![]() |
| Helimadoe |
"Gdyśmy mijali miletińską gajówkę, rozległ się za nami turkot pojazdu, podrzucanego na kamienistej szosie.
Zeszliśmy do rowu, aby się, o ile to możliwe, uchronić od wdychania wirującego kurzu. Uwagę naszą zwróciła okoliczność, że wraz z turkotem pojazdu zbliżał się śpiew na kilka głosów. Byliśmy ciekawi, kto to śpiewa. Może to jadą podochoceni weselnicy? Czy też ktoś uradowany i beztroski wraca z podmiejskiej wycieczki? Na zakręcie ukazał się żółty powozik z czarnym opuszczonym daszkiem, na koźle siedziała chuda dziewczyna i strzelała z bata, dwie inne w przedziwnych kapeluszach kuliły się przy sobie zajmując zapasową ławeczkę, z tyłu zaś siedział wygodnie rozparty tęgi człowieczek o pryszczatym nosie. Do niego przytulało się dziewczątko z oczkami jak niezapominajki, w wianuszku z polnych kwiatów nad czołem - istny obrazek z bajki.
Kobiety w powozie śpiewały czystymi sopranami, wytrwale, jakby z obowiązku albo z nagle wezbranej radości życia, zaś dziewczynka z wianuszkiem na włosach wtórowała im srebrzystym głosikiem. Stałem z otwartymi ustami. Ogarnęła nas chmura pyłu. Ojciec wyciągnął rękę uzbrojoną w laskę i krzyknął w kierunku turkocących kół:
- Patrzcie, to jest starohradzki doktor Hanzelin ze swymi córkami!
Patrzyliśmy za bryczką jeszcze chwilę, my obaj w niemym zdziwieniu, matka pogardliwie skrzywiwszy usta.
[...]
Gdy pierwsza wizyta dobiegła końca, Hanzelin wsiadał niezgrabnie do powozu, drobniutka laleczka przytulała się do jego ramienia, doktor z miłością wytrzeszczał do niej oczy, kurczowo zaciskał rękę na ramie starej, spuszczonej budki, kobieta-stangret podnosiła bat, cmokała, konik ruszał. Spokojnie, jak na rozkręcającej się płycie gramofonowej, rozwijała się pieśń Helmadonn, melodia następowała po melodii, skoczna po smętnej, jak gdyby uprzednio ustaliły sobie program, bez przerwy na spoczynek, bez sprzeczki co do wyboru.
Dziewczęta śpiewały, kryształowy głosik dzwoneczka przytulonego do ojcowskiego płaszcza dźwięczał do wtóru. Powozik podskakiwał po kamieniach, resory skrzypiały, droga wznosiła się, opadała z góry w dół, znów biegła pod górę, pieśń rozlegała się niby wyraz życiowej odwagi, to znowu niby tęsknota, wspomnienie minionej młodości, żałość straconych nadziei. Od Miletina ku Vratni, od Vratni ku Hloubietinowi, ku Czimelicom, ku Otroczni, pieśń kończyła się i zaczynała na nowo. W czasie tego wyjazdu wszystkie smutne panny młodniały, w czasie tego wyjazdu fruwały rozsypane przez wiatr włosy Heleny, śniada twarz Lidy ciemniała jeszcze bardziej, posępne podkowy pod oczyma Marii pogłębiały się. Dora błyskała szerokimi murzyńskimi zębami. Teraz wszystkie były zaczepne, wszystkie były śmiałe, niepodobne do żadnych innych kobiet w całej rozległej okolicy, wyrażały swoje prawo do śpiewu.
[...]
Gdyby koło tej czy owej chałupki powozik przejechał cicho, ludzie zaniepokojeni wyszliby na próg i pytaliby jeden drugiego:
- Co się stało? Czemu nie śpiewają? Może mają jakieś zmartwienie? Czy coś złego zdarzyło się na świecie?
Śpiew córek Hanzelina w życiu mieszkańców wiosek należał do codziennego programu, należał do okolicy, był jednym z praw natury, tym, czego nie mogło nie być."







