Pokazywanie postów oznaczonych etykietą - opera i operetka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą - opera i operetka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 lipca 2017

Emma znalazła się w świecie swej młodości, w pełni lektury Waltera Scotta...

Tymczasem zapłonęły świece w orkiestrze. Żyrandol opuścił się z sufitu i rzucił na sale wraz z migotaniem kryształów nagłą radość. Jedni po drugich weszli muzykanci i rozległo się, zrazu bezładne, dudnienie basów, piski skrzypiec, trąbienie kornetu, kwilenie fletów i flażolety. Wtem usłyszano trzy głuche uderzenia na scenie. Zabrzmiały kotły, rozległy się dźwięki trąb, kurtyna podniosła się odsłaniając krawędź lasu. W cieniu dębu, z lewej, znajdowało się źródło. Włościanie i panowie z pledami przerzuconymi przez ramie śpiewali razem myśliwską piosenkę, po czym nadszedł jakiś wódz, który wzywał anioła ciemności, wznosząc w górę oba ramiona; zjawił się drugi i odeszli razem, a strzelcy znów zaczęli śpiewać.
Emma znalazła się w świecie swej młodości, w pełni lektury Waltera Scotta. Zdało się jej, że słyszy wśród mgły dźwięk szkockiej kobzy na wrzosowiskach. Znajomość powieści ułatwiała jej zrozumienie libretta; śledziła intrygę zdanie po zdaniu, a nawiedzające ją myśli rozpierzchały się wnet pod falami muzyki. Kołysana melodią, czuła, że sama wibruje cała, jakby smyczki skrzypiec przesuwały się po jej nerwach. Nie mogła się dość napatrzyć kostiumom, dekoracjom, postaciom, malowanym drzewom, które drżały, gdy przechodzono koło nich; aksamitnym toczkom, płaszczom, szpadom i wszystkim tym urojeniom ożywającym wśród dźwięków muzyki jak gdyby w atmosferze z innego świata. Wtem wysunęła się naprzód młoda kobieta, rzucając sakiewkę zielonemu masztalerzowi. Została sama i rozległ się wówczas głos fletu, podobny do szmeru strumyka i do świergotu ptaków. Łucja zaintonowała śmiało swa Cavatine G-dur.
Skarżyła się na nieszczęsną miłość i prosiła o skrzydła. Emma również pragnęła uciec od życia, odlecieć w jakimś uścisku. Wtem zjawił się Edgar Lagardy. Miał tę olśniewającą bladość, która użycza płomiennym rasom południa majestatu marmurów. Krzepka jego kibic ujęta była w obcisły kaftan brunatnej barwy, mały cyzelowany sztylet zwisał mu nad lewym udem, rzewnie przewracał oczyma, pokazując białe zęby. Powiadano, że pewna polska księżniczka zakochała się w nim słuchając, jak śpiewał kiedyś na plaży w Biarritz, gdzie naprawiał szalupy. Zrujnowała się dla niego. Porzucił ja dla innych kobiet, a rozgłos tych miłostek przydawał tylko sławy jego sukcesom artystycznym. Kabotyn-dyplomata, ilekroć reklamował swą osobę, nie omieszkał nigdy przemycić jakiegoś poetycznego zdania o uroku swej postaci i tkliwości duszy. Piękny głos, niezachwiana pewność siebie, więcej temperamentu niż inteligencji i więcej emfazy niż liryzmu, oto co przydawało blasku temu wspaniałemu okazowi szarlatana, w którym było coś z fryzjera i coś z toreadora.
Od pierwszej sceny wzbudził entuzjazm. Tulił Łucję w ramionach, opuszczał ją, powracał, zdawał się być zrozpaczony; zionął gniewem, potem wywodził elegijne jęki o niezrównanej słodyczy, a tony wymykały się z jego obnażonej szyi pełne łkań i pocałunków. Emma, drąc paznokciami aksamit loży, wychylała się, by go lepiej widzieć. Serce jej wypełniało się owymi melodyjnymi skargami, rozbrzmiewającymi przy akompaniamencie kontrabasów jak wołania rozbitków w zgiełku burzy. Stanęły jej w pamięci wszystkie upojenia, wszystkie męki, które ją niemal o śmierć przyprawiły. Głos śpiewaczki zdawał się jej jedynie oddźwiękiem własnych uczuć, a złuda, która ja czarowała, cząstką jej życia. Lecz nikt na świecie nie kochał jej taką miłością. On nie płakał jak Edgar, gdy w blasku księżyca mówili sobie ostatniego wieczoru: "Do jutra! Do jutra!..." Sala grzmiała od oklasków. Powtórzono całą strette. Kochankowie mówili o kwiatach na swych grobach, o przysięgach, wygnaniu, złym losie, nadziejach, a gdy zaintonowali pożegnalny finał, Emma wydała przenikliwy 
okrzyk, który wplatał się w wibracje ostatnich akordów.


Gustaw Flaubert - Pani Bovary. s. 188-190; przekład - Aniela Micińska. Tom 3 z Kolekcji Hachette, wydany w porozumieniu z wydawnictwem Świat Książki



Lucia di Lammermoor - Scena e cavatina: Regnava nel Silenzio

wtorek, 18 lipca 2017

Jak pani wie, muzyka roznosi choroby nieuleczalne

Droga pani Schubert, w młodości często chorowałem na operę. Operę tragiczną, która dosypuje do życia trucizny, przebija sztyletem strach, ginie w pojedynku, popełnia samobójstwo. Podziwiałem śpiewaków, którzy ratowali honor sopranu. Kiedy z arii wydobywał się ogień, wzywali na pomoc fabułę i inne cudaczne desenie sztuki. Jak pani wie, muzyka roznosi choroby nieuleczalne: nokturny, serenady, symfonie, urojenia smyczkowe. Jako pacjent sal koncertowych biegle nimi władam.

Ewa Lipska: Pęknięte oko czasu (Droga pani Schubert...). Wydanie dwujęzyczne: polsko-francuskie. Przekład Elżbiety Jogałły. Wydawnictwo Austeria, Kraków-Budapeszt 2017, s. 76

wtorek, 17 stycznia 2017

najpiękniejsze dzieło operowe świata

   Nagle zdaję sobie sprawę, że słychać muzykę.
   Dźwięk nie jest bardzo głośny, a wydobywa się z niewidzialnych głośników, które rozpraszają go po całej kuchni.

   Thy hand, lovest soul, darmness shades me,
   Only thy bossom let me rest.
   When I am laid in earth
   May my wrongs create
   No trouble in thy breast.
   Remember me, remember me,
   But ah! Forget my fate.

   To śmierć Dydony w Dydonie i Eneaszu Purcella. Jeśli chcecie znać moje zdanie - najpiękniejsze dzieło operowe świata. Nie tylko urodziwe, ale także wzniosłe, a to dzięki niewiarygodnej bliskości dźwięków, jakby trzymała je razem jakaś niewidzialna siła i jakby - chociaż każdy inny - stapiały się w jeden, na granicy możliwości głosu ludzkiego, niemal zahaczając o zwierzęcy jęk; ale krzyki zwierząt nigdy nie osiągną takiej urody, urody zrodzonej z obalenia artykulacji fonetycznej i z poniechania precyzji, z którą język zwykle rozróżnia dźwięki.
   Zakłócić tempo kroków, stopić dźwięki.
   Sztuka to życie, ale w innym rytmie.


Muriel Barbery - Elegancja jeża. Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, Warszawa 2008, s. 333-334; tłumaczenie Ireny Stąpor

sobota, 18 sierpnia 2012

Jan Lechoń - Aria z kurantem

Smutek taki mnie chwycił, że zda się, aż skomli,
Ani przed kim się żalić, kto wie, kiedy minie,
Gdybyż to było można usiąść przy kominie
I czytać sobie stare wiersze Syrokomli!

I marzyć, jakbyś pocztą wędrował podróżną,
O owych lasach, rzekach, tych dworach, tym zdroju,
I myśleć, że są wszyscy w przyległym pokoju,
Od których ciągle listów wyglądasz na próżno.

Cóż znajdę, jeśli wyjdę takiego wieczoru?
Tu wszyscy przecież obcy i każdy gdzieś śpieszy.
Ach, żadna mnie muzyka dzisiaj nie pocieszy,
Chyba "Aria z kurantem" ze Strasznego dworu.



Spektakl "Straszny dwór" Stanisława Moniuszki
w reżyserii Wiesława Ochmana
 w Operze Śląskiej (2010)

Jan Lechoń: "Poezje". Łuk, Białystok 1994, seria Biblioteka Klasyki Polskiej

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Stanisław Barańczak - Z okna na którymś piętrze ta aria Mozarta...


Chirurgiczna precyzja
Z okna na którymś piętrze ta aria Mozarta,
kiedy szedłeś wzdłuż bloku. A w tej samej chwili
waliły się i z gruzów wstawały mocarstwa.

“Non so piu…” – ten żar róż bez ciężaru, ten żart na
śmierć i życie, pędzący za chmarą motyli
anapest tętna. Właśnie ta aria Mozarta

miała tu brzmieć, jak gdyby istniała gdzieś karta
praw przechodnia spod bloku, której nie gwałcili
ci inni my, ci z gruzów wznoszący mocarstwa -

gwarancja, że choć jedna zasłona, nie zdarta
do szczętu płyta, przetrwa; że zawsze uchyli
jakieś okno czy wyrok ta aria Mozarta.

Jak gdyby wszystkie dobra zdążyła ta martwa
ręka niepoczytalnie zapisać nam, czyli
kopczykom gruzów, z których wstawały mocarstwa,

w których rosła, wbrew nim, na niczym nie oparta
wiara, że to nie błąd, że nigdy się nie myli
w oknie na którymś piętrze ta aria Mozarta.
Waliły się i z gruzów wstawały mocarstwa.


Saverio dalla Rosa - Mozart jako dziecko (1770)

Stanisław Barańczak: "Z okna na którymś piętrze ta aria Mozarta". Ze zbiorku "Chirurgiczna precyzja. Elegie i piosenki z lat 1995-1997". Wydawnictwo a5, Kraków 1998, s. 70 
[Nagroda Literacka NIKE w roku 1999]

CHERUBINO
Non so più cosa son, cosa faccio,
or di foco, ora sono di ghiaccio,
ogni donna cangiar di colore,
ogni donna mi fa palpitar.
Solo ai nomi d'amor, di diletto,
mi si turba, mi s'altera il petto
e a parlare mi sforza d'amore
un desio ch'io non posso spiegar.
Parlo d'amor vegliando,
parlo d'amor sognando,
all'acque, all'ombre, ai monti,
ai fiori, all'erbe, ai fonti,
all'eco, all'aria, ai venti,
che il suon de' vani accenti
portano via con s.
E se non ho chi mi oda,
parlo d'amor con me.

Już nie wiem kim jestem, co robię,
Raz w sercu mam żar, raz lód.
Na widok każdej kobiety rumienię się,
Na widok każdej kobiety drżę.
Kiedy słyszę słowo „miłość" lub „ukochana"
Serce bije mi szybciej
I by mówić o miłości
Nabieram nieprzepartej ochoty.
Już nie wiem kim jestem itd.
Mówię o miłości na jawie,
Mówię o niej we śnie,
Do strumienia, cienia, gór,
Do kwiatów, traw i fontann,
Do echa, powietrza, wiatru,
Który unosi ze sobą
Dźwięk moich daremnych słów...
Mówię o miłości na jawie itd.
A jeśli nie mam do kogo,
Mówię o miłości sam do siebie.


Wolfgang Amadeusz Mozart: "Wesele Figara", Akt 1, Scena V,  aria Cherubina, 
libretto: Lorenzo da Ponte; na podstawie sztuki Pierre'a Beaumarchais "Le marriage de Figaro".  [tłumaczenie: Hayde]


sobota, 16 czerwca 2012

Anchee Min - Ostatnia cesarzowa

Ostatnia cesarzowa
"Żeby czymś zająć myśli, zorganizowałam spektakl opery ponpon, na który zaprosiłam najbliższe otoczenie. Wszyscy byli zdumieni, albowiem operę ponpon powszechnie uważano za rozrywkę dla biednych. W dzieciństwie widywałam takie przedstawienia we wsiach w mojej okolicy. Po tym, jak mój ojciec został zdjęty z urzędu, matka sprowadziła aktorów, żeby go rozweselić. Pamiętam, że byłam zachwycona występem. Po przeprowadzce do Pekinu znów strasznie chciałam ich zobaczyć, lecz powiedziano mi, że pałac to nie miejsce dla takiej miernoty.
     Trupa była maleńka, złożona tylko z dwóch kobiet i trzech mężczyzn. Mieli stare kostiumy i marne rekwizyty. Z trudem przeszli przez bramę, bo straż nie wierzyła, że ich naprawdę wezwałam. Nawet Li Lianying nie mógł przekonać wartowników. Wpuścili trupę dopiero na widok Antchai.
    Przed spektaklem zaprosiłam głównego aktora na prywatną rozmowę. Był to chudy jak szczapa, na wpół ślepy człowiek o załzawionych oczach. Podejrzewałam, że na tę okazję włożył swoje najlepsze ubranie, ale i tak było całe połatane. Podziękowałam mu, że przyszedł, i kazałam kucharzom nakarmić całą trupę przed wyjściem na scenę.
     Dekoracje okazały się nadzwyczaj proste. W tle wisiała zwykła czerwona zasłona. Mistrz zasiadł na stołku. Nastroił dwustrunowe erhu i zaczął grać. Rozległ się dźwięk przypominający darcie prześcieradła. Smutna muzyka dziwnie kojąco rozbrzmiewała w moich uszach.
     Na początku spektaklu spojrzałam wokół siebie i zauważyłam, że oprócz mnie na sali są tylko Antehai i Li Lianying. Wszyscy inni po cichu wyszli. Melodia brzmiała trochę inaczej, niż ją zapamiętałam. Upodobniła się do wycia wiatru gdzieś wysoko w niebie. Jęki dartego prześcieradła wypełniały wszechświat. Tak sobie wyobrażałam zawodzenie uciekających duchów. W myślach widziałam kamienne pustkowia i jodłowe lasy z wolna przysypywane piaskiem.
     Wreszcie muzyka ucichła. Mistrz opuścił głowę na piersi, jakby zasnął. Na scenie zapanowała cisza. Wyobraziłam sobie Wrota Niebios zamykające się w ciemnościach.
     Na scenę weszły dwie kobiety, a po nich mężczyzna. Wszyscy byli ubrani w obszerne niebieskie bluzy. W rękach trzymali bambusowe witki i chińskie miedziane dzwonki. Okrążali głównego aktora, wybijając na dzwonkach rytm melodii, którą grał na erhu.
     Mistrz nagle się obudził i zaczął śpiewać. Wyciągnął szyję niczym indyk i zawodził wysokim, świdrującym głosem, jak cykada w najgorętszy dzień lata
[...]
Nie przestając bić w dzwonki, pozostała trójka przyłączyła się do śpiewu."


Anche Min: „Ostatnia cesarzowa”. Albatros, Wydawnictwo A. Kuryłowicz, Warszawa 2008, 448 s., tłum. Witold Nowakowski