wtorek, 29 września 2015

Muzyka coś mu mówiła, czego inni nie mogli zrozumieć...

Konrad wszakże miał pewną kryjówkę, do której jego przyjaciel nie miał dostępu: muzykę; tajemnicze miejsce, do którego nie sięga ręka zewnętrznego świata. Henryk nie miał słuchu, zadowalał się muzyką cygańską i wiedeńskimi walcami.
W Instytucie nie rozmawiano o muzyce, raczej ją wybaczano i tolerowano, zarówno wychowawcy jak i studenci mieli ją za swego rodzaju młodzieńczą manię. Każdy ma swoją słabostkę. Jeden hoduje psy, za wszelką cenę, inny jeździ konno. Lepsze to, niż by miał grać w karty, uważano. Bezpieczniejsze niż kobiety, uważano.
Ale generał czasami podejrzewał, że muzyka wcale nie jest taką bezpieczną namiętnością. W Instytucie naturalnie nie tolerowano owego buntu, buntu muzyki. Wyrobienie w wychowanku pojęcia o muzyce należało wszak do programu wychowania, lecz przecież tylko w zakresie podstawowym. O muzyce wiedziano jedynie tyle, że konieczne są do niej trąbki, a przed trębaczami kroczy kapelmistrz i co jakiś czas podnosi w górę srebrną pałeczkę. Za muzykantami kucyk dźwigał bęben. Ta muzyka była głośna i przepisowa, utrzymywała w karbach krok oddziału, przyciągała na ulicę ludność cywilną i była niezbędnym elementem wszelkiego rodzaju parad. Człowiek kroczył sprężyściej, gdy słyszał muzykę, i to było wszystko. Niekiedy muzyka była żartobliwa, niekiedy nadęta i uroczysta. A zresztą nikt się nią nie przejmował.
Konrad jednak zawsze bladł, kiedy słuchał muzyki. Wszelkiego rodzaju muzyka, także najpospolitsza, dotykała go tak dojmująco, jak cielesny atak. Bladł, usta zaczynały mu drżeć. Muzyka coś mu mówiła, czego inni nie mogli zrozumieć. Prawdopodobnie melodie nie przemawiały mu do rozumu. Rygor, w jakim żył, wychowywał się, za cenę którego zdobywał pozycję w świecie, który przyjął dobrowolnie, jak wierzący winę i pokutę, w takich chwilach rozluźniał się, jakby w jego ciele słabła owa napięta, sztywna postawa. Jak podczas parady wojskowej, po długim, męczącym przemarszu krokiem defiladowym, raptem dają komendę „spocznij!”. Ale usta zaczynały mu drżeć, jakby chciał coś powiedzieć. Wtedy zapominał, gdzie jest, oczy mu się śmiały, patrzył przed siebie, nie widział otoczenia: zwierzchników, kolegów, pięknych dam ani publiczności w teatrze. Całym ciałem słuchał muzyki, tak pożądliwie, jak skazaniec w więzieniu wsłuchuje się w daleki odgłos kroków, które być może przynoszą wieść o wolności. W takich przypadkach nie słyszał, gdy się do niego mówiło. Muzyka otwierała przed nim dookolny świat, na kilka chwil zmieniała wszystkie reguły fałszywej ugody, w takich chwilach Konrad nie był żołnierzem.

Sándor Márai: Żar. Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 2008, s. 39-40, przełożył Feliks Netz