niedziela, 25 września 2016

A dźwięki muzyki poprzez ruch powietrza dotykają ciała...

A dźwięki muzyki poprzez ruch powietrza dotykają ciała: swym czystym brzmieniem pobudzają ulotną energię, która spaja ciało z duszą: wzbudzając uczucia ogarniają zmysły i duszę równocześnie: swym znaczeniem oddziałują na umysł... dzięki swej harmonii przepełniają nas cudowną rozkoszą: z natury, łączącej duchowość i materialność, porywają i domagają się praw do człowieka w całym jego jestestwie.

Marsilio Ficino, Opera omnia (Komentarz do Timeasa). za: Robert Lipscombe - Drzewo Salamandry. Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 1993, s. 11


wtorek, 6 września 2016

Nigdy nie przypuszczałam, że malutkie dzieci tak potrzebują muzyki!

   Tak zaczęło się moje drugie życie muzyczne, w pewnym sensie bardziej udane niż pierwsze. Pomału, z każdym dniem stawałam się coraz śmielsza, coraz więcej czułam w sobie odwagi. Nie tylko grałam, ale i śpiewałam! Dziecinne piosenki płynęły wciąż z tego samego źródła, z mojego dalekiego dzieciństwa, gdy nosiłam kokardy w warkoczach. Tę piosenkę śpiewała mi niania, a tamtą - mama...
   Nigdy nie przypuszczałam, że malutkie dzieci tak potrzebują muzyki! Wchłaniały ją chciwie jak wyschnięta ziemia. Gdy nadchodziła godzina muzyki dla niemowląt, ich wysokie, pomalowane na biało żelazne łóżeczka, zaścielone płasko, bez poduszek, wtaczano do niewielkiej sali, w której stał fortepian. Niemowlęta płakały, uskarżając się na los. Ale gdy tylko zaczynałam grać, cichły i słuchały. Ich mlecznoniebieskie oczy patrzyły zagadkowo, śledziły coś, co dla innych było niedostępne. A niektóre podnosiły maleńkie rączki z różowymi promykami paluszków i igrały nimi jakby do taktu. Starsze, raczkujące, rozumiały jeszcze więcej. Stały w kojcach na słabych, uginających się nóżkach, i uczepione poręczy wprost rwały się do piosenki. Najlepiej było wtedy, gdy wszystkie razem zaczynały śpiewać czy raczej nieśmiało, niezgodnie gaworzyć. Ten "raczkujący" śpiew zawsze mnie wzruszał - trudno powiedzieć, że do łez, nie potrafiłam już płakać, lecz w sercu czułam bolesne drżenie. A starsze, chodzące dzieci - półtoraroczne lub dwuletnie - jakże gorliwie i chętnie tłoczyły się koło fortepianu! Były bladziutkie, rachityczne, z nóżkami w iks, w porównaniu z dziećmi wychowywanymi w normalnych rodzinach mało rozwinięte. Wiele z nich nie umiało mówić, porozumiewały się gestami i ptasim szczebiotem... Ale teraz się ożywiały, popiskiwały, każde chciało stać jak najbliżej, uczepić się mojej sukni. A jedno spośród nich - najśmielsze i najbardziej dorosłe - wspinało się na palce i dotykało klawiszy fortepianu. Rodził się dźwięk. "Muzyka" - mówiłam wtedy, a dzieci świergotały za mną trudne słowo. Dla nich muzyka była cudem, zresztą naprawdę była cudem. Fortepian pojękiwał, moje mało ruchliwe dłonie poruszały się niezgrabnie, lecz wbrew wszystkiemu była to muzyka, jak gdybym grała nie ja, lecz ona sama, wielkodusznie wybaczając mi, że tak mało umiem...


I. Grekowa - Statek wdów. Państwowy Instytut Wydawniczy, seria KIK Warszawa 1984, s. 20-21, przełożyła Alicja Wołodźko

poniedziałek, 5 września 2016

Usłyszycie sonatę Mozarta...


   - Naczelniku - rzekł spokojnie Luo - to jest instrument muzyczny. Mój  przyjaciel jest dobrym muzykiem, naprawdę.
   Naczelnik wziął skrzypce i jeszcze raz dokonał oględzin. Po czym wyciągnął je w moją stronę.
   - Przykro mi, naczelniku - powiedziałem zażenowany - niestety nie gram zbyt dobrze.
   Nagle spostrzegłem, ze Luo puszcza do mnie oko. Zdziwiony wziąłem skrzypce i zacząłem je stroić.
   - Usłyszycie sonatę Mozarta, naczelniku - zapowiedział Luo równie swobodnie jak przed chwilą.
   Zatkało mnie, myślałem, że zwariował; przecież od kilku lat wszystkie utwory Mozarta czy jakiegokolwiek innego zachodniego kompozytora były w naszym kraju zakazane. Nogi w przemoczonych butach mi zlodowaciały. Trząsłem się z zimna, które znowu mnie ogarniało.
   - Co to jest sonata? - zapytał mnie podejrzliwie naczelnik.
   - Nie wiem - wymamrotałem - To coś z zachodu.
   - Piosenka?
   - Coś w tym rodzaju - odparłem wymijająco.
   Na te słowa w oczach naczelnika pojawiła się czujność dobrego komunisty i w jego głosie zabrzmiała wrogość.
   - A jak się nazywa ta twoja piosenka?
   - To przypomina piosenkę, ale to jest sonata.
   - Pytam, jak się nazywa! - wrzasnął przeszywając mnie wzrokiem.
   Znowu się zląkłem na widok trzech kropli krwi w jego lewym oku.
   - Mozart... - bąknąłem niepewnie.
   - Co Mozart?
   - Mozart myśli o przewodniczącym Mao - dopowiedział za mnie Luo.
   Co za zuchwalstwo! Ale bardzo skuteczne: groźne oblicze naczelnika od razu się rozjaśniło, tak jakby usłyszał coś cudownego. Oczy zwęziły mu się w szerokim błogim uśmiechu.
   - Mozart zawsze myśli o Mao - powiedział
   - Tak, zawsze - potwierdził Luo.
    Kiedy naciągnąłem włosie smyczka, wokół rozległy się entuzjastyczne oklaski, aż się przestraszyłem. Moje zgrabiałe palce zaczęły wędrować po strunach, a w pamięci, niczym wierni przyjaciele, powróciły mi frazy Mozarta. Zacięte twarze wieśniaków odprężały się z minuty na minutę pod wpływem orzeźwiającej radości Mozarta, jak wyschnięta ziemia rozmięka od deszczu. A potem, w pląsającym świetle lampy naftowej ich rysy stopniowo się rozmywały.

Dai Sijie: Balzac i chińska krawcówna.  Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, seria KALEJDOSKOP, Warszawa 2001, 6-8; przełożyła Maria Braunstein

piątek, 4 marca 2016

Ostatnia to dziewczyńska zabawa jutrzejszej panny młodej...

   W przeddzień ślubu zebrały się dziewczęta, krewne i sąsiadki narzeczonej Kacpra, na dziewiczy wieczór.
   Ostatnia to dziewczyńska zabawa jutrzejszej panny młodej. Nie ma na tym wieczorze chłopców, nie ma mężatek, same aby dziewczęta.
   Pośrodku izby stos liści, gałązek i kwiatków. Przy tym stosie na ławach siedzą druhny i plotą wianki dla drużbów. Wszystkie inne dziewczęta stanęły kręgiem wokół nich, objęły się wzajemnie za szyję, chwieją się rytmicznie w prawo i w lewo, i chórem śpiewają:

W ogródeczku lelija,
pod leliją szałwija.
Tam panienki siadały,
tam wianeczki wijały.
Toć pewnie! Toć pewnie!

Przyszedł do niej dziad stary,
prosił ci ją o dary.
- Uboga ja dzieweczka,
nie mam dla cię wianeczka.
Toć pewnie! Toć pewnie!

Przyszedł do niej młodzieniec
i prosił ją o wieniec.
- A mam ci ja wieńców sześć,
weźże sobie, który chcesz.
Toć pewnie! Toć pewnie!


Janina Porazińska - Kto mi dał skrzydła. Rzecz o Janie Kochanowskim. Czytelnik 1967 s. 211-212
[zamieszczona wyżej okładka pochodzi z wydania Czytelnika z roku 1974]

Włodzimierz Tetmajer - Zrękowiny. 1895
Muzeum Narodowe w Szczecinie

piątek, 15 stycznia 2016

Tańcuj, tańczy cała szopka, a cyś to ty za parobka?

Autoportret Stanisława Wyspiańskiego z 1902 roku,
Foto: Wikipedia, domena publiczna/Muzeum Narodowe w Warszawie

CHOCHOŁ

To drugi CZAR!
A zaklęte słomiane straszydło, ująwszy w niezgrabne racie podane przez drużbę patyki — poczyna sobie jak grajek–skrzypek — i — słyszeć się daje jakby z atmosfery błękitnej idąca muzyka weselna, cicha a skoczna, swoja a pociągająca serce i duszę usypiająca, leniwa, w omdleniu a jak źródło krwi żywa, taktem w pulsach nierówna, krwawiąca jak rana świeża: — melodyjny dźwięk z polskiej gleby bólem i rozkoszą wykołysany.

JASIEK
jest teraz kontent a dziwuje się
Tyle par, tyle par!

CHOCHOŁ
Tańcuj, tańczy cała szopka,
a cyś to ty za parobka?

JASIEK
z ręką do czoła, jakby se chciał na ucho nasunąć czapki
Kajsi mi sie zbyła copka —
przeciem drużba, przeciem drużba,
a drużbie to w copce służba.

CHOCHOŁ
w takt się chylą a przygrywa
Miałeś, chamie, złoty róg,
miałeś, chamie, czapkę z piór:
czapkę wicher niesie,
róg huka po lesie,
ostał ci sie ino sznur,
ostał ci sie ino sznur.

Kogut pieje.

JASIEK
jakby tknięty, przytomniejąc
Jezu! Jezu! zapioł kur!
Hej, hej, bracia, chyćcie koni!
chyćcie broni, chyćcie broni!!
Czeka was WAWELSKI DWÓR!!!!!

CHOCHOŁ
w takt się chyla a przygrywa
Ostał ci sie ino sznur.
— — — — — — — — — — — —
Miałeś, chamie, złoty róg.

JASIEK
aże ochrypły od krzyku
Chyćcie broni, chyćcie koni!!!!

A za dziwnym dźwiękiem weselnej muzyki wodzą się liczne, przeliczne pary, w tan powolny, poważny, spokojny, pogodny, półcichy — że ledwo szumią spódnice sztywno krochmalne, szeleszczą długie wstęgi i stroiki ze świecidełek podzwaniają — głucho tupocą buty ciężkie — taniec ich tłumny, że zwartym kołem stół okrążają, ocierając o się w ścisku, natłoczeni.

JASIEK
Nic nie słysom, nic nie słysom,
ino granie, ino granie,
jakieś ich chyciło spanie…?!

Dech mu zapiera Rozpacz, a przestrach i groza obejmują go martwotą; słania się, chylą ku ziemi, potrącany przez zbity krąg taneczników, który daremno chciał rozerwać; — a za głuchym dźwiękiem wodzą się sztywno pary taneczne we wieniec uroczysty, powolny, pogodny — zwartym kołem, weselnym
----------------------
 Kogut pieje.

JASIEK
nieprzytomny
Pieje kur; ha, pieje kur…

CHOCHOŁ
nieustawną  muzyką przemożny
Miałeś, chamie, złoty róg….
------------------------------------------------------

Stanisław Wyspiański - Wesele. Fragment sceny XXXVII pochodzi z serwisu Wolne lektury

Stanisław KuczborskiTaniec Chochoła ze sztuki S. Wyspiańskiego Wesele, 1904
(grafika z "Teki Melpomeny")