piątek, 27 stycznia 2017

Głos jej przypominał głos dziecka, głos ptaka, naturalny, czysty, łagodny.

– Nazywam je krainą ain – błysnęła oczami w jego kierunku nieufnie i wyzywająco.
– Czy to jest w ich języku?
– Nie – zaprzeczyła niechętnie. – To z piosenki.
– Z jakiej piosenki?
– Był kiedyś w naszym szkolnym zespole taki jeden, który to śpiewał, i przyczepiło się do mnie. Nawet połowy nie mogłam zrozumieć. To jest chyba po szkocku. Nie wiem nawet, co oznacza „ain”. – W zażenowaniu mówiła tak, jakby była zła.
– Zaśpiewaj – poprosił Hugh bardzo cicho.
– Połowy słów nie znam – odparła i wtem nie patrząc w jego stronę zaśpiewała:

          Kiedy w pączku kuli się kwiat
          i drzewo się liśćmi okrywa,
          wiedzie mnie w dom skowronka śpiew,
          do ain krainy mnie wzywa.

Głos jej przypominał głos dziecka, głos ptaka, naturalny, czysty, łagodny. Ten głos i ta tęskna melodia sprawiły, że włos jeżył mu się na głowie, oczy zaszły mgłą i drżenie lęku czy rozkoszy przeszło przez ciało. Dziewczyna podniosła wzrok, wpatrując się w niego pociemniałymi oczami. Uzmysłowił sobie, że wyciągnął rękę w jej stronę, żeby uciszyć śpiew, chociaż nie chciał, żeby przestała, nigdy nie słyszał równie słodkiej melodii.
– Nie powinno się... nie powinno się tutaj śpiewać – powiedziała szeptem. Popatrzyła wokół, a potem znów na niego. – Nigdy dawniej nie śpiewałam. Do głowy mi nie przyszło. Dawniej tańczyłam. Ale nie śpiewałam nigdy...

Ursula le Guin - Miejsce początku. Wydawnictwo Iskry 1987, s. 105; tłumaczenie Macieja Buszewicza

wtorek, 24 stycznia 2017

Wraz z Phillym ryczymy nasze ulubione piosenki...

  Chowam się. Zachowuję się jak zbieg, którego wspólnikami są Philly i J.P. Co wieczór chodzimy do starej kawiarni o nazwie Peppermill na Stripie. Pijemy hektolitry kawy, zajadamy się ciastem i gadamy, gadamy bez końca - oraz śpiewamy. J.P. niedawno właśnie zrobił istotny krok w życiu i z pastora przeistoczył się w muzyka - kompozytora. Przeprowadził się do Orange County i poświęcił się muzyce. Wraz z Phillym ryczymy nasze ulubione piosenki, aż pozostali klienci kawiarni odwracają się i patrzą na nas.
   J.P. jest również pozbawionym złudzeń satyrykiem, wielbicielem Jerry'ego Lewisa i często robi jakiś slapstickowy numer, aż Philly i ja nie możemy złapać tchu ze śmiechu. Wtedy staramy się przebić J.P. Tańczymy wokół kelnerek, pełzamy po podłodze i w końcu śmiejemy się we trójkę tak mocno, że może to skończyć się zapaścią. Śmieję się częściej, niż kiedy byłem chłopcem i chociaż jest to dość histeryczny śmiech, to i tak ma właściwości terapeutyczne. Śmiech przez kilka godzin późnym wieczorem sprawia, że czuję się jak dawny Andre, choć zupełnie nie znam tej osoby.

Andre Agassi - Open. Autobiografia tenisisty. Wydawnictwo Bukowy Las, Wrocław 2012, s. 158; przełożył Jarosław Rybski

środa, 18 stycznia 2017

Na koniec przychodzi mi do głowy, że prawdziwym ruchem świata może być śpiew.

Dziennik ruchu świata nr 4

   Chór, jakie to piękne

   Wczoraj po południu był występ szkolnego chóru. W mojej szkole mieszczącej się w szykownej dzielnicy działa chór. Nikt nie uważa tego za obciach, wszyscy biją się, żeby do niego należeć. To stowarzyszenie najwyższej klasy. Pan Trianon, nauczyciel muzyki, starannie dobiera chórzystów. Powodem sukcesu jest on sam. Młody i piękny, uczy śpiewać zarówno stare standardy jazzowe, jak i ostatnie hity. Wszyscy się stroją jak stróż w Boże Ciało i chór występuje przed uczniami szkoły. Zaprasza się tylko rodziców chórzystów, inaczej byłoby zbyt tłoczno. I tak sala gimnastyczna jest pełna i panuje w niej fantastyczna atmosfera.
[...]
Pan Trianon wdrapał się na taboret, plecami do publiczności, podniósł rodzaj pałeczki z migocącym czerwonym światełkiem na końcu, zapadła cisza i zaczął się koncert.
   Za każdym razem zdarza się cud. Wszyscy ci ludzi, wszystkie te zmartwienia, wszystkie nienawiści i pragnienia, cale to zamieszanie, cały ten rok szkolny z jego wulgarnością, wydarzeniami mniej i bardziej znaczącymi, nauczycielami, różnorodnymi uczniami, całe to życie, w którym tak się męczymy, a na które składają się łzy, śmiech, walka, zerwania, zawiedzione nadzieje i niespodziewane szanse - wszystko to nagle znika, kiedy chórzyści zaczynają śpiewać. Bieg życia tonie w śpiewie, pojawia się nagle poczucie braterstwa, głębokiej solidarności, nawet miłości, i ta doskonała łączność duchowa rozpuszcza brzydotę codzienności. Nawet twarze śpiewaków są zmienione. Już nie widzę Achille'a Grand-Ferneta (który ma bardzo piękny tenor) ani Deborah Lemeur czy Ségolène Rachet ani Charles'a Saint-Sauveura. Widzę ludzkie istoty, które oddają się śpiewowi.
   Za każdym razem jest tak samo, mam ochotę płakać, coś mnie ściska za gardło, staram się z całych sił zapanować nad sobą, ale czasami ledwo powstrzymuję łkanie. A kiedy słyszę kanon, patrzę w ziemię, bo emocje są zbyt wielkie. To zbyt piękne, zbyt samotne, zbyt cudownie zespalające. Nie jestem już sobą stanowię część szlachetnej całości, do której należą także inni, i w tym momencie zawsze się zastanawiam, dlaczego to nie reguła codzienności, a tylko wyjątkowa chwila śpiewu.
   Kiedy chór milknie, wszyscy z rozświetlonymi twarzami oklaskują promiennych chórzystów. To takie piękne.
   Na koniec przychodzi mi do głowy, że prawdziwym ruchem świata może być śpiew.


Muriel Barbery - Elegancja jeża. Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, Warszawa 2008, s. 219-221; tłumaczenie Ireny Stąpor

wtorek, 17 stycznia 2017

najpiękniejsze dzieło operowe świata

   Nagle zdaję sobie sprawę, że słychać muzykę.
   Dźwięk nie jest bardzo głośny, a wydobywa się z niewidzialnych głośników, które rozpraszają go po całej kuchni.

   Thy hand, lovest soul, darmness shades me,
   Only thy bossom let me rest.
   When I am laid in earth
   May my wrongs create
   No trouble in thy breast.
   Remember me, remember me,
   But ah! Forget my fate.

   To śmierć Dydony w Dydonie i Eneaszu Purcella. Jeśli chcecie znać moje zdanie - najpiękniejsze dzieło operowe świata. Nie tylko urodziwe, ale także wzniosłe, a to dzięki niewiarygodnej bliskości dźwięków, jakby trzymała je razem jakaś niewidzialna siła i jakby - chociaż każdy inny - stapiały się w jeden, na granicy możliwości głosu ludzkiego, niemal zahaczając o zwierzęcy jęk; ale krzyki zwierząt nigdy nie osiągną takiej urody, urody zrodzonej z obalenia artykulacji fonetycznej i z poniechania precyzji, z którą język zwykle rozróżnia dźwięki.
   Zakłócić tempo kroków, stopić dźwięki.
   Sztuka to życie, ale w innym rytmie.


Muriel Barbery - Elegancja jeża. Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, Warszawa 2008, s. 333-334; tłumaczenie Ireny Stąpor