poniedziałek, 5 września 2016

Usłyszycie sonatę Mozarta...


   - Naczelniku - rzekł spokojnie Luo - to jest instrument muzyczny. Mój  przyjaciel jest dobrym muzykiem, naprawdę.
   Naczelnik wziął skrzypce i jeszcze raz dokonał oględzin. Po czym wyciągnął je w moją stronę.
   - Przykro mi, naczelniku - powiedziałem zażenowany - niestety nie gram zbyt dobrze.
   Nagle spostrzegłem, ze Luo puszcza do mnie oko. Zdziwiony wziąłem skrzypce i zacząłem je stroić.
   - Usłyszycie sonatę Mozarta, naczelniku - zapowiedział Luo równie swobodnie jak przed chwilą.
   Zatkało mnie, myślałem, że zwariował; przecież od kilku lat wszystkie utwory Mozarta czy jakiegokolwiek innego zachodniego kompozytora były w naszym kraju zakazane. Nogi w przemoczonych butach mi zlodowaciały. Trząsłem się z zimna, które znowu mnie ogarniało.
   - Co to jest sonata? - zapytał mnie podejrzliwie naczelnik.
   - Nie wiem - wymamrotałem - To coś z zachodu.
   - Piosenka?
   - Coś w tym rodzaju - odparłem wymijająco.
   Na te słowa w oczach naczelnika pojawiła się czujność dobrego komunisty i w jego głosie zabrzmiała wrogość.
   - A jak się nazywa ta twoja piosenka?
   - To przypomina piosenkę, ale to jest sonata.
   - Pytam, jak się nazywa! - wrzasnął przeszywając mnie wzrokiem.
   Znowu się zląkłem na widok trzech kropli krwi w jego lewym oku.
   - Mozart... - bąknąłem niepewnie.
   - Co Mozart?
   - Mozart myśli o przewodniczącym Mao - dopowiedział za mnie Luo.
   Co za zuchwalstwo! Ale bardzo skuteczne: groźne oblicze naczelnika od razu się rozjaśniło, tak jakby usłyszał coś cudownego. Oczy zwęziły mu się w szerokim błogim uśmiechu.
   - Mozart zawsze myśli o Mao - powiedział
   - Tak, zawsze - potwierdził Luo.
    Kiedy naciągnąłem włosie smyczka, wokół rozległy się entuzjastyczne oklaski, aż się przestraszyłem. Moje zgrabiałe palce zaczęły wędrować po strunach, a w pamięci, niczym wierni przyjaciele, powróciły mi frazy Mozarta. Zacięte twarze wieśniaków odprężały się z minuty na minutę pod wpływem orzeźwiającej radości Mozarta, jak wyschnięta ziemia rozmięka od deszczu. A potem, w pląsającym świetle lampy naftowej ich rysy stopniowo się rozmywały.

Dai Sijie: Balzac i chińska krawcówna.  Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, seria KALEJDOSKOP, Warszawa 2001, 6-8; przełożyła Maria Braunstein

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.