Pokazywanie postów oznaczonych etykietą * proza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą * proza. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 czerwca 2025

Nic tak nie brata życia ze śmiercią jak muzyka

  Wieczorami trochę czytam, trochę słucham muzyki. Nie, telewizji prawie nie oglądam. Psy nie lubią. Włączę, to jeżą się, warczą. I muszę wyłączyć. Gdybym może grał. Według mnie nic tak nie brata życia ze śmiercią jak muzyka. Niech pan mi wierzy, całe życie grałem, wiem. Tak, mam nawet trzy saksofony, przywiozłem sobie. Sopranowy, altowy i tenorowy. Na wszystkich trzech grałem. 


Wiesław Myśliwski: Traktat o łuskaniu fasoli. Wydawnictwo Znak, Kraków 2006, s. 85

poniedziałek, 9 czerwca 2025

Ta muzyka uwalnia szalonego ptaka

  Tańczy rzadko, ale uwielbia muzykę elektroniczną. Działa na jego wyobraźnię. Uczucia, jakich doznaje przy tych dźwiękach, są pozytywne, kolorowe, radosne. To samo czuje, słuchając muzyki klasycznej, zwłaszcza Bacha. Elektro wprowadza go w stan oszołomienia, będący ulgą od jego zwykłej gonitwy myśli. Ta muzyka uwalnia szalonego ptaka, który szamocze się w klatce jego ciała.


Valérie Perrin: Cudowne lata. Albatros 2023, s. 264; przekład Joanny Prądzyńskiej


niedziela, 8 czerwca 2025

Wspomnienie nastroju

  "Była to godzina, kiedy na ławkach ogrodowych, tam gdzie świateł jest najmniej, siadają pary, szepcząc do siebie słowa, których nikt na świecie nie zna, bo choćby sam mówił je nieraz, to w dziwny sposób treść takich rozmów, takich spotkań wymyka się z pamięci, ulatnia się z niej, jak parujący niepostrzeżenie eter, i pozostaje tylko odurzający, słodko-gorzki osad, wspomnienie nastroju, po brzegi wypełnionego oczekiwaniem jakichś wielkich, ciemnych oczu, rozwartych tuż u własnej twarzy, i szeptu, który oprócz woni oddechu, tonu głosu nie znaczy nic, jak muzyka, która nie znacząc pozornie nic, oznacza przecież wszystko."

Stanisław Lem: Obłok Magellana. Wydawnictwo Literackie 2005, s. 64


Chociaż muzyka pojawia się w tym fragmencie jako rodzaj lustra odbijającego intymny nastrój wieczoru, została tak ładnie ujęta przez Lema, że to ona jest właściwym powodem zamieszczenia tego cytatu tutaj.

czwartek, 2 września 2021

prawie codziennie gra na organach...

 "Prawie codziennie gra na organach. Bacha, Chopina, Mozarta, ale także improwizuje o tęsknocie i poczuciu winy. Ta muzyka jest niepodobna do niczego innego. Jest deszczem, który spada na pustynię, blaskiem słońca, które rozświetla serce, i nocą, która nas pociesza. Muzyka łączy ludzi i dlatego też Snorri nie zawsze jest samotny. Nie jest samotny, gdy naciska pedały organów, gdy przesuwa smyczkiem po strunach starych skrzypiec, których najwyższe tony są tak czyste i ostre, że mogłyby przeciąć ludzkie serce."

Jón Kalman Stefánsson - Niebo i piekło. Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011, s. 82-83; przekład Przemysława Czarneckiego

niedziela, 22 listopada 2015

Obraz połączony z dźwiękiem był teraz jednym niespokojnym oczekiwaniem na słońce...

Kwadrans po trzeciej wpadł do montażowni Darek. Blady, z błędnym wzrokiem.
- Przepraszam za spóźnienie, nie mogłem odpalić samochodu, przyjechałem taksówką. Macie.
Położył przed Mateuszem płytę, po czym zabrał mu ją sprzed nosa.
- Gdzie kompakt? Ach, widzę. Posłuchamy?
- Zapuszczaj - powiedział Mateusz.
Rozległy się dźwięki harfy.
- Nie, nie, daj obrazki, Mateusz; tak to nie ma efektu! - Eulalii udzieliła się trema Darka, który stał teraz za ich plecami, a oczy miał jak talerzyki deserowe. - Darek, siadaj, bo trudno wytrzymać, jak tam sterczysz. Grajmy od razu, najwyżej będziemy poprawiać.
- Słusznie - Mateusz zatrzymał płytę, po czym ustawił taśmę na pierwszej ramce i wystartował muzykę, od razu nagrywając ją na odpowiedniej ścieżce.
Harfa zagrała ponownie. Na ekranie snuły się mgły poprzedzające świt w Kotlinie Jeleniogórskiej. Eulalia poczuła dreszcze. Dopiero teraz jej film nabierał życia. Wstrzymała oddech. Soczysty granat na ekranie zmieniał się w ciemny błękit, pojawiły się pierwsze różowe blaski na horyzoncie. Melodia harfy stawała się coraz bardziej intensywna, po czym przygasała, jakby zasnuta tą mgłą, która wciąż jeszcze utrzymywała się u stóp Śnieżki. Obraz połączony z dźwiękiem był teraz jednym niespokojnym oczekiwaniem na słońce. Eulalia zapomniała już, jaką wściekłość wywołał w niej brak złotej kuli wyłaniającej się zza horyzontu. „Po co komu kula?”. Tajemnicze mgły rozwiewały się, w szybie obserwatorium odbił się czerwonawy poblask. Pozornie chłodna harfa prowadziła przez szczyt Śnieżki, obok kaplicy i obserwatorium, ku skałom. Wreszcie na krawędzi skały rozbłysnął słynny Markowy pic, ogromne, oślepiające słońce - i wtedy niespodziewanie zabrzmiała tryumfalną fanfarą cała orkiestra symfoniczna.
Eulalia i Mateusz wybuchnęli radosnym śmiechem, nie odrywając oczu od ekranu. Kiedy odwrócili się w stronę Darka, Eulalii łzy płynęły po policzkach. Darek siedział blady i zdezorientowany.
- Śmiejecie się ze mnie - wyszeptał.
Mateusz zatrzymał maszyny.
- Nie z ciebie, stary, nie z ciebie. Zrobiłeś to genialnie.
- To czemu się śmiejecie?
- Ze szczęścia, Dareczku - powiedziała Eulalia. - Ja w każdym razie. Chyba sam widzisz, jak to wygląda. Grajmy dalej. Ale ty jesteś symfonik, człowieku! Nie miałam pojęcia! Spodziewałam się ładnej muzyki, ale nie takiej eksplozji! Mateusz, dawaj dalej, bo nie wytrzymam!
Ciąg dalszy nie rozczarował ich. Efekt przestrzeni Darek uzyskał rzeczywiście, stosując rogi i dodając im echo. Motyw Śnieżki był wyrazisty i rozpoznawalny, chociaż występował w wielu wariantach. Muzyka do sekwencji z cmentarzykiem w Łomniczce przyprawiła Eulalię o dreszcze.
- Słuchaj, Darek - mówiła podniecona, kiedy po skończonym zgraniu wycałowała już i wyściskała zażenowanego kompozytora - ty musisz tę całą muzykę zebrać do kupy, opracować i zrobić symfonię. Rozumiesz: nutki napisać porządnie i żeby to orkiestra mogła zagrać, a nie komputer. Swoją drogą bardzo dobry ten twój komputer. Prawie jak prawdziwe instrumenty. Ale pamiętaj, musisz napisać symfonię!
Kompozytor zasłonił oczy rękami.
- Jaką symfonię? Lala, wy jesteście życzliwi, ja wiem, ale przecież ja widzę, ile mi brakuje...
- Nie chrzań, stary. - Mateusz oderwał się na chwilę od opisywania kasety. - Skoro ona ci mówi, że jest dobre, to jest dobre. W ogóle uważam, żeśmy wyprodukowali zupełnie niezły kawałek. Lala, planujesz jakiś pokaz dla tych wszystkich goprowców, co ci robili za aktorów i pomoc techniczną?
- Tak. Niedługo. I tak chciałam tam jechać, a dzwonił jeden ratownik, że dziesiątego sierpnia mają święto na Śnieżce i pod Śnieżką; proponował, żeby przywieźć materiał właśnie wtedy, to wszyscy zainteresowani obejrzą. Chyba tak zrobię. No dobrze, kochani, dosyć pracy na dzisiaj. Może jeszcze przegraj mi to na VHS, Mateuszku, będę sobie w domu oglądać i się samouwielbiać!
- A co, to ty postawiłaś te wszystkie góry w tym miejscu? - zdziwił się niewinnie Mateusz, ustawiając kasetę dziesięć sekund przed pierwszą ramką filmu.

Monika Szwaja - Romans na receptę. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011, 336 s.

wtorek, 29 września 2015

Muzyka coś mu mówiła, czego inni nie mogli zrozumieć...

Konrad wszakże miał pewną kryjówkę, do której jego przyjaciel nie miał dostępu: muzykę; tajemnicze miejsce, do którego nie sięga ręka zewnętrznego świata. Henryk nie miał słuchu, zadowalał się muzyką cygańską i wiedeńskimi walcami.
W Instytucie nie rozmawiano o muzyce, raczej ją wybaczano i tolerowano, zarówno wychowawcy jak i studenci mieli ją za swego rodzaju młodzieńczą manię. Każdy ma swoją słabostkę. Jeden hoduje psy, za wszelką cenę, inny jeździ konno. Lepsze to, niż by miał grać w karty, uważano. Bezpieczniejsze niż kobiety, uważano.
Ale generał czasami podejrzewał, że muzyka wcale nie jest taką bezpieczną namiętnością. W Instytucie naturalnie nie tolerowano owego buntu, buntu muzyki. Wyrobienie w wychowanku pojęcia o muzyce należało wszak do programu wychowania, lecz przecież tylko w zakresie podstawowym. O muzyce wiedziano jedynie tyle, że konieczne są do niej trąbki, a przed trębaczami kroczy kapelmistrz i co jakiś czas podnosi w górę srebrną pałeczkę. Za muzykantami kucyk dźwigał bęben. Ta muzyka była głośna i przepisowa, utrzymywała w karbach krok oddziału, przyciągała na ulicę ludność cywilną i była niezbędnym elementem wszelkiego rodzaju parad. Człowiek kroczył sprężyściej, gdy słyszał muzykę, i to było wszystko. Niekiedy muzyka była żartobliwa, niekiedy nadęta i uroczysta. A zresztą nikt się nią nie przejmował.
Konrad jednak zawsze bladł, kiedy słuchał muzyki. Wszelkiego rodzaju muzyka, także najpospolitsza, dotykała go tak dojmująco, jak cielesny atak. Bladł, usta zaczynały mu drżeć. Muzyka coś mu mówiła, czego inni nie mogli zrozumieć. Prawdopodobnie melodie nie przemawiały mu do rozumu. Rygor, w jakim żył, wychowywał się, za cenę którego zdobywał pozycję w świecie, który przyjął dobrowolnie, jak wierzący winę i pokutę, w takich chwilach rozluźniał się, jakby w jego ciele słabła owa napięta, sztywna postawa. Jak podczas parady wojskowej, po długim, męczącym przemarszu krokiem defiladowym, raptem dają komendę „spocznij!”. Ale usta zaczynały mu drżeć, jakby chciał coś powiedzieć. Wtedy zapominał, gdzie jest, oczy mu się śmiały, patrzył przed siebie, nie widział otoczenia: zwierzchników, kolegów, pięknych dam ani publiczności w teatrze. Całym ciałem słuchał muzyki, tak pożądliwie, jak skazaniec w więzieniu wsłuchuje się w daleki odgłos kroków, które być może przynoszą wieść o wolności. W takich przypadkach nie słyszał, gdy się do niego mówiło. Muzyka otwierała przed nim dookolny świat, na kilka chwil zmieniała wszystkie reguły fałszywej ugody, w takich chwilach Konrad nie był żołnierzem.

Sándor Márai: Żar. Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 2008, s. 39-40, przełożył Feliks Netz

wtorek, 26 maja 2015

Najpiękniejszym tańcem, jaki kiedykolwiek w życiu widziałam, był taniec bicza z piasku.

   Najpiękniejszym tańcem, jaki kiedykolwiek w życiu widziałam, był taniec bicza z piasku. Bicza czy raczej leja tworzącego się i ginącego, ukazującego się, by skoczyć z miejsca na miejsce, wydłużyć się, przysiąść - i znowu zniknąć, ale natychmiast zjawić się ponownie, rozdwoić się i unieść do nieba, rozpłynąć się i znów się ukazać - już jako trzy bicze, trzy leje odrębnym życiem żyjące, a jednak jakąś siła związane i wirujące coraz szybciej, skaczące i unoszące się, znikające i znowu zjawiające się...
  Sceną tego szaleńczego tańca była pustynia Sahara, a widzami mogli być wszyscy ci, z którymi odbywałam podróż do Indii (nasza droga powrotna prowadziła przez Egipt), ale byłam jedynie ja.
   Gdy ujrzałam to niezwykłe zjawisko, stanęłam jak wryta. Wszystko inne przestało dla mnie istnieć. I gapiąc się tak intensywnie, zupełnie nie zdawałam sobie sprawy z niebezpieczeństwa jakie ten taniec zapowiada...

Grażyna Bacewicz: Znak szczególny. Czytelnik, Warszawa 1970, s. 55

wtorek, 30 grudnia 2014

rytmy indiańskie były dość proste, a bębny ładnie grały, więc miałem dużą frajdę...

  W Los Alamos pracowaliśmy w dużym napięciu, a poza tym nie mieliśmy dostępu do żadnych rozrywek: nie można było pójść do kina ani nic takiego. Odkryłem jednak kolekcję bębnów, zgromadzoną przez szkołę męską, która się tam poprzednio mieściła: Los Alamos leży w Nowym Meksyku, gdzie jest mnóstwo wiosek indiańskich. Miałem więc rozrywkę - czasem sam, czasem z kimś innym - hałasując na tych bębnach. Nie znałem żadnych konkretnych rytmów, ale rytmy indiańskie były dość proste, a bębny ładnie grały, więc miałem dużą frajdę.
  Czasem zabierałem się z bębnami do lasu, żeby nikomu nie przeszkadzać, tłukłem w nie pałeczką i śpiewałem. Pamiętam, że pewnego wieczoru stanąłem pod drzewem, patrzyłem na księżyc, grałem na bębnie i udawałem, że jestem Indianinem.
   Pewnego dnia podszedł do mnie któryś z kolegów i spytał:
  - Czy w Święto Dziękczynienia nie grałeś przypadkiem w lesie na bębnie? 
  - Tak, grałem - odparłem.
  - A, czyli moja żona miała rację! - Po czym opowiedział mi następującą historię:
  W jego domu były dwa mieszkania, na dole i na górze. Pewnego wieczoru usłyszał dobiegające z oddali granie na bębnach, poszedł na górę i współlokator powiedział, że też słyszy. Trzeba pamiętać, że byli to ludzie ze Wschodniego Wybrzeża. Nic nie wiedzieli na temat Indian i bardzo ich to zaciekawiło: Indianie odprawiają jakiś obrzęd, więc postanowili pójść i sprawdzić, jak to wygląda.
  W miarę, jak zagłębiali się w las, muzyka robiła się coraz głośniejsza, a oni byli coraz bardziej zdenerwowani. Zdali sobie sprawę, że Indianie na pewno wystawili czujki, żeby nikt im nie zakłócał obrzędu. Położyli się na brzuchach i zaczęli się czołgać ścieżką. Po jakimś czasie odnieśli wrażenie, że dźwięk dobiega tuż zza niewielkiego wzgórka. Podczołgali się na szczyt wzgórka i ku swojemu zdumieniu odkryli, że obrzęd odprawia jeden samotny Indianin - tańczy wokół drzewa, uderza w bęben pałeczką i śpiewnie zawodzi. Powoli się wycofali, bo nie chcieli mu przeszkadzać. Uznali, że rzuca urok albo coś w tym guście. 
  Opowiedzieli swoim żonom, co widzieli, a one powiedziały:
  - E, to na pewno Feynman - on lubi grać na bębnach.
  - Nie bądźcie śmieszne! - odrzekli mężowie. - Nawet Feynman nie jest aż taki szajbnięty!


Richard P. Feynman - "Pan raczy żartować, panie Feynman!". Przypadki ciekawego człowieka. Wysłuchał Ralph Leighton. Wydawnictwo Znak, Kraków 2007, s. 321-322, przełożył Tomasz Biedroń

poniedziałek, 22 grudnia 2014

...tak może zaśpiewać tylko Anioł

W żłobie leży
Kathleen Battle

Był maj 1996 roku. Byłam w Nowym Jorku, dostałam telefon z firmy płytowej Sony, proszono mnie o pomoc. Otóż znana na całym świecie ciemnoskóra sopranistka Kathleen Battle nagrywała płytę z kolędami z różnych stron świata. Jedną z kolęd, które wybrała, była polska "W żłobie leży" - chciała ją zaśpiewać po polsku, a ja miałam jej pomóc w prawidłowej wymowie.
Zgodziłam się bardzo chętnie. Zawieziono mnie do Abyssinian Church na 138. ulicy w Harlemie i tam poznałam Wspaniały Głos.
Niewysoka, drobna, z rozbrajającym uśmiechem powitała mnie w progu. Usiadłyśmy na ławce w tyłu kościoła i zaczęłyśmy ćwiczyć prawidłową wymowę i dykcję. Szło dość ciężko. Już sam początek "W żłobie leży" sprawiał jej trudności. Po godzinie było już nieźle. Poprosiłam, żeby spróbowała zaśpiewać. Już po pierwszym takcie wiedziałam, ze coś jest bardzo nie tak. Nie z wymową, ale z melodią. Ta kolęda jest bardzo popularna i znamy wszyscy jej poprawną melodię, mimo że nagminnie fałszujemy. Zapytałam, skąd zna tę kolędę. Odpowiedziała, że z rosyjskiej orkiestracji i że ktoś spisał melodię, którą grał flet. Ktoś, kto "wyłuskiwał" ją z symfonicznego aranżu, myśłał, że jest na właściwym tropie.

Kathleen zaproponowała, żebym zaśpiewała prawidłową melodię, a ona ją zapisze. Na środku kościoła na specjalnie wybudowanym podwyższeniu stał piękny fortepian Steinway, cudo. Kathleen siadła do fortepianu, a ja obok niej. Zaczęłam śpiewać. Najpierw zaśpiewałam całą melodię a capella, czyli bez akompaniamentu.Takiego brzmienia, dźwięku nie słyszałam. Miałam najpiękniejszy głos na świecie i niebiański pogłos, aż sama się zdziwiłam. Potem śpiewałam jej po kilka taktów, a ona zapisywała w nutach melodię, którą jej przed chwilą nuciłam. Na koniec zaśpiewała, upewniając się, że dobrze spisała melodię ze słuchu.

To, co usłyszałam wywołało u mnie gigantyczne dreszcze - to było coś przepięknego. Byłam dogłębnie poruszona i pomyślałam, ze tak może zaśpiewać tylko Anioł. Kathleen długo dziękowała - i nie tylko mnie, bo jej producent, który wpadł na pomysł skontaktowania się ze mną, miał u niej wielki dług wdzięczności.

Urszula Dudziak: Wyśpiewam wam wszystko. Wydawca: Kayax Production & Publishing, Warszawa 2011, s. 140-141

Kathleen Battle

czwartek, 11 grudnia 2014

Na biedę najlepsza jest skoczna piosenka...

  Wyszliśmy. Lśniły gwiazdy. Mleczna Droga przepływała z jednego krańca nieba na drugi. Pieniło się morze.
  Siedliśmy na kamieniach, a fale lizały nasze stopy.
  - Na biedę najlepsza jest skoczna piosenka - rzekł Zorba. - Nie damy się, co? Chodź tu, santuri!
  - Może jakaś macedońska melodia z twojej ojczyzny, Zorbo? - podsunąłem.
  - A może z twojej ojczyzny, z Krety! Co? - rzekł. - Zaśpiewam ci piosenkę, której nauczyłem się w Kastellionie. Odkąd ją znam, zmieniło się moje życie.
  Zastanowił się chwilę.
  - Nie, nie tyle zmieniło się - powiedział - ile przekonałem się, że mam rację.
  Położył grube palce na santuri i wyprostował się. Zaśpiewał dzikim, ochrypłym, bolesnym głosem:

                           Gdy się na coś zdecydujesz,
                           To odważnie naprzód idź.
                           Puść młodości swojej wodze,
                           Nie szczędź jej, nie bój się żyć.

  Rozpłynęły się gdzieś troski, zniknęły dokuczliwe kłopoty, podnieśliśmy się na duchu. Lola, kopalnia, kolejka, wieczność, małe i wielkie strapienia, wszystko przekształciło się w błękitnawą mgłę i rozproszyło w powietrzu, pozostał tylko stalowy ptak, rozśpiewana dusza człowiecza.
  - Wszystko ci darowałem, Zorbo! - zawołałem, kiedy skończył swoją dumną pieśń. - Wszystko ci darowałem: fordanserkę, ufarbowane włosy, wyrzucone pieniądze, wszystko, wszystko! Śpiewaj jeszcze!
  Znów wyciągnął chudą, pokrytą bruzdami zmarszczek szyję: 

                          Śmielej idź, do diabłów kroćset,
                          Stanie się, co ma się stać.
                          Możesz wszystko naraz stracić,
                          Albo los najlepszy brać!

  Robotnicy, nocujący w pobliżu kopalni, usłyszawszy śpiew, wstali i zebrali się wokół nas. Słuchali swojej ulubionej melodii, a ich nogi same rwały się do tańca.
  W końcu nie wytrzymali i nagle, wyłoniwszy się z ciemności, półnadzy, rozczochrani, w szerokich szarawarach, rozpoczęli przy dźwiękach santuri, wprost na kamieniach, swój dziki tan.
  Patrzyłem na nich, przykuty do miejsca ogromnym wzruszeniem.
  To jest ten najcenniejszy kruszec, którego szukałem, niczego więcej nie pragnę. 

Nikos Kazantzakis: Grek Zorba. Wydawnictwo Książka i Wiedza, Warszawa 1989, s. 156-157, tłum.  Nikos Chadzinikolau

A ta scena należy do najbardziej chyba znanych w światowym kinie:

Anthony Quinn (Grek Zorba) i Alan Bates (Basil)
film Zorba Greek (1964)
reż. Michael Cacoyannis

czwartek, 4 grudnia 2014

Muzyka czyni okazję...

Muzyka - słowem i obrazem. To nie tylko literatura i sztuki plastyczne, to także film i teatr. Dotychczas - niezamierzenie - pomijałam aspekt dla mnie bardzo ważny - muzykę filmową...

"M i e j s c e   c z y n i   o k a z j ę.  Często wprowadzenie do filmu muzyki instrumentalnej w postaci diegetycznej wynika z samego umiejscowienia akcji w konkretnej lokalizacji, gdzie zazwyczaj rozbrzmiewa muzyka (np. filharmonia) albo z wpisania jej w określoną kulturową sytuację, której najczęściej towarzyszy muzyka (potańcówka, bal).
Przykładem pierwszego uwarunkowania jest przeniesienie akcji sceny do instytucji kształcącej muzycznie, np. konserwatorium. Jednocześnie takie poprowadzenie fabuły filmu może stać się pretekstem do wprowadzenia repertuaru klasycznego. Oto w filmie Love Story (1970) w reżyserii Arthura Hillera Oliver poszukuje swojej narzeczonej Jenny na wydziale muzycznym (żeńskiego wówczas) Radcliffe College. Otwierając drzwi do poszczególnych sal, słyszy więc pilnie ćwiczone przez studentki urywki utworów muzyki klasycznej. Lekcja muzyki pojawia się też w Podwójnym życiu Weroniki (1991) w reżyserii Krzysztofa Kieślowskiego; Veronique uczy swoją klasę (tworzącą orkiestrę) melodii rzekomo niedawno odkrytego (w rzeczywistości fikcyjnego) XVIII-wiecznego holenderskiego kompozytora, Van den Budenmayera. Muzykę do filmu w całości, także i ten fragment, skomponował Zbigniew Preisner. Sama muzykalność Veronique oraz jej alter ego - Weroniki poświadczają z jednej strony wysoki stopień edukacji dziewczyny, a z drugiej ukazują jej głębokie życie wewnętrzne, wrażliwość na każdy fałszywy ton (Veronique natychmiast wychwytuje nieczystości w orkiestrze i karci źle grającą dziewczynkę). Dodać trzeba, że Weronika umiera śpiewając - zapewne nieprzypadkowo - w filharmonii podczas własnego debiutu scenicznego. Ów wybór miejsca śmierci bohaterki nabiera więc znaczenia symbolicznego."

Anna G. Piotrowska: O muzyce i filmie. Wprowadzenie do muzykologii filmowej. Musica Iagellonica, Kraków 2014, s. 258

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Gdy położyłem palce na klawiaturze, drżały...

 - Was suchen Sie hier?
 Za mną stał oparty o kuchenny kredens smukły, elegancki niemiecki oficer, z rękami założonymi na piersiach.
 - Czego pan tu szuka? - powtórzył. - Nie wie pan, że w tej chwili wprowadza się tu sztab obrony Warszawy?...
 Opadłem na krzesło stojące przy drzwiach do spiżarni. Poczułem nagle, z nieodwracalną pewnością, że nie starczy mi już sił na wydobycie się z tego nowego potrzasku. Opuściły mnie tak nagle, jak przy omdleniu. Siedziałem wpatrzony tępym wzrokiem w oficera, ciężko dysząc. Dopiero po chwili zdobyłem się na odpowiedź: Niech pan ze mną robi, co chce. Ja się stąd nie ruszę.
 - Nie mam zamiaru zrobić panu nic złego! - oficer wzruszył ramionami. - Kim pan jest?
 - Jestem pianistą.
 Zaczął przyglądać mi się dokładniej, z widocznym niedowierzaniem. Po chwili rzucił okiem w stronę drzwi wiodących z kuchni do pokoi mieszkalnych, jakby sobie coś uświadomił.
 - Niech pan pójdzie ze mną.
 Przeszliśmy przez pierwszy pokój, który kiedyś zapewne był jadalnią, i weszliśmy do następnego, w którym pod ścianą stał fortepian. Oficer wskazał nań ręką:
 - Niech pan coś zagra.
 Czy nie pomyślał o tym, że dźwięk fortepianu przywoła natychmiast znajdujących się w tej okolicy SS-manów? Spojrzałem pytająco, nie ruszając się z miejsca. Zrozumiał moje obawy, gdyż dodał prędko:
 - Niech pan gra. Gdyby ktoś nadchodził, schowa się pan w spiżarni, a ja powiem, że grałem, by wypróbować instrument.

 Gdy położyłem palce na klawiaturze, drżały. Miałem tym razem dla odmiany wykupić swe życie grą na fortepianie. Nie ćwiczyłem od dwóch i pół roku, moje palce były skostniałe, pokryte grubą warstwą brudu, a paznokcie nie obcinane od dnia pożaru domu, w którym się ukrywałem. Pokój, w którym stał fortepian, był jak większość innych pokoi w mieście pozbawiony szyb, a mechanizm spęczniał od wilgoci, przez co klawisze odpowiadały bardzo opornie na nacisk palców.
 Zacząłem grać Nokturn cis-moll Chopina. Szklisty, brzękliwy dźwięk, wydobywający się z rozstrojonego instrumentu, odbijał się o puste ściany mieszkania i klatki schodowej, brzmiąc przyciszonym, smętnym echem w ruinach domków po drugiej stronie ulicy. Gdy skończyłem, cisza panująca w mieście stała się jeszcze bardziej głucha i upiorna. Z pewnej odległości dobiegło miauknięcie kota, z dołu zaś, sprzed domu, słychać było gardłowy, niemiecki wrzask. Oficer stał dłuższą chwilę, przyglądając mi się w milczeniu, po czym westchnął i powiedział: 
 - Jednak nie powinien pan tu zostać. Wywiozą pana poza miasto, do jakiejś wsi. Tam będzie pan bezpieczny. 
 Potrząsnąłem głową. 
 - Ja nie mogę przecież stąd wyjść! - odparłem z naciskiem. 

Władysław Szpilman: Pianista. Wydawnictwo Znak, Kraków 2002, 216 s.

sobota, 29 listopada 2014

Lindy zaczęła kołysać się w rytm muzyki...

 Usiadłem na swoim dawnym miejscu i patrzyłem, jak Lindy majstruje przy odtwarzaczu.  Światło w pokoju było przyćmione, a powietrze przyjemnie chłodne. Po chwili rozległo się na cały głos The Nearness of You.
 - Nie uważasz, ze ludzie mogą mieć pretensje? - spytałem
 - Do diabła z nimi. Płacimy tyle za to miejsce, że to nie nasz problem. A teraz sza! Słuchajmy, słuchajmy!
 Lindy zaczęła kołysać się w rytm muzyki, tak jak przedtem. Tylko tym razem nie zatrzymała się po pierwszej zwrotce. Co więcej, im dłużej grała muzyka, tym bardziej wydawała się nią urzeczona, wyciągając przed siebie ręce, jakby obejmowała niewidocznego partnera. Kiedy utwór się skończył, wyłączyła odtwarzacz i stanęła bez ruchu w drugim końcu pokoju, odwrócona plecami. Stała tak przez długą chwilę, a potem podeszła do mnie.
 - Nie wiem, co powiedzieć. To jest zachwycające. Jesteś wspaniałym, cudownym muzykiem. Jesteś genialny.

Kazuo Ishiguro: Nokturny. Pięć opowiadań o muzyce i zmierzchu. Opowiadanie Nokturn. Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz, Warszawa 2010, s. 202-203, tłumaczenie Lecha Jęczmyka

niedziela, 16 listopada 2014

Chłopak błądzi po tym lesie dźwięków i czuje wkoło siebie tysiące sił nieznanych

Był sam. Otwierał fortepian, przysuwał krzesło, sadowił się na nim. Ramiona jego sięgały ledwie klawiatury; to mu wystarczało. Czemuż czekał, aż zostanie sam? Nikt nie broniłby mu grać, byle nie robił hałasu. Ale on wstydził się grać wobec kogoś, nie śmiał. Zresztą rozmawiano, ruszano się, to psuło przyjemność. O ileż było piękniej, kiedy był sam!... Krzysztof wstrzymał oddech, żeby było jeszcze ciszej, a i dlatego, że był trochę wzruszony, jakby miał wystrzelić z armaty. Serce mu biło, kiedy dotykał klawisza; niekiedy, nacisnąwszy go do połowy, odrywał palec, by dotknąć innego. Czyż wiadomo, jaki ton wyda ten, a jaki tamten?... Nagle rozbrzmiewa dźwięk; są dźwięki głębokie i są ostre, jedne dzwonią, inne huczą. Dziecko wsłuchuje się w nie długo, jak jeden po drugim słabnie; kołyszą się niby dzwony, które słychać w polu, gdy wiatr kolejno przybliża i oddala ich głosy; a gdy się nastawi ucha, słychać w oddali różne ich dźwięki, które stapiają się ze sobą i wirują jak roje owadów; zda się, wołają cię, pociągają hen... hen... w najdalszą dal, w tajemnicze odludzia, gdzie tony i przepadają... Oto umilkły... Nie! szemrzą jeszcze... Lekki trzepot skrzydeł... Jakie to wszystko dziwne! Rzekłbyś, duchy. Że są tak posłuszne, że dają się więzić w tej starej skrzyni! Rzecz niepojęta!
   Ale pięknie jest ponad wszystko, kiedy jednocześnie dwoma palcami dotknie się dwóch klawiszów. Nigdy nie wiadomo dokładnie, co się stanie. Niekiedy dwa duchy są sobie wrogie; gniewają się, kłócą, nienawidzą, warczą wrogo; głos ich potężnieje, krzyczy; to wpada we wściekłość, to zawodzi boleśnie. Krzysztof jest zachwycony. Rzekłbyś, że zakute w kajdany potwory gryzą łańcuchy, tłuką o ściany więzienia; zda się, że rozwalą je i wyrwą się w świat, jak owe stwory z bajek, duchy zamknięte w skrzyniach arabskich pod pieczęcią Salomona. Inne łaszą się, przymilają, ale znać, że chciałyby gryźć, że gorączka je pali. Krzysztof nie wie, czego chcą; nęcą go i niepokoją, aż dostaje rumieńców. Inne znów tony kochają się; splatają się ze sobą, jak ludzie ramionami, kiedy się całują; są pełne wdzięku i słodyczy. To duchy dobre; mają twarze uśmiechnięte, bez zmarszczek; kochają małego Krzysztofa i Krzysztof je kocha; ma łzy w oczach, kiedy ich słucha i wywołuje je, nigdy niesyty. Są jego przyjaciółmi, drogimi, serdecznymi przyjaciółmi...
   Chłopak błądzi po tym lesie dźwięków i czuje wkoło siebie tysiące sił nieznanych, które czyhają na niego i wzywają go, aby go pieścić i pożreć...
   Pewnego dnia Melchior zaszedł go znienacka. Krzysztof drgnął na dźwięk jego grubego głosu. Przekonany, że zawinił, zakrył uszy rękami, by uchronić je od strasznych uderzeń. Ale Melchior nie złajał go wyjątkowo, był w dobrym humorze, śmiał się.
   - Zajmuje cię to, nicponiu? - spytał, klepiąc go przyjaźnie po głowie. - Chcesz, żebym cię uczył grać?
   Czy chciał tego!... Uszczęśliwiony, bąknął: tak. Obaj zasiedli przed fortepianem...

Romain Rolland: Jan Krzysztof. Księga pierwsza. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1950, s. 82-84, przekład autoryzowany Leopolda Staffa

Okładka pochodzi z wydania Ludowej Spółdzielni Wydawniczej z roku 1988

piątek, 7 listopada 2014

Muzyka zdawała się powstawać w sposób niematerialny...

Tak, niczym innym nie była piękna noc, tylko koncertem D-dur Brahmsa.
Róża prędko przeszła do salonu i zapaliwszy świece wydobyła skrzypce z pudła. Na pulpicie rozłożyła partyturę. Gorączkowo podkręciła kołki, nastroiła instrument. Głowa pałała, ręce były zimne.
- Zagram czy nie zagram? Allegra nie ma co próbować. Adagio. Pamiętam każdą nutę. Tylko czy pasaże wyjdą?
Zupełnie tak samo wyraźnie jak szelest liści za szybą, plusk sadzawki i szkliste dzwonienie księżyca słyszała wiolonczele, flety, altówki Brahmsowskiego koncertu. Wyczekała aż rozwieje się akord trąbek.
Pierwsze takty skrzypcowego partu zadźwięczały blado, w palcach nie było jeszcze ciepła, w piersi za wiele żaru. Niebawem wszakże wyrównał się bieg krwi, prawa stopa ledwie widoczną pulsacją wybijała rytm, ramiona stężały na marmur, kiście nabrały miękkości.
Poprzez kantylenę płynącą na fali klarnetów dotarła łatwo do sola, które wypadło bezbłędnie. Upojona uległością mięśni i współbrzmieniem fikcyjnej orkiestry, zwycięsko snuła pasaże. Ton nabierał z wolna mocy, forte espressivo miało już pełny wyraz, staccata, szóstki arpeggia ulatywały ze strun pasmami niezakłóconej błogości. Ostatnia fermata była jak szczęśliwe westchnienie.
Róża płonęła. Ukończywszy adagio, stała prostsza, wyższa, lżejsza niż  zwykle; czuła, że odjęto jej część ciężaru, serce uderzało równo, uwolnione z nadmiaru tęsknoty. Niebawem zakrzątnęła się żywo koło instrumentu, przetarła struny, podwoiła znowu...
- Dziś albo nigdy - szeptała. - Nie wiem, co to... Ten księżyc... Czy może Kazio mi pomagał! Spróbuję teraz allegro non troppo.
Długo nasłuchiwała zjawiskowego tutti. Wreszcie wraz z uroczystym beethovenowskim akordem wstąpiła w zespół. Palce sprawnie działały, pasaż skrzypcowy za pasażem pokrywał majaczenie oboju, fagotu, violi.
Róża nie czuła zwykłej nieśmiałości wobec instrumentu; opór strun, włosia, drewniane przydźwięki, niedołęstwo mięśni - przestały istnieć. Muzyka zdawała się powstawać w sposób niematerialny, bez udziału pracy, jedynie za przyczyną zachwytu. Wyzwolona z praw fizycznych, Róża bez najmniejszego trudu przenikała wszystkie strefy i wszystkie uczucia: zarówno nieziemskie modlitwy, jak miłosne scherzando. Skrzypce utraciły wagę, objętość, smyczek utracił kształt, w dalekich przerzutach łamał się zygzakiem jak piorun.Między domem a światem znikł przedział - księżycowa noc roztopiła ludzi, sny, niebo i mury, tajemnica zmieszała się z wiedzą, na miesjce chaosu wzeszła dźwięczna, jedwabista pełnia.
Crescedno, stringendo, animato, forte - Róża bez wahań, bez bólu osiągała zenit.
Akordy... Ocknęła się pośród ciszy. Smyczek drżał w dłoni, skrzypce dymiły niewystygłą melodią. [...]

Maria Kuncewiczowa: Cudzoziemka. Instytut Wydawniczy Pax. Warszawa 1980, s. 105-106

niedziela, 14 września 2014

Zupełnie nieoczekiwanie w mroku zabrzmiała dumna i zadziorna muzyka...

"Zupełnie nieoczekiwanie w mroku zabrzmiała dumna i zadziorna muzyka. To było coś znanego. Dźwięki rozbiegały się po wypalonych ulicach, przez wybite okna wpadły do opuszczonych mieszkań i napełniły otuchą serca siedzących po kątach powstańców. Mocne, odważne i donośne, ożywiły martwą ulicę. To musiał być Chopin. Niósł pocieszenie, koił nerwy, dodawał siły i wiary.
Na złość Niemcom pianista grał przy otwartym oknie. Każda powstańcza noc wypełniona muzyką i radością była zwycięstwem. Zagraniem Niemcom na nosie. Natychmiast zaciekle zajazgotały niemieckie karabiny, ale czołgi milczały. Po ciemku Niemcy nie mogli przecież strzelać na oślep, bo pozycje powstańcze w wielu miejscach przeplatały się z niemieckimi. Wieczorem i w nocy tracili przewagę ogniową i musieli grzecznie słuchać.
Pianista zagrał do końca i zamilkł. Jaka szkoda, pomyślał Wojtek.
Jakby spełniając jego życzenie, po chwili rozległa się dużo bardziej nieokrzesana i wesoła melodia. Ktoś grał W murowanej piwnicy. Wojtek dobrze znał to wykonanie. Nie pierwszy raz słyszał podobny szalony bieg po klawiaturze. Tak grała tylko jedna osoba na świecie: Mikołaj. Więc nie tylko żyje i ma się dobrze, ale jeszcze dorwał się do fortepianu! Powstańcom się podobało. Najpierw nieparzysta, a zaraz potem parzysta strona Alei obudziła się do życia, klaskano w rytm, śpiewano. A potem skoczna  muzyka ucichła i rozległy się dźwięki jeszcze bliższe sercu Wojtka: Nothing Else Matters Metalliki.
Heavymetalowa ballada rozlała się po pustych przestrzeniach i odnalazła rozrzuconych na posterunkach powstańców. Napisany blisko pół wieku później utwór nabrał dziwnego, nieprzewidzianego chyba przez Jamesa Hetfielda znaczenia. Jakby przerzucił dla Wojtka most między dwoma światami.
Z błogostanu wytrącił go kuksaniec.
- Znasz to? - zdziwił się plutonowy.
- Jasne - palnął Wojtek i zaraz ugryzł się w język.
- Dziwne.
Oczywiste było, że poza nim nikt z obecnych nie mógł znać tego utworu, ale chyba im się podobał, bo siedzieli zasłuchani..."

Monika Kowaleczko-Szumowska: Galop '44, Wydawnictwo Literacki Egmont, Warszawa 2014, s. 57-58

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz zajęłam się samym słuchaniem muzyki


   "Włóczęgowski krok zmieniony w marszobieg nie przypada psu do gustu. Borys z uporem osła nadal zatrzymuje się przy każdej piramidce śmieci. Chcąc nie chcąc, robię to razem z nim i obserwuję produkcję mojej ulicy. Borys grzęźnie przy kartonowym pudle. Chwilę węszy, a potem zaczyna namiętnie kichać. Psiej tabaki się nawąchał czy co? Pochylam się nad kartonem.
Dwa rzędy winylowych płyt stoją na baczność jak kompania honorowa. Pierzyna kurzu łagodnie osłania je przed ostrzałem lipcowego słońca. Kto wyrzuca winylowe płyty? Zabieram karton, chyląc grzbiet pod ciężarem porzuconej muzyki. Winyle kotwiczą pod schodami [...]

Czy było warto? Nie trzeba żadnych komentarzy. Wystarczy spis tytułów:

  Johann Sebastian Bach Six Brandenburg Concertos
  Sergiusz Rachmaninow Koncert fortepianowy nr 3
  Zbigniew Preisner Requiem dla mojego przyjaciela
  Leonard Cohen Various Positions
  Tanita Tikaram Ancient Heart
  Pink Floyd The Dark Side of the Moon
  The Beatles A Hard Day’s Night
  The Doors L.A. Woman
  Led Zeppelin Stairway to Heaven
  Dire Straits Brothers in Arms
  Ella Fitzgerald Like Someone in Love
  Bob Dylan Highway 61 Revisited
  Perfect Niewiele ci mogę dać
  Anna Chodakowska Msza wędrującego
  Maciej Zembaty Alleluja

Zastanawiam się, czy Borys wywęszył dom idioty, czy kogoś, kto stracił słuch? 

    Dawno, dawno temu, kiedy nosiłam zielone spodnie, przydługą grzywkę i granatowe martensy, byłam w bliskich stosunkach z pewnym gramofonem o uroczej nazwie „artur”. Prawowitym właścicielem czarnego pudła z igłą był mój brat. Ciekawe, czy ma jeszcze swojego trzeszczącego arturka… Wyciągam komórkę.
[...].
Muzyka to chyba jedyny most, który wciąż łączy mnie i Radka.
     Wieczór przynosi drobinki chłodu, wmieszane w trzaskające ciepło z gramofonowej płyty. Artur przyklejony do przedłużacza stoi na niebieskim, werandowym stoliku. Zwijam ciało w kulę i sączę dźwięki z kieliszkiem wina w ręku. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz zajęłam się samym słuchaniem muzyki. Zawsze traktowałam ją jako tło. Była przyjemnym dopełnieniem, nigdy jednak celem samym w sobie. Winylowe dźwięki rysują mapę pamięci. Muzyką szyję patchwork zapachów, obrazów, głosów. Czas świruje, mieszając kilka przestrzeni naraz.
L.A. Woman. Raz jeszcze oglądam chuderlawą szesnastoletnią Majkę wynurzającą się z nocy. Patrzę, jak świt unosi mrok. Bezszelestny. Obiecujący złote cielce światła. Za oknem na wpół przeźroczysta postać przygląda się drzewom. Wiśnie chudną i żółkną. Orzechowiec obsiadają kawki. Płyta skrzypi. Włączam Cohena. Smakuję kolejną historię. Bita śmietana mgły na łyżeczce grani. Miód zlizywany z palców. Wieczorny profil Wojtka gdzieś pomiędzy pierwszym a przedostatnim pocałunkiem. Zabieram artura do sypialni, zwijam się w kłębek na łóżku i raz jeszcze nastawiam tę samą płytę."

Ludmiła Piasecka: 52 tygodnie.  Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2014, s. 35-39

poniedziałek, 28 lipca 2014

Przybyszewski nie potrafił żyć bez muzyki...

"  Przybyszewski nie potrafił żyć bez muzyki, oboje z Dagny byli zresztą dobrymi pianistami. Żona grała głównie Griega, Schumanna i norweskie melodie ludowe, natomiast Stach specjalizował się w interpretacjach Chopina. O jego grze krążyły sprzeczne opinie - byli tacy, co wynosili ją pod niebiosa, natomiast inni w ogóle odmawiali jej jakichkolwiek wartości artystycznych.
   "Dziwnie czytało się w różnych relacjach sądy o jego grze - przyznawał Tadeusz Bay-Żeleński - jedni pisali o niej poematy, gdy inni traktowali ja jako fuszerkę. Różnica w kącie widzenia: tak jakby poetę, który cudownie mówi wiersze, sądzić z punktu techniki deklamacyjnej. Nam nie przeszkadzały jego niedomagania techniczne, wszystkie przypadkowe fałsze czy brutalności, wszystko to spływało razem w jakąś tragiczną pieśń, która dusze wywlekała z człowieka. Może to były wariacje alkoholu na temat Szopena - transkrypcja Spirytus-Chopin jak jest Busoni-Bach - ale transkrypcja nieporównana. A do tego sam Stach przy fortepianie! - kto go widział, ten go nie zapomni" *"

* T. Żeleński (Boy), Reflektorem w mrok, Warszawa 1978, s. 80

Sławomir Koper: Alkohol i muzy. Wódka w życiu polskich artystów. Wydawca: Czerwone i Czarne Sp. z o.o., Warszawa 2013, s. 62

niedziela, 13 lipca 2014

Jestem zupełnie jak żywa szafa grająca...

"Do łaźni szło się pięć minut wzdłuż rzeki. Wróciliśmy do domu nieco odświeżeni. Otworzyliśmy wino i piliśmy je, siedząc na werandzie.
- Przynieś jeszcze jeden kieliszek, dobrze?
- Dobrze. Ale po co?
- Urządzimy pogrzeb Naoko - powiedziała Reiko. - Niesmutny.
Przyniosłem kieliszek, a Reiko wypełniła go po brzegi winem i postawiła na tradycyjnej kamiennej latarni ogrodowej. Potem usiadła na werandzie z gitarą na kolanach, oparła się o słupek i zapaliła papierosa.
- A masz zapałki? Jeśli masz, to przynieś. Najlepiej jak największe pudełko.
Znalazłem w kuchni duże pudełko i usiadłem obok Reiko.
- Po każdym utworze, wyjmij jedną zapałkę i układaj w rządek. Zagram wszystko, co mi przyjdzie do głowy.
Najpierw pięknie i spokojnie zagrała Dear Heart Henry'ego Manciniego.
- Podarowałeś Naoko tę płytę, prawda?
- Tak. Na Gwiazdkę dwa lata temu. Bardzo lubiła tę melodię.
- Ja też lubię. Jest bardzo łagodna i piękna. - Zagrała jeszcze lekko parę taktów Dear Heart i napiła się wina. - No, ciekawe, ile uda mi się zagrać, zanim się upiję. Nie uważasz, że niezły jest taki niesmutny pogrzeb?
Przeszła do Beatlesów: zagrała Norwegian Wood, Yesterday, Michelle, Something, zaśpiewała Here Comes the Sun i zakończyła piosenką Pool on the Hill. Ułożyłem w rządku siedem zapałek.
- Siedem - powiedziała Reiko, napiła się wina i zapaliła papierosa. - Ci faceci naprawdę dobrze rozumieją smutek i słodycz, które niesie życie.
Ci faceci to oczywiście John Lennon, Paul McCartney, George Harrison, Ringo Starr.
Reiko odpoczęła chwilę, zgasiła papierosa i znów ujęła gitarę. Zagrała Penny Lane, Blackbird, Julia, When I am Sixty Four, Nowhere Man, And I Love Her i Hey, Jude.
- Ile zagrałam?
- Czternaście.
Westchnęła. - A ty? Umiałbyś zagrać choć jedną piosenkę?
- Bardzo źle.
- Może być bardzo źle.
Przyniosłem własną gitarę i niepewnie przebrnąłem przez Up on the Roof. Reiko w tym czasie odpoczywała, paliła i popijała wino. Kiedy skończyłem, zaklaskała.
Potem pięknie i starannie zagrała gitarową wersję Pawany na śmierć Infantki Ravela i Clair de Lune Debussy'ego.
- Tych dwóch utworów nauczyłam się po śmierci Naoko. Jej gust muzyczny nigdy nie wzniósł się ponad zwykły sentymentalizm.
Następnie wykonała kilka utworów Bacharacha: Close to You, Raindrops Keep Falling on My Head, Walk On By i Wedding Bell Blues.
- Dwadzieścia - powiedziałem.
- Jestem zupełnie jak żywa szafa grająca - rzuciła wesoło Reiko. - Gdyby zobaczył to któryś z moich profesorów z konserwatorium, chybaby zemdlał.
Popijając piwo i paląc, grała jeden po drugim różne utwory. Zagrała prawie dziesięć melodii w rytmie bossa novy, utwory Rodgersa i Harta oraz Gershwina, Boba Dylana, Raya Charlesa, Carole King, The Beach Boys, Stevie Wondera, Ue o muite Sakamoto Kyu, Blue Velvet, Green Fields, jednym słowem, wszystko, co jej przyszło do głowy. Czasami zamykała oczy i lekko potrząsała głową albo nuciła melodię.
Skończyło się wino, więc przerzuciliśmy się na whisky. Wylałem wino z kieliszka Naoko na kamienną latarnię i napełniłem go whisky.
- Ile już zagrałam?
- Czterdzieści osiem.
Jako czterdziestą dziewiątą piosenkę zagrała Eleanor Rigby, a jako pięćdziesiątą - ponownie Norwegian Wood. Potem dała odpocząć rękom i napiła się whisky. - Może tyle wystarczy?
- Wystarczy - zgodziłem się. - Byłaś wspaniała.
- Słuchaj, zapomnij już całkowicie, zupełnie o tym smutnym pogrzebie. Pamiętaj tylko ten. Był fajny, prawda?
Skinąłem głową.
- A teraz na bis - powiedziała Reiko i zagrała znów fugę Bacha."



 Haruki Murakami: Norwegian Wood, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2006, tłumaczenie (z japońskiego): Dorota Marczewska i Anna Zielińska-Elliott, s. 462-464


niedziela, 29 czerwca 2014

Wracając wieczorem słyszałem śpiew słowika...

"Wracając wieczorem słyszałem śpiew słowika; słyszę go jeszcze, choć z bardzo daleka. Ten głos nie da się z niczym porównać, bardziej dla wzruszeń, jakie budzi, niż dla swego piękna. 
Buffon, jako przyrodnik, zachwyca się giętką krtanią i rozmaitością tonów melancholijnego śpiewaka wiosny; ja odnajduję w jego śpiewie monotonię, której niekreślony czar jest u źródła wszystkich żywych wrażeń."* 


* Eugène Delacroix: Dzienniki, cz. 1: 1822-1853, Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2003, s. 72, tłumaczenie: Joanna Guze i Julia Hartwig


Słowik