Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ~ domowe muzykowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ~ domowe muzykowanie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 września 2016

Nigdy nie przypuszczałam, że malutkie dzieci tak potrzebują muzyki!

   Tak zaczęło się moje drugie życie muzyczne, w pewnym sensie bardziej udane niż pierwsze. Pomału, z każdym dniem stawałam się coraz śmielsza, coraz więcej czułam w sobie odwagi. Nie tylko grałam, ale i śpiewałam! Dziecinne piosenki płynęły wciąż z tego samego źródła, z mojego dalekiego dzieciństwa, gdy nosiłam kokardy w warkoczach. Tę piosenkę śpiewała mi niania, a tamtą - mama...
   Nigdy nie przypuszczałam, że malutkie dzieci tak potrzebują muzyki! Wchłaniały ją chciwie jak wyschnięta ziemia. Gdy nadchodziła godzina muzyki dla niemowląt, ich wysokie, pomalowane na biało żelazne łóżeczka, zaścielone płasko, bez poduszek, wtaczano do niewielkiej sali, w której stał fortepian. Niemowlęta płakały, uskarżając się na los. Ale gdy tylko zaczynałam grać, cichły i słuchały. Ich mlecznoniebieskie oczy patrzyły zagadkowo, śledziły coś, co dla innych było niedostępne. A niektóre podnosiły maleńkie rączki z różowymi promykami paluszków i igrały nimi jakby do taktu. Starsze, raczkujące, rozumiały jeszcze więcej. Stały w kojcach na słabych, uginających się nóżkach, i uczepione poręczy wprost rwały się do piosenki. Najlepiej było wtedy, gdy wszystkie razem zaczynały śpiewać czy raczej nieśmiało, niezgodnie gaworzyć. Ten "raczkujący" śpiew zawsze mnie wzruszał - trudno powiedzieć, że do łez, nie potrafiłam już płakać, lecz w sercu czułam bolesne drżenie. A starsze, chodzące dzieci - półtoraroczne lub dwuletnie - jakże gorliwie i chętnie tłoczyły się koło fortepianu! Były bladziutkie, rachityczne, z nóżkami w iks, w porównaniu z dziećmi wychowywanymi w normalnych rodzinach mało rozwinięte. Wiele z nich nie umiało mówić, porozumiewały się gestami i ptasim szczebiotem... Ale teraz się ożywiały, popiskiwały, każde chciało stać jak najbliżej, uczepić się mojej sukni. A jedno spośród nich - najśmielsze i najbardziej dorosłe - wspinało się na palce i dotykało klawiszy fortepianu. Rodził się dźwięk. "Muzyka" - mówiłam wtedy, a dzieci świergotały za mną trudne słowo. Dla nich muzyka była cudem, zresztą naprawdę była cudem. Fortepian pojękiwał, moje mało ruchliwe dłonie poruszały się niezgrabnie, lecz wbrew wszystkiemu była to muzyka, jak gdybym grała nie ja, lecz ona sama, wielkodusznie wybaczając mi, że tak mało umiem...


I. Grekowa - Statek wdów. Państwowy Instytut Wydawniczy, seria KIK Warszawa 1984, s. 20-21, przełożyła Alicja Wołodźko

wtorek, 30 grudnia 2014

rytmy indiańskie były dość proste, a bębny ładnie grały, więc miałem dużą frajdę...

  W Los Alamos pracowaliśmy w dużym napięciu, a poza tym nie mieliśmy dostępu do żadnych rozrywek: nie można było pójść do kina ani nic takiego. Odkryłem jednak kolekcję bębnów, zgromadzoną przez szkołę męską, która się tam poprzednio mieściła: Los Alamos leży w Nowym Meksyku, gdzie jest mnóstwo wiosek indiańskich. Miałem więc rozrywkę - czasem sam, czasem z kimś innym - hałasując na tych bębnach. Nie znałem żadnych konkretnych rytmów, ale rytmy indiańskie były dość proste, a bębny ładnie grały, więc miałem dużą frajdę.
  Czasem zabierałem się z bębnami do lasu, żeby nikomu nie przeszkadzać, tłukłem w nie pałeczką i śpiewałem. Pamiętam, że pewnego wieczoru stanąłem pod drzewem, patrzyłem na księżyc, grałem na bębnie i udawałem, że jestem Indianinem.
   Pewnego dnia podszedł do mnie któryś z kolegów i spytał:
  - Czy w Święto Dziękczynienia nie grałeś przypadkiem w lesie na bębnie? 
  - Tak, grałem - odparłem.
  - A, czyli moja żona miała rację! - Po czym opowiedział mi następującą historię:
  W jego domu były dwa mieszkania, na dole i na górze. Pewnego wieczoru usłyszał dobiegające z oddali granie na bębnach, poszedł na górę i współlokator powiedział, że też słyszy. Trzeba pamiętać, że byli to ludzie ze Wschodniego Wybrzeża. Nic nie wiedzieli na temat Indian i bardzo ich to zaciekawiło: Indianie odprawiają jakiś obrzęd, więc postanowili pójść i sprawdzić, jak to wygląda.
  W miarę, jak zagłębiali się w las, muzyka robiła się coraz głośniejsza, a oni byli coraz bardziej zdenerwowani. Zdali sobie sprawę, że Indianie na pewno wystawili czujki, żeby nikt im nie zakłócał obrzędu. Położyli się na brzuchach i zaczęli się czołgać ścieżką. Po jakimś czasie odnieśli wrażenie, że dźwięk dobiega tuż zza niewielkiego wzgórka. Podczołgali się na szczyt wzgórka i ku swojemu zdumieniu odkryli, że obrzęd odprawia jeden samotny Indianin - tańczy wokół drzewa, uderza w bęben pałeczką i śpiewnie zawodzi. Powoli się wycofali, bo nie chcieli mu przeszkadzać. Uznali, że rzuca urok albo coś w tym guście. 
  Opowiedzieli swoim żonom, co widzieli, a one powiedziały:
  - E, to na pewno Feynman - on lubi grać na bębnach.
  - Nie bądźcie śmieszne! - odrzekli mężowie. - Nawet Feynman nie jest aż taki szajbnięty!


Richard P. Feynman - "Pan raczy żartować, panie Feynman!". Przypadki ciekawego człowieka. Wysłuchał Ralph Leighton. Wydawnictwo Znak, Kraków 2007, s. 321-322, przełożył Tomasz Biedroń

niedziela, 16 listopada 2014

Chłopak błądzi po tym lesie dźwięków i czuje wkoło siebie tysiące sił nieznanych

Był sam. Otwierał fortepian, przysuwał krzesło, sadowił się na nim. Ramiona jego sięgały ledwie klawiatury; to mu wystarczało. Czemuż czekał, aż zostanie sam? Nikt nie broniłby mu grać, byle nie robił hałasu. Ale on wstydził się grać wobec kogoś, nie śmiał. Zresztą rozmawiano, ruszano się, to psuło przyjemność. O ileż było piękniej, kiedy był sam!... Krzysztof wstrzymał oddech, żeby było jeszcze ciszej, a i dlatego, że był trochę wzruszony, jakby miał wystrzelić z armaty. Serce mu biło, kiedy dotykał klawisza; niekiedy, nacisnąwszy go do połowy, odrywał palec, by dotknąć innego. Czyż wiadomo, jaki ton wyda ten, a jaki tamten?... Nagle rozbrzmiewa dźwięk; są dźwięki głębokie i są ostre, jedne dzwonią, inne huczą. Dziecko wsłuchuje się w nie długo, jak jeden po drugim słabnie; kołyszą się niby dzwony, które słychać w polu, gdy wiatr kolejno przybliża i oddala ich głosy; a gdy się nastawi ucha, słychać w oddali różne ich dźwięki, które stapiają się ze sobą i wirują jak roje owadów; zda się, wołają cię, pociągają hen... hen... w najdalszą dal, w tajemnicze odludzia, gdzie tony i przepadają... Oto umilkły... Nie! szemrzą jeszcze... Lekki trzepot skrzydeł... Jakie to wszystko dziwne! Rzekłbyś, duchy. Że są tak posłuszne, że dają się więzić w tej starej skrzyni! Rzecz niepojęta!
   Ale pięknie jest ponad wszystko, kiedy jednocześnie dwoma palcami dotknie się dwóch klawiszów. Nigdy nie wiadomo dokładnie, co się stanie. Niekiedy dwa duchy są sobie wrogie; gniewają się, kłócą, nienawidzą, warczą wrogo; głos ich potężnieje, krzyczy; to wpada we wściekłość, to zawodzi boleśnie. Krzysztof jest zachwycony. Rzekłbyś, że zakute w kajdany potwory gryzą łańcuchy, tłuką o ściany więzienia; zda się, że rozwalą je i wyrwą się w świat, jak owe stwory z bajek, duchy zamknięte w skrzyniach arabskich pod pieczęcią Salomona. Inne łaszą się, przymilają, ale znać, że chciałyby gryźć, że gorączka je pali. Krzysztof nie wie, czego chcą; nęcą go i niepokoją, aż dostaje rumieńców. Inne znów tony kochają się; splatają się ze sobą, jak ludzie ramionami, kiedy się całują; są pełne wdzięku i słodyczy. To duchy dobre; mają twarze uśmiechnięte, bez zmarszczek; kochają małego Krzysztofa i Krzysztof je kocha; ma łzy w oczach, kiedy ich słucha i wywołuje je, nigdy niesyty. Są jego przyjaciółmi, drogimi, serdecznymi przyjaciółmi...
   Chłopak błądzi po tym lesie dźwięków i czuje wkoło siebie tysiące sił nieznanych, które czyhają na niego i wzywają go, aby go pieścić i pożreć...
   Pewnego dnia Melchior zaszedł go znienacka. Krzysztof drgnął na dźwięk jego grubego głosu. Przekonany, że zawinił, zakrył uszy rękami, by uchronić je od strasznych uderzeń. Ale Melchior nie złajał go wyjątkowo, był w dobrym humorze, śmiał się.
   - Zajmuje cię to, nicponiu? - spytał, klepiąc go przyjaźnie po głowie. - Chcesz, żebym cię uczył grać?
   Czy chciał tego!... Uszczęśliwiony, bąknął: tak. Obaj zasiedli przed fortepianem...

Romain Rolland: Jan Krzysztof. Księga pierwsza. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1950, s. 82-84, przekład autoryzowany Leopolda Staffa

Okładka pochodzi z wydania Ludowej Spółdzielni Wydawniczej z roku 1988

niedziela, 14 września 2014

Zupełnie nieoczekiwanie w mroku zabrzmiała dumna i zadziorna muzyka...

"Zupełnie nieoczekiwanie w mroku zabrzmiała dumna i zadziorna muzyka. To było coś znanego. Dźwięki rozbiegały się po wypalonych ulicach, przez wybite okna wpadły do opuszczonych mieszkań i napełniły otuchą serca siedzących po kątach powstańców. Mocne, odważne i donośne, ożywiły martwą ulicę. To musiał być Chopin. Niósł pocieszenie, koił nerwy, dodawał siły i wiary.
Na złość Niemcom pianista grał przy otwartym oknie. Każda powstańcza noc wypełniona muzyką i radością była zwycięstwem. Zagraniem Niemcom na nosie. Natychmiast zaciekle zajazgotały niemieckie karabiny, ale czołgi milczały. Po ciemku Niemcy nie mogli przecież strzelać na oślep, bo pozycje powstańcze w wielu miejscach przeplatały się z niemieckimi. Wieczorem i w nocy tracili przewagę ogniową i musieli grzecznie słuchać.
Pianista zagrał do końca i zamilkł. Jaka szkoda, pomyślał Wojtek.
Jakby spełniając jego życzenie, po chwili rozległa się dużo bardziej nieokrzesana i wesoła melodia. Ktoś grał W murowanej piwnicy. Wojtek dobrze znał to wykonanie. Nie pierwszy raz słyszał podobny szalony bieg po klawiaturze. Tak grała tylko jedna osoba na świecie: Mikołaj. Więc nie tylko żyje i ma się dobrze, ale jeszcze dorwał się do fortepianu! Powstańcom się podobało. Najpierw nieparzysta, a zaraz potem parzysta strona Alei obudziła się do życia, klaskano w rytm, śpiewano. A potem skoczna  muzyka ucichła i rozległy się dźwięki jeszcze bliższe sercu Wojtka: Nothing Else Matters Metalliki.
Heavymetalowa ballada rozlała się po pustych przestrzeniach i odnalazła rozrzuconych na posterunkach powstańców. Napisany blisko pół wieku później utwór nabrał dziwnego, nieprzewidzianego chyba przez Jamesa Hetfielda znaczenia. Jakby przerzucił dla Wojtka most między dwoma światami.
Z błogostanu wytrącił go kuksaniec.
- Znasz to? - zdziwił się plutonowy.
- Jasne - palnął Wojtek i zaraz ugryzł się w język.
- Dziwne.
Oczywiste było, że poza nim nikt z obecnych nie mógł znać tego utworu, ale chyba im się podobał, bo siedzieli zasłuchani..."

Monika Kowaleczko-Szumowska: Galop '44, Wydawnictwo Literacki Egmont, Warszawa 2014, s. 57-58

poniedziałek, 28 lipca 2014

Przybyszewski nie potrafił żyć bez muzyki...

"  Przybyszewski nie potrafił żyć bez muzyki, oboje z Dagny byli zresztą dobrymi pianistami. Żona grała głównie Griega, Schumanna i norweskie melodie ludowe, natomiast Stach specjalizował się w interpretacjach Chopina. O jego grze krążyły sprzeczne opinie - byli tacy, co wynosili ją pod niebiosa, natomiast inni w ogóle odmawiali jej jakichkolwiek wartości artystycznych.
   "Dziwnie czytało się w różnych relacjach sądy o jego grze - przyznawał Tadeusz Bay-Żeleński - jedni pisali o niej poematy, gdy inni traktowali ja jako fuszerkę. Różnica w kącie widzenia: tak jakby poetę, który cudownie mówi wiersze, sądzić z punktu techniki deklamacyjnej. Nam nie przeszkadzały jego niedomagania techniczne, wszystkie przypadkowe fałsze czy brutalności, wszystko to spływało razem w jakąś tragiczną pieśń, która dusze wywlekała z człowieka. Może to były wariacje alkoholu na temat Szopena - transkrypcja Spirytus-Chopin jak jest Busoni-Bach - ale transkrypcja nieporównana. A do tego sam Stach przy fortepianie! - kto go widział, ten go nie zapomni" *"

* T. Żeleński (Boy), Reflektorem w mrok, Warszawa 1978, s. 80

Sławomir Koper: Alkohol i muzy. Wódka w życiu polskich artystów. Wydawca: Czerwone i Czarne Sp. z o.o., Warszawa 2013, s. 62

niedziela, 13 lipca 2014

Jestem zupełnie jak żywa szafa grająca...

"Do łaźni szło się pięć minut wzdłuż rzeki. Wróciliśmy do domu nieco odświeżeni. Otworzyliśmy wino i piliśmy je, siedząc na werandzie.
- Przynieś jeszcze jeden kieliszek, dobrze?
- Dobrze. Ale po co?
- Urządzimy pogrzeb Naoko - powiedziała Reiko. - Niesmutny.
Przyniosłem kieliszek, a Reiko wypełniła go po brzegi winem i postawiła na tradycyjnej kamiennej latarni ogrodowej. Potem usiadła na werandzie z gitarą na kolanach, oparła się o słupek i zapaliła papierosa.
- A masz zapałki? Jeśli masz, to przynieś. Najlepiej jak największe pudełko.
Znalazłem w kuchni duże pudełko i usiadłem obok Reiko.
- Po każdym utworze, wyjmij jedną zapałkę i układaj w rządek. Zagram wszystko, co mi przyjdzie do głowy.
Najpierw pięknie i spokojnie zagrała Dear Heart Henry'ego Manciniego.
- Podarowałeś Naoko tę płytę, prawda?
- Tak. Na Gwiazdkę dwa lata temu. Bardzo lubiła tę melodię.
- Ja też lubię. Jest bardzo łagodna i piękna. - Zagrała jeszcze lekko parę taktów Dear Heart i napiła się wina. - No, ciekawe, ile uda mi się zagrać, zanim się upiję. Nie uważasz, że niezły jest taki niesmutny pogrzeb?
Przeszła do Beatlesów: zagrała Norwegian Wood, Yesterday, Michelle, Something, zaśpiewała Here Comes the Sun i zakończyła piosenką Pool on the Hill. Ułożyłem w rządku siedem zapałek.
- Siedem - powiedziała Reiko, napiła się wina i zapaliła papierosa. - Ci faceci naprawdę dobrze rozumieją smutek i słodycz, które niesie życie.
Ci faceci to oczywiście John Lennon, Paul McCartney, George Harrison, Ringo Starr.
Reiko odpoczęła chwilę, zgasiła papierosa i znów ujęła gitarę. Zagrała Penny Lane, Blackbird, Julia, When I am Sixty Four, Nowhere Man, And I Love Her i Hey, Jude.
- Ile zagrałam?
- Czternaście.
Westchnęła. - A ty? Umiałbyś zagrać choć jedną piosenkę?
- Bardzo źle.
- Może być bardzo źle.
Przyniosłem własną gitarę i niepewnie przebrnąłem przez Up on the Roof. Reiko w tym czasie odpoczywała, paliła i popijała wino. Kiedy skończyłem, zaklaskała.
Potem pięknie i starannie zagrała gitarową wersję Pawany na śmierć Infantki Ravela i Clair de Lune Debussy'ego.
- Tych dwóch utworów nauczyłam się po śmierci Naoko. Jej gust muzyczny nigdy nie wzniósł się ponad zwykły sentymentalizm.
Następnie wykonała kilka utworów Bacharacha: Close to You, Raindrops Keep Falling on My Head, Walk On By i Wedding Bell Blues.
- Dwadzieścia - powiedziałem.
- Jestem zupełnie jak żywa szafa grająca - rzuciła wesoło Reiko. - Gdyby zobaczył to któryś z moich profesorów z konserwatorium, chybaby zemdlał.
Popijając piwo i paląc, grała jeden po drugim różne utwory. Zagrała prawie dziesięć melodii w rytmie bossa novy, utwory Rodgersa i Harta oraz Gershwina, Boba Dylana, Raya Charlesa, Carole King, The Beach Boys, Stevie Wondera, Ue o muite Sakamoto Kyu, Blue Velvet, Green Fields, jednym słowem, wszystko, co jej przyszło do głowy. Czasami zamykała oczy i lekko potrząsała głową albo nuciła melodię.
Skończyło się wino, więc przerzuciliśmy się na whisky. Wylałem wino z kieliszka Naoko na kamienną latarnię i napełniłem go whisky.
- Ile już zagrałam?
- Czterdzieści osiem.
Jako czterdziestą dziewiątą piosenkę zagrała Eleanor Rigby, a jako pięćdziesiątą - ponownie Norwegian Wood. Potem dała odpocząć rękom i napiła się whisky. - Może tyle wystarczy?
- Wystarczy - zgodziłem się. - Byłaś wspaniała.
- Słuchaj, zapomnij już całkowicie, zupełnie o tym smutnym pogrzebie. Pamiętaj tylko ten. Był fajny, prawda?
Skinąłem głową.
- A teraz na bis - powiedziała Reiko i zagrała znów fugę Bacha."



 Haruki Murakami: Norwegian Wood, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2006, tłumaczenie (z japońskiego): Dorota Marczewska i Anna Zielińska-Elliott, s. 462-464


sobota, 3 maja 2014

Jeżeli masz już odwagę udawać, że grasz, to grajże jawnie...

Wkrótce jednak zaczęto inaczej się bawić. Bogumił kupił w Mławie skrzypce i grał na nich wszystkie piosneczki, które umiał. Pani Barbarze zdawało się to oburzającym, że brał się do czegoś, o czym nie mógł mieć żadnego pojęcia.
- Skądże byś ty mógł umieć grać? - mówiła z powątpiewaniem.
- Uczyli mnie kiedyś trochę - odpowiadał. - W Niemczech grywałem nawet czas jakiś na podwórzach. Co prawda niewiele z tego pamiętam, ale przecie fałszować, nie fałszuję - usiłował ją przejednać, ale, by jej nie drażnić, zaczął kryć się ze skrzypcami do zimnego pokoiku na górze. Lecz pani Barbara bała się tylko, by on nie myślał, że ona może brać poważnie tę całą jego muzykę. O ile pojmował, że to tylko na niby, to niech sobie gra, ile zechce, zwłaszcza, że Piotruś to lubi.
- Jeżeli masz już odwagę udawać, że grasz, to grajże jawnie - nakazała mu. Bogumił skwapliwie usłuchał i odtąd grał zawzięcie, a pani Barbara przywykła słuchać, a nawet, prawdę mówiąc, słuchała z przyjemnością, chociaż to było dalekie od tego, co w młodości przywykła uważać za muzykę. Bogumił drobił i zacinał od ucha, grał tak, jak grają chłopi na tańcach i weselach, dziarsko, rzewnie i z ogniem.
Skrzypce przyciągały zawsze do pokoju Bylisię, która mówiła, że aż jej się nie wiem co robi, jak pan zagra.  [...] Bylisia nie tylko słuchała piosenek granych przez Bogumiła, ale każdą z nich musiała z Piotrusiem odtańczyć. Brała go za ręce i wirowała, a on dreptał i przytupywał, patrząc ze skupieniem na swoje nogi.
Tańce utkwiły Piotrusiowi do tego stopnia w głowie, że często już potem, kiedy go położono spać, raptem zrywał się, wyskakiwał z łóżeczka, wołał:
- Jeszcze - jest - dzień... - i zaczynał w nocnej koszuli tańczyć.
- Co ty, synusiu, robisz - strofowała go matka. - Masz spać! Przewrócisz się przez koszulkę!
Lecz on przytrzymywał koszulkę rękami i tańcował dalej, przyśpiewując sobie nawet niekiedy różnymi słowy bez związku.
- Co ty robisz? - pytała rozśmieszona pani Barbara. - Bogumił, chodź tu, zobacz, co ten twój syn wyrabia!
Bogumił przychodził i łowili go, i za pierwszym razem, za drugim próbowali go nakłonić, żeby się kładł na powrót.
- Kładź się, ty nieupamiętany dzieciaku! - udawali, że się gniewają. Lecz pomału sami zaczęli znajdować upodobanie w tych tańcach w nocnej koszulce. Doszło do tego, że ojciec mu do nich przygrywał, a matka klaszcząc w ręce wtórowała mu różnego rodzaju okrzykami lub śpiewała mu piosenkę wuja Klemensa:

Gdy tańcuję zwinna, żywa...

A zawsze musiało się zaczynać od tego, że Piotruś już leżał i że się do tego tańca zrywał z łóżka, wołał: - Jeszcze - jest - dzień - i dopiero wtedy przy ruchliwym blasku ognia na kominku zaczynał swoje pląsy. I było to tak, jakby biesiadnikom, co już wstali od stołu, żal się zrobiło i powracali raz jeszcze, by dopić ostatnie krople z kielichów.
Ale zdarzyło się raz czy dwa, że Piotruś po tych tańcach nie mógł długo zasnąć i pani Barbara powiedziała:
- Ja muszę jednak temu koniec położyć, to jest i niezdrowe, i nierozsądne.
A gdy ojciec i syn wracali mimo to do swojego, zaczęła wyrzucać Bogumiłowi, że jeżeli na to kupił skrzypce, żeby dziecko wybijać ze snu, to nie miał dobrego pomysłu. Doszło z tego powodu do sprzeczek, tak że Bogumił chciał już nawet komu te skrzypce podarować.
- Zaniosę je - mówił - muzykantowi, co mieszka pod Borkiem.
- Naturalnie - wzdychała pani Barbara. - Teraz, kiedy już wiesz, że dziecko się bez muzyki nie może obejść i że ostatecznie i dla mnie to jedyna przyjemność na tym pustkowiu, to właśnie chcesz się skrzypiec pozbywać. Mnie idzie tylko o to, żebyś grał w porę.
Tymczasem jednak spadły śniegi, zima się zrobiła na świecie, Piotruś sam ze siebie przestał tańcować przed zaśnięciem, zajmowały go teraz kwiaty mrozu na szybach i opowiadania o nadchodzącej gwiazdce.


Maria Dąbrowska: Noce i dnie. W: Pisma wybrane. Czytelnik, Warszawa 1956, t. 2, s. 126-128

Kadr z filmu Noce i dnie, 1975, reż. Jerzy Antczak

Postaci, które pojawiają się we fragmencie:
Barbara Niechcic - Jadwiga Barańska
Bogumił Niechcic - Jerzy Bińczycki
oraz
Piotruś Niechcic - Wojtuś Sarnowicz