czwartek, 9 lutego 2017

Lubiłem śpiewać tę pieśń, bo sama myśl o czymś gorszym niż śmierć ogromnie działała na moją wyobraźnię.

— A więc, Leo, co zaśpiewasz? — spytała Marian. Mówiła swoim naturalnym głosem, jakby nikogo więcej nie było na sali i wcale nie było ważne, czy ktoś jest.
Przewidując powrót na miejsce, katastrofalny brak oklasków i przeszywające mnie do głębi poczucie klęski, powiedziałem bezradnym głosem:
— Ale nie mam nut.
Uśmiechnęła się promiennie, co jeszcze do tej pory pamiętam, i powiedziała:
— Może będę potrafiła akompaniować bez nut. Co to jest?
— Młody minstrel.
— Moja ulubiona pieśń — rzekła. — W jakiej tonacji?
— W tonacji A — powiedziałem dumny z tak wysokiej tonacji, a jednocześnie obudziła się we mnie obawa, czy zdoła zagrać w takiej tonacji.
Nic na to nie powiedziała, tylko zdjęła pierścionek z palca i położyła go z głębokim zastanowieniem na fortepianie. Następnie usiadła pośród szelestu jedwabnej spódnicy, który zdawał się unosić w górę niczym perfumy, i zagrała wstępne takty.
Chyba tym razem nie miałem powodu, aby odczuwać wdzięczność za to drugie wybawienie, truchlałem bowiem jak nigdy, żeby się nie ośmieszyć publicznie. Za pierwsze — miałem powody: dużo trudu sobie zadała, abym wypadł jak należy. Za drugie — nie jej samej należałoby się moje podziękowanie, ale jej talentowi. A jednak, wydaje mi się, ceniłem tę drugą interwencję bardziej, bo to nie jej dobroć mnie uratowała, tylko jedna z jej łask. Nie wiem, czy toczyłbym walkę o dobroć, ale o łaskę tak, co zresztą czyniłem. Kiedy mój głos wznosił się coraz wyżej, nie miałem wątpliwości, kto się wznosi i dlaczego. To ja się wznosiłem... dla niej. Ona była krainą mej pieśni. Chyba żaden żołnierz nie poświęcał swojego życia z takim oddaniem jak ja — wyczekiwałem śmierci, za nic w świecie nie chciałbym, aby mnie ominęła. Jeśli chodzi o moją harfę, to nie mogłem się doczekać chwili, kiedy będę mógł zerwać struny. Nie powinna nigdy rozbrzmiewać w niewoli i, szczerze mówiąc, wcale tak nie było.
Znałem tę pieśń tak dobrze, że wcale nie musiałem myśleć o śpiewaniu. Moje myśli miały pełną swobodę, mogły wędrować tam gdzie im się żywnie podobało, mogłem — nie tak jak inni śpiewacy, którzy musieli patrzeć w nuty — odwrócić się twarzą do słuchaczy, a jednocześnie widzieć palce Marian na klawiaturze, błysk jej białych ramion i bielszej jeszcze szyi i wyobrażać sobie, że chętnie złożyłbym jej w ofierze nie tylko jedną moją śmierć, lecz całą ich serię. Każda oczywiście, była bezbolesna — korona bez krzyża.
Sądząc po milczeniu na sali odnosiłem wrażenie, że idzie mi dobrze, ale nie byłem przygotowany na taką burzę oklasków, które w zamkniętym pomieszczeniu robiły o wiele silniejsze wrażenie. Wirowało mi od nich w głowie silniej niż od apluazu, jaki powitał piłkę, którą udało mi się złapać. Nie wiedziałem jednak — dopiero później się o tym przekonałem — że co prawda nie uznano mnie za głupca z tego powodu, że wszedłem na podium bez nut, ale uznano mnie za ryzykanta. Zapomniawszy się skłonić, stałem sztywno, gdy tymczasem rozległ się tupot nóg i wołanie o więcej. Marian nie stanęła obok mnie, siedziała nadal przy fortepianie z lekko pochyloną głową. Znowu czując się zagubiony. podszedłem do niej i co prawda z trudem, ale udało mi się przyciągnąć jej uwagę. Powiedziałem całkiem niepotrzebnie:
— Chcą, żebym znowu coś zaśpiewał.
— Co możesz zaśpiewać? — spytała nie podnosząc oczu.
— Mogę zaśpiewać pieśń Aniołowie wiecznie radośni i piękni, tylko że to pieśń religijna.
Na jej poważnej twarzy pojawił się uśmiech, po chwili jednak powiedziała krótko i w tak charakterystyczny dla niej sposób:
— Chyba nie będę ci mogła służyć pomocą. Nie znam do tego akompaniamentu.
Ziemia mi się rozstąpiła pod nogami, ogromnie bowiem chciałem powtórzyć swój triumf, a byłem tak zemocjonowany, że całkiem zabrakło mi sił dla stawiania czoła przeciwnościom. Starałem się jednak tak zachować, jakby mnie to w ogóle nie obeszło, gdy nagle z sali dobiegł głos o mocnym miejscowym akcencie:
— Chyba mam te nuty przy sobie — i już po chwili mówiący znalazł się na podium z zeszytem w podartej papierowej okładce, który zatytułowany był, do dziś pamiętam: Popularne pieśni.
— Opuścimy pierwszą zwrotkę? — spytała Marian, ale prosiłem, by mi pozwoliła zaśpiewać.

     Zaiste już śmierć wolę!
     Prowadźcie straże,
     Na łoże tortur mnie prowadźcie czy w płomienie,
     Wielką mi uczynicie łaskę.

Tak brzmiał motyw, zakończony jak zwykle u Händla pom... pom... Z dumą to zaśpiewałem, przez cały czas była to tonacja molowa, a interwały ogromnie zaskakujące. Sam byłem wystarczająco muzykalny, aby wiedzieć, że bez tego urocza melodia, która potem następowała, nie byłaby tak efektowna. Lubiłem śpiewać tę pieśń, bo sama myśl o czymś gorszym niż śmierć ogromnie działała na moją wyobraźnię.
Młody minstrel wybrał się po śmierć, lecz bohaterce tej pieśni groziło coś gorszego niż śmierć. Co to było, nie miałem pojęcia, ale przy mojej pasji doszukiwania się niezwykłości, rozmyślałem o tym w uniesieniu. Poza tym to pieśń kobieca i czułem, że doświadczam tych ciężkich przeżyć nie tylko dla Marian, ale razem z nią... Razem stawaliśmy wobec losu gorszego niż śmierć, razem wznosiliśmy się ku naszej apoteozie:

     Wiedźcie mnie, jaśni anieli,
     W szatach nieskalanej bieli.
     Unieście mnie w swe dziedziny,
     Strzeżcie jak słabej dzieciny,
     Strzeżcie jak słabej dzieciny.

Cała moja istota przepojona była wizją aniołów, szat, dziewictwa i bieli, przeciągającą się w nieskończoność, i poczuciem wznoszenia się ku niebiosom, które to poczucie z przemożną siłą potęgowała muzyka i jej coraz wyższe tony. Ale głos mój nie wyrażał tych uczuć, miałem bowiem do śpiewu wcale nie mniej poważny stosunek niż do krykieta — z żadnymi uczuciami nie należy się zdradzać.
Marian pozostała chwilę przy fortepianie, abym sam przyjmował oklaski. Ponieważ jednak nie milkły, lecz się nasilały, nagle wstała i ująwszy mnie za rękę skłoniła się słuchaczom, następnie puściła moją dłoń, odwróciła się i nisko skłoniła.
Wróciłem na miejsce...

L.P. Hartley - Posłaniec. PIW, seria KIK, Warszawa 1978, tłumaczenie: Ryszarda Grzybowska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.