Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ^sztuka - XIX w.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ^sztuka - XIX w.. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 lipca 2012

Kazimiera Iłłakowiczówna - Chwila ciszy


Iłłakowiczówna

Włos każdy brzęczy jak struna dotknięta,
włos jasny, cienki...
Kręcą się, kręcą jak młode dziewczęta
białe wisienki.

Włos każdy śpiewa pod ręką jak pszczoła
w wielkim kielichu...
Weszły tańczące konwalie do koła,
nucą po cichu.

Grają i brzęczą --- długi włos w warkoczu,
drobny --- u skroni...
Bez utkwił we mnie sto tysięcy oczu
i także dzwoni.




Kazimiera Iłłakowiczówna: "Chwila ciszy". W: "Kazimiera Iłłakowiczówna". Seria Poeci Polscy. Czytelnik, Warszawa 1971, s. 11

Claude Monet - Giverny in Springtime  (1900)



niedziela, 22 lipca 2012

James Clavell - Gai-jin


Gai-jin

"W głównej sali klubu oświetlonej lampami naftowymi trwało w najlepsze przyjęcie zaręczynowe. Malcolm Struan zagarnął cały budynek i kazał go wyszykować. Zaproszono wszystkich godnych szacunku mieszkańców Osiedla - a oni przyjęli zaproszenie – wszystkich oficerów, bez których flota i wojska lądowe mogły się akurat obyć. Na zewnątrz zaś, na High Street, patrole obu formacji miały rozkaz nie wpuszczać opojów ani też niepożądanych gości z Miasta Pijaków.
Angelique nigdy nie wyglądała bardziej oszałamiająco: krynolina, koafiura z piórami rajskich ptaków i olśniewający pierścionek zaręczynowy. Grano pulsującego walca Johanna Straussa Młodszego - utwór zupełnie nowy, właśnie dotarł z Wiednia przesyłką dyplomatyczną. Andre Poncin siedział przy fortepianie; towarzyszyła mu odziana na galowo orkiestra marynarki w podstawowym składzie. Partnerem Angelique był Settry Pallidar - jego wybór na reprezentanta armii przyjęto rykiem aprobaty, acz powszechnie mu zazdroszczono.
[…]
- Szczęściarz, ten cholerny sukinsyn - rzekł cicho Marlowe obserwując rywala. Marlowe miał białe jedwabne spodnie i pończochy oraz czarne buty ze srebrnymi sprzączkami. Na niebieskiej marynarce jego munduru pobłyskiwał dodatkowy sznur adiutanta.
- Kto taki? - spytał Tyrer. Przechodził obok, trzymając w ręce kolejny już kieliszek szampana. Był zaczerwieniony, podniecony zabawą oraz tym, że udało mu się wywieźć z Edo samuraja Nakamę i z aprobatą sir Williama zainstalować go w swym domu jako nauczyciela japońskiego.
- Kto jest sukinsynem, Marlowe?
- Wypchaj się! Tak jakbyś nie wiedział! - Marlowe wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Posłuchaj, ja reprezentuję marynarkę, do mnie należy następny taniec i pokażę psubratowi co i jak albo polegnę.
- Szczęściarz! Jaki to taniec?
- Polka!
- Och, słowo daję! Tyś to zaaranżował?
- Przysięgam, że nie! - Polka, wywodząca się z czeskiego tańca ludowego, zagościła ostatnio na europejskich parkietach. Tańczono ją wszędzie z zapałem, choć wciąż uchodziła za taniec ryzykowny. - Jest w programie! Nie zauważyłeś?
- Nie, zupełnie nie, miałem zbyt wiele spraw na głowie - oznajmił rozradowany Tyrer. Tak bardzo pragnął opowiedzieć komuś o tym, jaki okazał się sprytny, a jeszcze bardziej zdradzić mu to, że dzisiaj, gdy tylko będzie mógł, przejdzie Most Raju i wpadnie w ramiona swej ukochanej. Żałował, że w obu sprawach zobowiązano go do zachowania tajemnicy. – Tańczy jak marzenie, prawda?
- Cześć, młody Tyrerze... - odezwał się Dmitri Syborodin, podchmielony, spocony, z kuflem rumu w garści. - Poprosiłem szefa orkiestry, by uciął kankana. Facet mówi, że już czterech przede mną prosiło.
- Boże, zagra? - spytał przestraszony Tyrer. - Raz w Paryżu widziałem, jak to tańczono... Nie uwierzysz, ale dziewczyny w ogóle nie miały na sobie pantalonów.
- Wierzę! - Dmitri zaśmiał się rubasznie. - Lecz Anielskie Cyce ma je dziś na sobie i niech mnie diabli, jeśli będzie się bała je pokazać!
- Posłuchaj tylko... - zaczął zapalczywie Marlowe.
- Uspokój się, John, on po prostu żartuje. Dmitri, jesteś niemożliwy! Z pewnością szef orkiestry nie ośmieli się?
- Chyba żeby Malc mu kiwnął.
Rozejrzeli się po sali. Malcolm Struan siedział z doktorem Hoagiem, Babcottem, Seratardem i kilkoma innymi ministrami. Obserwował parkiet, oczami wodził za Angelique, która wznosiła się, opadała i kołysała oczarowana śmiałą nowoczesną muzyką, wprawiającą wszystkich w wesoły nastrój. Jego dłoń spoczywała na masywnej lasce, złoty sygnet pobłyskiwał, gdy Malcolm poruszał palcami do taktu. […]
Kiedy wymieciono wszystko ze stołów i usunięto siedmiu pijaków, Andre Poncin zasiadł na swym miejscu i orkiestra zaczęła grać.
Przestrzegając etykiety, sir William poprosił Malcolma o pierwszy taniec. Następnym był Seratard, potem pozostali ministrowie - z wyjątkiem von Heimricha, który chory na biegunkę leżał w łóżku - a wreszcie admirał i generał. Później mężczyźni tańczyli po kolei z pozostałymi dwiema kobietami. Po każdym tańcu Angelique otaczali zaczerwieni i uśmiechnięci panowie, a ona, wachlując się, powracała do  Malcolma; miła dla wszystkich, jemu jednemu poświęcała całą uwagę. Za każdym razem odmawiała tańczenia, a w końcu dawała się przekonać narzeczonemu: "Ależ Angelique, kochanie, ubóstwiam patrzeć, jak tańczysz, robisz to z takim wdziękiem".
Teraz właśnie na nią patrzył, rozdarty między poczuciem szczęścia a zniechęceniem,
wściekły, że jest kulawy."


Can Can Dancers - Jean Louis Forain

James Clavell: "Gai-jin". vis-à-vis Etiuda, Kraków 2009, s. 332-335, tłum. Grażyna Grygiel, Witold Nowakowski, Piotr Staniewski

sobota, 21 lipca 2012

Bronisława Ostrowska - W karnecie balowym I


Krąg szklisty, świetlisty, wielki
faluje, śpiewa i drga ---
Skrzydlate pantofelki,
Różowa sukni mgła.
Tęczowe koło się toczy,
Łańcuch gorących rąk:
W krąg oczy, jak pawie oczy,
I lampy w lustrach w krąg.
Nie wiem, czy płynę, czy tańczę,
Do lądu w złotej mgle ---
Stół, palma i pomarańcze,
I szampan w zimnym szkle.
I znów mię fala porywa
W grającą, lśniącą dal,
W tę bajkę, co się nazywa
Najpierwszy bal.


Wilhelm Gause - Walc wiedeński (XIX w.)

Bronisława Ostrowska, seria Poeci Polscy, Czytelnik, Warszawa 1968, str. 113

niedziela, 8 lipca 2012

Hanna Ożogowska - Tajemnica zielonej pieczęci

Tajemnica zielonej pieczęci

"Koncertu, jak się spodziewał Stefan, nie było. Elżbieta, owszem, siadła do pianina, ale zaczęła grać walca, a Bartek, ten baryłkowaty Bartuś, poprosił do tańca Alinę i wywijał z nią tak zgrabnie, że Stefan oczom własnym nie chciał wierzyć. Wiktor też nie kazał się prosić. Już tańczył z którąś koleżanką Elżbiety. Tylko Stefan siedział zdrętwiały, zaskoczony, nie wiedzący, co zrobić z oczami, z rękami i nogami.
- Stefan, dlaczego nie tańczysz? - rzuciła mu od pianina Elżbieta, a widząc jego nieszczęśliwą minę, dodała: - Nie lubisz tańczyć?
- Nie, nie, zupełnie nie lubię, bardzo nie lubię - chwycił się tej deski ratunku Stefan i już trochę swobodniej przyglądał się tańcom.
Wiktor tańczył najzręczniej. Gdzie, kiedy on się tego nauczył? Kuzyni Bartka obracali swoje tancerki z ogromnie poważnymi minami. Roman Koziołkiewicz nie posiadał tej sztuki w zbyt dużym stopniu. Co chwilę nadeptywał swojej partnerce na nogi lub wpadał na inne pary, co chwilę słychać było jego "przepraszam", a jednak Stefan i jemu zazdrościł.
Naraz usiadła obok niego zadyszana Alina.
- Chcesz, nauczę cię? - zapytała.
- Nie, nie teraz, cicho - odburknął niegrzecznie, ale zaraz pożałował i zapytał potulnie:
- Alina, to już teraz cały czas będziecie tylko tańczyć?
- Nie, dlaczego cały czas? O, zobaczysz, Elżbietka to specjalistka od różnych gier. Ale nie wiem, czy ci się spodobają. Ja wolę tańczyć, tylko... tylko..."
[s. 215-216]

"Wieczorem ojciec siedział przy radiu. Nadawano skoczną muzykę taneczną. Lucyna wyciągnęła mamę z kuchni i tańczyła z nią naokoło stołu. Podskakiwała jak wróbel na nitce, aż się ojciec śmiał, ale takt chwytała doskonale i obracała się zręcznie. Stefan patrzył z zazdrością. W pewnej chwili powiedział głosem szorstkim od zakłopotania:
- Tak, Lucynkę to mamusia nauczyła tańczyć, a ja to co? Inni skaczą, tylko ja niby ten drąg w kącie...
Tego wieczoru Stefan został wprowadzony w arkana sztuki tanecznej. Nawet mu ta pierwsza lekcja nieźle poszła."
[s. 255]


Edgar Degas - Lekcja tańca (1872)

Hanna Ożogowska: "Tajemnica zielonej pieczęci". Wydawnictwo Zielona Sowa, Kraków 2011

piątek, 6 lipca 2012

Jan Kochanowski - Tren VI




TREN VI
Ucieszna moja śpiewaczko, Safo słowieńska,
   Na którą nie tylko moja cząstka ziemieńska,
Ale i lutnia dziewiczym prawem spaść miała;
   Tęś nadzieję już po sobie okazowała,
Nowe piosnki sobie tworząc, nie zamykając
   Ustek nigdy, ale cały dzień prześpiewając;
Jako więc lichy słowiczek w krzaku zielonym
   Całą noc prześpiewa gardłkiem swym ucieszonym.
Prędkoś mi nazbyt umilkła, nagle cię sroga
   Śmierć spłoszyła, moja wdzięczna szczebiotko droga,
Nie nasyciłaś mych uszu swymi piosnkami
   I tę trochę teraz płacę sowicie łzami.
A tyś ani umierając śpiewać przestała.
   Lecz matkę, ucałowawszy, takeś żegnała:
"Już ja tobie, moja matko, służyć nie będę
   Ani za twym wdzięcznym stołem miejsca zasiędę;
Przyjdzie mi klucze położyć, samej precz jechać,
   Domu rodziców swych miłych wiecznie zaniechać".
To, i czego żal ojcowski nie da serdeczny
   Przypominać więcej, był jej głos ostateczny.
A matce, słysząc żegnanie tak żałościwe,
   Dobre serce, że od żalu zostało żywe.


Zygmunt Trembecki - Jan Kochanowski z Urszulką (1878)

Bliższe informacje o rzeźbie są tu. Okładka książki pochodzi ze strony wp.pl

Jan Kochanowski: "Tren VI". W: "Treny". Biblioteka Narodowa, Seria I, Nr 1. Dziewięćdziesięciolecie serii 1919-2009. Zakład Narodowy im. Ossolińskich - Wydawnictwo, Wrocław 2009, wyd. XVI popr., s. 14-15

środa, 20 czerwca 2012

Henryk Sienkiewicz - Rodzina Połanieckich

Rodzina Połanieckich
"Była już blisko dziewiąta, gdy zaszedł do Bigiela. Bigiel, sam w obszernym, pustym mieszkaniu, siedział we drzwiach otwartych na ogrodową werendę i wygrywał na wiolonczeli tak, że aż wszystko w domu drgało. Ujrzawszy Połanieckiego przerwał jakieś tremolo i spytał:
- Byłeś dziś u Pławickich?
- Byłem.
- Jakże panna?
- Jak karafka "frapowanej" wody. Na taki gorący dzień to przyjemność. Zresztą grzeczni ludzie.
- Przewidywałem to.
- Graj dalej.
Bigiel począł grać Träumerei i grając przymykał oczy lub podnosił je na księżyc. W ciszy muzyka zdawała się napełniać słodyczą dom, ogród i samą noc.
Gdy skończył, milczał przez chwilę, po czym rzekł:
- Wiesz co? Jak pani Emilia wróci, żona moja zaprosi ją do siebie na wieś, a z nią i pannę Pławicką. Może tam te lody między wami stopnieją.
- Zagraj jeszcze raz Träumerei.
Dźwięki ozwały się po raz drugi, spokojne i rozmarzone. I Połaniecki był zbyt młodym, by nie miał być również choć trochę marzycielem. Więc wyobraził sobie, że Marynia słucha z nim razem Träumerei z rękoma w jego rękach, z głową na jego piersiach, kochająca bardzo i nad wszystko w świecie kochana."


Daria Grajek - Wiolonczela  (2012)

Eduard Bendemann - Schumann 1850 (1859)


 Henryk Sienkiewicz: "Rodzina Połanieckich" 1894

piątek, 15 czerwca 2012

Koncert Wojskiego


Kazimierz Alchimowicz - Wojski z rogiem

"(...) Natenczas Wojski chwycił na taśmie przypięty
Swój róg bawoli, długi, cętkowany, kręty
Jak wąż boa, oburącz do ust go przycisnął,
Wzdął policzki jak banię, w oczach krwią zabłysnął,
Zasunął wpół powieki, wciągnął w głąb pół brzucha
I do płuc wysłał z niego cały zapas ducha,
I zagrał: róg jak wicher, wirowatym dechem
Niesie w puszczę muzykę i podwaja echem.
Umilkli strzelcy, stali szczwacze zadziwieni
Mocą, czystością, dziwną harmoniją pieni.
Starzec cały kunszt, którym niegdyś w lasach słynął,
Jeszcze raz przed uszami myśliwców rozwinął;
Napełnił wnet, ożywił knieje i dąbrowy,
Jakby psiarnię w nie wpuścił i rozpoczął łowy.
Bo w graniu była łowów historyja krótka:
Zrazu odzew dźwięczący, rześki: to pobudka;
Potem jęki po jękach skomlą: to psów granie;
A gdzieniegdzie ton twardszy jak grzmot: to strzelanie.
Tu przerwał, lecz róg trzymał; wszystkim się zdawało,
Że Wojski wciąż gra jeszcze, a to echo grało.
Zadął znowu; myśliłbyś, że róg kształty zmieniał
I że w ustach Wojskiego to grubiał, to cieniał,
Udając głosy zwierząt: to raz w wilczą szyję
Przeciągając się, długo, przeraźliwie wyje,
Znowu jakby w niedźwiedzie rozwarłszy się garło,
Ryknął; potem beczenie żubra wiatr rozdarło.
Tu przerwał, lecz róg trzymał; wszystkim się zdawało,
Że Wojski wciąż gra jeszcze, a to echo grało.
Wysłuchawszy rogowej arcydzieło sztuki,
Powtarzały je dęby dębom, bukom buki.
Dmie znowu: jakby w rogu były setne rogi,
Słychać zmieszane wrzaski szczwania, gniewu, trwogi,
Strzelców, psiarni i zwierząt; aż Wojski do góry
Podniósł róg, i tryumfu hymn uderzył w chmury.
Tu przerwał, lecz róg trzymał; wszystkim się zdawało,
Że Wojski wciąż gra jeszcze, a to echo grało.
Ile drzew, tyle rogów znalazło się w boru,
Jedne drugim pieśń niosą jak z choru do choru.
I szła muzyka coraz szersza, coraz dalsza,
Coraz cichsza i coraz czystsza, doskonalsza,
Aż znikła gdzieś daleko, gdzieś na niebios progu!
Wojski obiedwie ręce odjąwszy od rogu
Rozkrzyżował; róg opadł, na pasie rzemiennym
Chwiał się. Wojski z obliczem nabrzmiałym, promiennym,
Z oczyma wzniesionymi, stał jakby natchniony,
Łowiąc uchem ostatnie znikające tony.
A tymczasem zagrzmiało tysiące oklasków,
Tysiące powinszowań i wiwatnych wrzasków. (...)"


Józef Brzostowski - Koncert Wojskiego (1873)








Na stronie Wikimedii  znalazłam następującą informację:
"Scena "Koncert Wojskiego" wykonana w kości słoniowej na boku mahoniowej szkatuły przeznaczonej do przechowywania manuskryptu "Pan Tadeusz". Dzieło rzeźbiarza Józefa Brzostowskiego z 1873 r. na bazie rysunku Juliusza Kossaka. Zbiory Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Wrocławiu." Autorem jest Robert Niedźwiedzki. [Scenę można powiększyć, klikając w nią].

A oto ta szkatułka:

Szkatułka z rękopisem "Pana Tadeusza"


Adam Mickiewicz: "Pan Tadeusz, czyli Ostatni zajazd na Litwie. Historia szlachecka z roku 1811 i 1812 we dwunastu księgach wierszem", Księga IV: Dyplomatyka i łowy. Paryż 1832-34

środa, 13 czerwca 2012

Koncert Jankiela

Koncert Jankiela - Jan Czesław Moniuszko (XIX w.)

Było cymbalistów wielu,
Ale żaden z nich nie śmiał zagrać przy Jankielu
[...]
Proszą, ażeby zagrał, podają cymbały;
Żyd wzbrania się, powiada, że ręce zgrubiały,
Odwykł od grania, nie śmie i panów się wstydzi;
Kłaniając się umyka; gdy to Zosia widzi,
Podbiega i na białej podaje mu dłoni
Drążki, któremi zwykle mistrz we stróny dzwoni;
Drugą rączką po siwej brodzie starca głaska
I dygając: "Jankielu - mówi - jeśli łaska,
Wszak to me zaręczyny, zagrajże, Jankielu!
Wszak nieraz przyrzekałeś grać na mym weselu!"

Jankiel nieźmiernie Zosię lubił; kiwnął brodą
Na znak, że nie odmawia; więc go w środek wiodą,
Podają krzesło, usiadł, cymbały przynoszą,
Kładą mu na kolanach. On patrzy z rozkoszą
I z dumą; jak weteran w służbę powołany,
Gdy wnuki ciężki jego miecz ciągną ze ściany,
Dziad śmieje się, choć miecza dawno nie miał w dłoni,
Lecz uczuł, że dłoń jeszcze nie zawiedzie broni.

Tymczasem dwaj uczniowie przy cymbałach klęczą,
Stroją na nowo struny i probując brzęczą;
Jankiel z przymrużonemi na poły oczyma
Milczy i nieruchome drążki w palcach trzyma.

Spuścił je, zrazu bijąc taktem tryumfalnym,
Potem gęściej siekł stróny jak deszczem nawalnym;
Dziwią się wszyscy - lecz to była tylko proba,
Bo wnet przerwał i w górę podniosł drążki oba.

Znowu gra: już drżą drążki tak lekkiemi ruchy,
Jak gdyby zadzwoniło w stronę skrzydło muchy,
Wydając ciche, ledwie słyszalne brzęczenia.
Mistrz zawsze patrzył w niebo, czekając natchnienia.
Spójrzał z góry, instrument dumnym okiem zmierzył,
Wzniosł ręce, spuścił razem, w dwa drążki uderzył:
Zdumieli się słuchacze...
Razem ze strón wiela
Buchnął dźwięk, jakby cała janczarska kapela
Ozwała się z dzwonkami, z zelami, z bębenki.
Brzmi Polonez Trzeciego Maja! - Skoczne dźwięki
Radością oddychają, radością słuch poją,
Dziewki chcą tańczyć, chłopcy w miejscu nie dostoją -
Lecz starców myśli z dźwiękiem w przeszłość się uniosły,
W owe lata szczęśliwe, gdy senat i posły
Po dniu Trzeciego Maja w ratuszowej sali
Zgodzonego z narodem króla fetowali;
Gdy przy tańcu śpiewano: "Wiwat Król kochany!
Wiwat Sejm, wiwat Naród, wiwat wszystkie Stany!"

Mistrz coraz takty nagli i tony natęża;
A wtem puścił fałszywy akord jak syk węża,
Jak zgrzyt żelaza po szkle - przejął wszystkich dreszczem
I wesołość pomięszał przeczuciem złowieszczem.
Zasmuceni, strwożeni, słuchacze zwątpili:
Czy instrument niestrojny? czy się muzyk myli?
Nie zmylił się mistrz taki! On umyślnie trąca
Wciąż tę zdradziecką stronę, melodyję zmąca,
Coraz głośniej targając akord rozdąsany,
Przeciwko zgodzie tonów skonfederowany;
Aż Klucznik pojął mistrza, zakrył ręką lica
I krzyknął: "Znam! znam głos ten!
to jest T a r g o w i c a!"
I wnet pękła ze świstem strona złowróżąca.

Muzyk bieży do prymów, urywa takt, zmąca,
Porzuca prymy, bieży z drążkami do basów.
Słychać tysiące coraz głośniejszych hałasów,
Takt marszu, wojna, atak, szturm, słychać wystrzały,
Jęk dzieci, płacze matek. - Tak mistrz doskonały
Wydał okropność szturmu, że wieśniaczki drżały,
Przypominając sobie ze łzami boleści
R z e ź  P r a g i, którą znały z pieśni i z powieści,
Rade, że mistrz na koniec strónami wszystkiemi
Zagrzmiał i głosy zdusił, jakby wbił do ziemi.

Ledwie słuchacze mieli czas wyjść z zadziwienia,
Znowu muzyka inna - znów zrazu brzęczenia
Lekkie i ciche, kilka cienkich strónek jęczy,
Jak kilka much, gdy z siatki wyrwą się pajęczéj.
Lecz strón coraz przybywa, już rozpierzchłe tony
Łączą się i akordów wiążą legijony,
I już w takt postępują zgodzonemi dźwięki,
Tworząc nutę żałosną tej sławnej piosenki:
O żołnierzu tułaczu, który borem, lasem
Idzie, z biedy i z głodu przymierając czasem,
Na koniec pada u nóg konika wiernego,
A konik nogą grzebie mogiłę dla niego.

Piosenka stara, wojsku polskiemu tak miła!
Poznali ją żołnierze, wiara się skupiła
Wkoło mistrza; słuchają, wspominają sobie
Ów czas okropny, kiedy na Ojczyzny grobie
Zanucili tę piosnkę i poszli w kraj świata;
Przywodzą na myśl długie swej wędrówki lata
Po lądach, morzach, piaskach gorących i mrozie,
Pośrodku obcych ludów, gdzie często w obozie
Cieszył ich i rozrzewniał ten śpiew narodowy.
Tak rozmyślając, smutnie pochylili głowy.

Ale je wnet podnieśli, bo mistrz tony wznosi,
Natęża, takty zmienia, cóś innego głosi.
I znowu spójrzał z góry, okiem struny zmierzył,
Złączył ręce, oburącz w dwa drążki uderzył:
Uderzenie tak sztuczne, tak było potężne,
Że stróny zadzwoniły jak trąby mosiężne
I z trąb znana piosenka ku niebu wionęła,
Marsz tryumfalny: "Jeszcze Polska nie zginęła!"
"Marsz, Dąbrowski, do Polski!" - I wszyscy klasnęli,
I wszyscy "Marsz Dąbrowski" chorem okrzyknęli!

Muzyk, jakby sam swojej dziwił się piosence,
Upuścił drążki z palców ...


Koncert Jankiela - Juliusz Kossak (1873)


Adam Mickiewicz: "Pan Tadeusz, czyli Ostatni zajazd na Litwie. Historia szlachecka z roku 1811 i 1812 we dwunastu księgach wierszem", Księga XII: Kochajmy się. Paryż 1832-34.