotykała go tak dojmująco, jak cielesny atak. Bladł, usta zaczynały mu drżeć. Muzyka coś mu mówiła, czego inni nie mogli zrozumieć. Prawdopodobnie melodie nie przemawiały mu do rozumu. Rygor, w jakim żył, wychowywał się, za cenę którego zdobywał pozycję w świecie, który przyjął dobrowolnie, jak wierzący winę i pokutę, w takich chwilach rozluźniał się, jakby w jego ciele słabła owa napięta, sztywna postawa. Jak podczas parady wojskowej, po długim, męczącym przemarszu krokiem defiladowym, raptem dają komendę „spocznij!”. Ale usta zaczynały mu drżeć, jakby chciał coś powiedzieć. Wtedy zapominał, gdzie jest, oczy mu się śmiały, patrzył przed siebie, nie widział otoczenia: zwierzchników, kolegów, pięknych dam ani publiczności w teatrze. Całym ciałem słuchał muzyki, tak pożądliwie, jak skazaniec w więzieniu wsłuchuje się w daleki odgłos kroków, które być może przynoszą wieść o wolności. W takich przypadkach nie słyszał, gdy się do niego mówiło. Muzyka otwierała przed nim dookolny świat, na kilka chwil zmieniała wszystkie reguły fałszywej ugody, w takich chwilach Konrad nie był żołnierzem.

Sándor Márai: Żar. Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 2008, s. 39-40, przełożył Feliks Netz

wtorek, 26 maja 2015

Najpiękniejszym tańcem, jaki kiedykolwiek w życiu widziałam, był taniec bicza z piasku.

   Najpiękniejszym tańcem, jaki kiedykolwiek w życiu widziałam, był taniec bicza z piasku. Bicza czy raczej leja tworzącego się i ginącego, ukazującego się, by skoczyć z miejsca na miejsce, wydłużyć się, przysiąść - i znowu zniknąć, ale natychmiast zjawić się ponownie, rozdwoić się i unieść do nieba, rozpłynąć się i znów się ukazać - już jako trzy bicze, trzy leje odrębnym życiem żyjące, a jednak jakąś siła związane i wirujące coraz szybciej, skaczące i unoszące się, znikające i znowu zjawiające się...
  Sceną tego szaleńczego tańca była pustynia Sahara, a widzami mogli być wszyscy ci, z którymi odbywałam podróż do Indii (nasza droga powrotna prowadziła przez Egipt), ale byłam jedynie ja.
   Gdy ujrzałam to niezwykłe zjawisko, stanęłam jak wryta. Wszystko inne przestało dla mnie istnieć. I gapiąc się tak intensywnie, zupełnie nie zdawałam sobie sprawy z niebezpieczeństwa jakie ten taniec zapowiada...

Grażyna Bacewicz: Znak szczególny. Czytelnik, Warszawa 1970, s. 55

wtorek, 17 lutego 2015

Czy pamiętasz, jak ze mną tańczyłeś walca...

Ty – wódkę za wódką w bufecie...
Oczami po sali drewnianej – i serce ci wali (Czy pamiętasz?)
Orkiestra powoli opada, przycicha
Powiada, że zaraz (Czy pamiętasz, jak ze mną...?)
Już znalazł twój wzrok moje oczy
Już suniesz – po drodze zamroczy –
Już zaraz, za chwilę... (Czy pamiętasz, jak ze mną tańczyłeś?...)
Podchodzisz na palcach i naraz nad głową
grzmotnęło do walca
Porywasz – na życie, na śmierć – do tańca Grande
Valse Brillante

Czy pamiętasz, jak ze mną tańczyłeś walca
Z panną, madonną, legendą tych lat
Czy pamiętasz, jak ruszył świat do tańca
Świat, co w ramiona ci wpadł
Wylękniony bluźnierca dotulałeś do serca
W utajeniu kwitnące te dwie
Unoszone gorąco, unisono dyszące
Jak ja cała, w domysłach i mgle...
I tych dwoje nad dwiema, co też są, lecz ich nie ma
Bo rzęsami zakryte, wnet zakryte i w dół
Jakby tam właśnie były i błękitem pieściły
Jedno tę, drugie tę, pół na pół

Gdy przez sufit przetaczasz – nosem gwiazdy zahaczasz
Gdy po ziemi młynkujesz, to udajesz siłacza
Wątłe mięśnie naprężasz, pierś cherlawą wytężasz
Będę miała atletę i huzara za męża

Czy pamiętasz, jak ze mną tańczyłeś walca...?

A tu noga ugrzęzła, drzazga w bucie uwięzła
Bo ma dziurę w podeszwie mój pretendent na męża
Ale zawsze się wyrwie – o już wolny, odeszło
I walcuje, szurając podwiniętą podeszwą

Czy pamiętasz...?

Słowa: Julian Tuwim
Muzyka: Zygmunt Konieczny
Mistrzowskie wykonanie Ewy Demarczyk
   
Ewa Demarczyk