wtorek, 6 września 2016

Nigdy nie przypuszczałam, że malutkie dzieci tak potrzebują muzyki!

   Tak zaczęło się moje drugie życie muzyczne, w pewnym sensie bardziej udane niż pierwsze. Pomału, z każdym dniem stawałam się coraz śmielsza, coraz więcej czułam w sobie odwagi. Nie tylko grałam, ale i śpiewałam! Dziecinne piosenki płynęły wciąż z tego samego źródła, z mojego dalekiego dzieciństwa, gdy nosiłam kokardy w warkoczach. Tę piosenkę śpiewała mi niania, a tamtą - mama...
   Nigdy nie przypuszczałam, że malutkie dzieci tak potrzebują muzyki! Wchłaniały ją chciwie jak wyschnięta ziemia. Gdy nadchodziła godzina muzyki dla niemowląt, ich wysokie, pomalowane na biało żelazne łóżeczka, zaścielone płasko, bez poduszek, wtaczano do niewielkiej sali, w której stał fortepian. Niemowlęta płakały, uskarżając się na los. Ale gdy tylko zaczynałam grać, cichły i słuchały. Ich mlecznoniebieskie oczy patrzyły zagadkowo, śledziły coś, co dla innych było niedostępne. A niektóre podnosiły maleńkie rączki z różowymi promykami paluszków i igrały nimi jakby do taktu. Starsze, raczkujące, rozumiały jeszcze więcej. Stały w kojcach na słabych, uginających się nóżkach, i uczepione poręczy wprost rwały się do piosenki. Najlepiej było wtedy, gdy wszystkie razem zaczynały śpiewać czy raczej nieśmiało, niezgodnie gaworzyć. Ten "raczkujący" śpiew zawsze mnie wzruszał - trudno powiedzieć, że do łez, nie potrafiłam już płakać, lecz w sercu czułam bolesne drżenie. A starsze, chodzące dzieci - półtoraroczne lub dwuletnie - jakże gorliwie i chętnie tłoczyły się koło fortepianu! Były bladziutkie, rachityczne, z nóżkami w iks, w porównaniu z dziećmi wychowywanymi w normalnych rodzinach mało rozwinięte. Wiele z nich nie umiało mówić, porozumiewały się gestami i ptasim szczebiotem... Ale teraz się ożywiały, popiskiwały, każde chciało stać jak najbliżej, uczepić się mojej sukni. A jedno spośród nich - najśmielsze i najbardziej dorosłe - wspinało się na palce i dotykało klawiszy fortepianu. Rodził się dźwięk. "Muzyka" - mówiłam wtedy, a dzieci świergotały za mną trudne słowo. Dla nich muzyka była cudem, zresztą naprawdę była cudem. Fortepian pojękiwał, moje mało ruchliwe dłonie poruszały się niezgrabnie, lecz wbrew wszystkiemu była to muzyka, jak gdybym grała nie ja, lecz ona sama, wielkodusznie wybaczając mi, że tak mało umiem...


I. Grekowa - Statek wdów. Państwowy Instytut Wydawniczy, seria KIK Warszawa 1984, s. 20-21, przełożyła Alicja Wołodźko

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.