Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ~ śpiew. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ~ śpiew. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 czerwca 2020

Za otwartymi oknami stała letnia, upalna noc i słuchała piosenki o "utraconej miłości".


   Elżbieta uśmiechnęła się radośnie i pewnie. Wesoło spojrzała w oczy matce.
   - Zaśpiewać? - spytała.
   I matka uśmiechnęła się uszczęśliwiona.
   - Jedną tylko rzecz.
   Elżbieta spoważniała. Twarz jej zgasła bez uśmiechu. Myślała o czymś i jak gdyby przywoływała przed pamięć swoją te wszystkie pieśni, które umiała. Rozejrzała się trochę bezradnie po pokoju i po fortepianie i ze stosu nut leżącego tam wyciągnęła mały, różowy zeszyt i rozłożyła go przed Edgarem.
   - Verborgenheit - powiedziała do matki jak hasło.
   Pani Paulina odeszła na palcach.
   Elżbieta pochyliła się i spojrzała na końce swoich bucików, potem nagle podniosła głowę, aż welon zsunął się ku dołowi i ukazała się z obsłonek piękna, biała szyja. Twarz jej zapaliła się, potem znowu zgasła. Pochyliła się z powrotem ku Edgarowi i dała mu znak; rozpoczął krótkie preludium.
   Z pierwszą gładką nutą wziętą półgłosem osiadł na ustach Elżbiety uśmiech zakłopotania i radości. Pierwsze "es" było tak piękne jak wysoki ton wiolonczeli - i Edgar odwróciwszy oczy od nut spojrzał na siostrę okiem zachwyconym i jakby trochę zdziwionym.
    Pani Royska i pani Szyllerowa słuchały rozanielone, Spychała czuł, że się tutaj coś dzieje, i opuścił głowę. Za otwartymi oknami stała letnia, upalna noc i słuchała piosenki o "utraconej miłości".
   Bezdźwięcznie, tak, że nikt oprócz pani Royskiej tego nie zauważył, podczas pierwszych taktów śpiewu wszedł Józio z kolegą. Przysiedli na pierwszych krzesłach z brzegu. W połowie, mniej więcej przy słowach:
... oft bin ich nur kaum bewusst
und die helle Freude zucket... *
Spychała odwrócił oczy od dywanu i ujrzał dwóch chłopców siedzących w dwóch stron drzwi. Józio zagryzał wargi, Wołodia patrzył daleko przed siebie czarnymi, wielkimi oczami, a po policzkach toczyły mu się łzy.
   Gdy wraz z miękkim akordem Es-dur, łagodnie wziętym długimi palcami Edgara, umilkł jedwabny głos Elżuni,w salonie zapanowała cisza. Nikt nie śmiał nic powiedzieć.



* ... często jestem tylko ledwo świadomy
i wielka radość drga...
(Cyt. z Hugo Wolfa, Verborgenheit.)


Jarosław Iwaszkiewicz - Sława i chwała. Tom 1; PIW, Warszawa 1989 (wyd. X), s. 18-19

niedziela, 30 grudnia 2018

Gdzie słyszysz śpiew, tam śmiało wstąp...

Znalezione obrazy dla zapytania johann seume
Johann Gottfried Seume (1763 - 1810)
Gdzie słyszysz śpiew, tam śmiało wstąp,
tam dobre serca mają.
Bo ludzie źli, ach, wierzaj mi,
ci nigdy nie śpiewają.


W oryginale brzmi to tak:

Wo man singet, lass dich ruhig nieder,
Ohne Furcht, was man im Lande glaubt;
Wo man singet, wird kein Mensch beraubt;
Bösewichter haben keine Lieder.

Fragment: Die Gesänge (Śpiewy, 1804)

wtorek, 15 sierpnia 2017

Sam głos był piosenką

Wróciła z twarzą mokrą od deszczu. Trzymała w ręce płytę. Stella natychmiast rozpoznała w niej płytę schowaną w starym kufrze. Zerknęła na równo ułożony plik albumów na półce. Muzyka klasyczna. Każdego roku na urodziny żony William kupował jej nową płytę, a ona zawsze była zadowolona. Stela słyszała, jak Grace mówiła pannie Spinks, że mąż wie lepiej niż ona sama, jaka muzyka jej się podoba. 
Wyjmując płytę z okładki, matka szła w stronę gramofonu. Uśmiechnęła się tajemniczo, podniosła wieko adapteru i umieściła płytę na krążku. Uruchomiła tez specjalne urządzenie Williama, służące do czyszczenia płyt podczas odtwarzania.
Stella usłyszała odgłos osiadania igły na płycie i miarowe trzaski poprzedzające pierwszy dźwięk. Ze zdumieniem uniosła głowę, gdy mocny, piękny głos zabrzmiał w pokoju. 
Głos kobiety.
Gładki jak atłas, głęboki i dźwięczny, pełen emocji. Stella nie potrafiła wyłowić słów, ale to nie miało żadnego znaczenia.
Sam głos był piosenką. Czuła, jak wnika w jej ciało, dotyka duszy. Szalony, nieokiełzany...
Popatrzyła na matkę. Grace stała pośrodku pokoju zagubiona w dźwiękach. Zamknęła oczy i poruszała nieznacznie biodrami w rytm muzyki. Dziewczyna widziała, że ta piosenka przenosi matkę w przeszłość, do innego życia.

Katherine Scholes - Kamienny anioł. Świat Książki, Warszawa 2007, s. 180-181, tłum. Ewa T. Szyler

sobota, 29 lipca 2017

Emma znalazła się w świecie swej młodości, w pełni lektury Waltera Scotta...

Tymczasem zapłonęły świece w orkiestrze. Żyrandol opuścił się z sufitu i rzucił na sale wraz z migotaniem kryształów nagłą radość. Jedni po drugich weszli muzykanci i rozległo się, zrazu bezładne, dudnienie basów, piski skrzypiec, trąbienie kornetu, kwilenie fletów i flażolety. Wtem usłyszano trzy głuche uderzenia na scenie. Zabrzmiały kotły, rozległy się dźwięki trąb, kurtyna podniosła się odsłaniając krawędź lasu. W cieniu dębu, z lewej, znajdowało się źródło. Włościanie i panowie z pledami przerzuconymi przez ramie śpiewali razem myśliwską piosenkę, po czym nadszedł jakiś wódz, który wzywał anioła ciemności, wznosząc w górę oba ramiona; zjawił się drugi i odeszli razem, a strzelcy znów zaczęli śpiewać.
Emma znalazła się w świecie swej młodości, w pełni lektury Waltera Scotta. Zdało się jej, że słyszy wśród mgły dźwięk szkockiej kobzy na wrzosowiskach. Znajomość powieści ułatwiała jej zrozumienie libretta; śledziła intrygę zdanie po zdaniu, a nawiedzające ją myśli rozpierzchały się wnet pod falami muzyki. Kołysana melodią, czuła, że sama wibruje cała, jakby smyczki skrzypiec przesuwały się po jej nerwach. Nie mogła się dość napatrzyć kostiumom, dekoracjom, postaciom, malowanym drzewom, które drżały, gdy przechodzono koło nich; aksamitnym toczkom, płaszczom, szpadom i wszystkim tym urojeniom ożywającym wśród dźwięków muzyki jak gdyby w atmosferze z innego świata. Wtem wysunęła się naprzód młoda kobieta, rzucając sakiewkę zielonemu masztalerzowi. Została sama i rozległ się wówczas głos fletu, podobny do szmeru strumyka i do świergotu ptaków. Łucja zaintonowała śmiało swa Cavatine G-dur.
Skarżyła się na nieszczęsną miłość i prosiła o skrzydła. Emma również pragnęła uciec od życia, odlecieć w jakimś uścisku. Wtem zjawił się Edgar Lagardy. Miał tę olśniewającą bladość, która użycza płomiennym rasom południa majestatu marmurów. Krzepka jego kibic ujęta była w obcisły kaftan brunatnej barwy, mały cyzelowany sztylet zwisał mu nad lewym udem, rzewnie przewracał oczyma, pokazując białe zęby. Powiadano, że pewna polska księżniczka zakochała się w nim słuchając, jak śpiewał kiedyś na plaży w Biarritz, gdzie naprawiał szalupy. Zrujnowała się dla niego. Porzucił ja dla innych kobiet, a rozgłos tych miłostek przydawał tylko sławy jego sukcesom artystycznym. Kabotyn-dyplomata, ilekroć reklamował swą osobę, nie omieszkał nigdy przemycić jakiegoś poetycznego zdania o uroku swej postaci i tkliwości duszy. Piękny głos, niezachwiana pewność siebie, więcej temperamentu niż inteligencji i więcej emfazy niż liryzmu, oto co przydawało blasku temu wspaniałemu okazowi szarlatana, w którym było coś z fryzjera i coś z toreadora.
Od pierwszej sceny wzbudził entuzjazm. Tulił Łucję w ramionach, opuszczał ją, powracał, zdawał się być zrozpaczony; zionął gniewem, potem wywodził elegijne jęki o niezrównanej słodyczy, a tony wymykały się z jego obnażonej szyi pełne łkań i pocałunków. Emma, drąc paznokciami aksamit loży, wychylała się, by go lepiej widzieć. Serce jej wypełniało się owymi melodyjnymi skargami, rozbrzmiewającymi przy akompaniamencie kontrabasów jak wołania rozbitków w zgiełku burzy. Stanęły jej w pamięci wszystkie upojenia, wszystkie męki, które ją niemal o śmierć przyprawiły. Głos śpiewaczki zdawał się jej jedynie oddźwiękiem własnych uczuć, a złuda, która ja czarowała, cząstką jej życia. Lecz nikt na świecie nie kochał jej taką miłością. On nie płakał jak Edgar, gdy w blasku księżyca mówili sobie ostatniego wieczoru: "Do jutra! Do jutra!..." Sala grzmiała od oklasków. Powtórzono całą strette. Kochankowie mówili o kwiatach na swych grobach, o przysięgach, wygnaniu, złym losie, nadziejach, a gdy zaintonowali pożegnalny finał, Emma wydała przenikliwy 
okrzyk, który wplatał się w wibracje ostatnich akordów.


Gustaw Flaubert - Pani Bovary. s. 188-190; przekład - Aniela Micińska. Tom 3 z Kolekcji Hachette, wydany w porozumieniu z wydawnictwem Świat Książki



Lucia di Lammermoor - Scena e cavatina: Regnava nel Silenzio

czwartek, 9 lutego 2017

Lubiłem śpiewać tę pieśń, bo sama myśl o czymś gorszym niż śmierć ogromnie działała na moją wyobraźnię.

— A więc, Leo, co zaśpiewasz? — spytała Marian. Mówiła swoim naturalnym głosem, jakby nikogo więcej nie było na sali i wcale nie było ważne, czy ktoś jest.
Przewidując powrót na miejsce, katastrofalny brak oklasków i przeszywające mnie do głębi poczucie klęski, powiedziałem bezradnym głosem:
— Ale nie mam nut.
Uśmiechnęła się promiennie, co jeszcze do tej pory pamiętam, i powiedziała:
— Może będę potrafiła akompaniować bez nut. Co to jest?
— Młody minstrel.
— Moja ulubiona pieśń — rzekła. — W jakiej tonacji?
— W tonacji A — powiedziałem dumny z tak wysokiej tonacji, a jednocześnie obudziła się we mnie obawa, czy zdoła zagrać w takiej tonacji.
Nic na to nie powiedziała, tylko zdjęła pierścionek z palca i położyła go z głębokim zastanowieniem na fortepianie. Następnie usiadła pośród szelestu jedwabnej spódnicy, który zdawał się unosić w górę niczym perfumy, i zagrała wstępne takty.
Chyba tym razem nie miałem powodu, aby odczuwać wdzięczność za to drugie wybawienie, truchlałem bowiem jak nigdy, żeby się nie ośmieszyć publicznie. Za pierwsze — miałem powody: dużo trudu sobie zadała, abym wypadł jak należy. Za drugie — nie jej samej należałoby się moje podziękowanie, ale jej talentowi. A jednak, wydaje mi się, ceniłem tę drugą interwencję bardziej, bo to nie jej dobroć mnie uratowała, tylko jedna z jej łask. Nie wiem, czy toczyłbym walkę o dobroć, ale o łaskę tak, co zresztą czyniłem. Kiedy mój głos wznosił się coraz wyżej, nie miałem wątpliwości, kto się wznosi i dlaczego. To ja się wznosiłem... dla niej. Ona była krainą mej pieśni. Chyba żaden żołnierz nie poświęcał swojego życia z takim oddaniem jak ja — wyczekiwałem śmierci, za nic w świecie nie chciałbym, aby mnie ominęła. Jeśli chodzi o moją harfę, to nie mogłem się doczekać chwili, kiedy będę mógł zerwać struny. Nie powinna nigdy rozbrzmiewać w niewoli i, szczerze mówiąc, wcale tak nie było.
Znałem tę pieśń tak dobrze, że wcale nie musiałem myśleć o śpiewaniu. Moje myśli miały pełną swobodę, mogły wędrować tam gdzie im się żywnie podobało, mogłem — nie tak jak inni śpiewacy, którzy musieli patrzeć w nuty — odwrócić się twarzą do słuchaczy, a jednocześnie widzieć palce Marian na klawiaturze, błysk jej białych ramion i bielszej jeszcze szyi i wyobrażać sobie, że chętnie złożyłbym jej w ofierze nie tylko jedną moją śmierć, lecz całą ich serię. Każda oczywiście, była bezbolesna — korona bez krzyża.
Sądząc po milczeniu na sali odnosiłem wrażenie, że idzie mi dobrze, ale nie byłem przygotowany na taką burzę oklasków, które w zamkniętym pomieszczeniu robiły o wiele silniejsze wrażenie. Wirowało mi od nich w głowie silniej niż od apluazu, jaki powitał piłkę, którą udało mi się złapać. Nie wiedziałem jednak — dopiero później się o tym przekonałem — że co prawda nie uznano mnie za głupca z tego powodu, że wszedłem na podium bez nut, ale uznano mnie za ryzykanta. Zapomniawszy się skłonić, stałem sztywno, gdy tymczasem rozległ się tupot nóg i wołanie o więcej. Marian nie stanęła obok mnie, siedziała nadal przy fortepianie z lekko pochyloną głową. Znowu czując się zagubiony. podszedłem do niej i co prawda z trudem, ale udało mi się przyciągnąć jej uwagę. Powiedziałem całkiem niepotrzebnie:
— Chcą, żebym znowu coś zaśpiewał.
— Co możesz zaśpiewać? — spytała nie podnosząc oczu.
— Mogę zaśpiewać pieśń Aniołowie wiecznie radośni i piękni, tylko że to pieśń religijna.
Na jej poważnej twarzy pojawił się uśmiech, po chwili jednak powiedziała krótko i w tak charakterystyczny dla niej sposób:
— Chyba nie będę ci mogła służyć pomocą. Nie znam do tego akompaniamentu.
Ziemia mi się rozstąpiła pod nogami, ogromnie bowiem chciałem powtórzyć swój triumf, a byłem tak zemocjonowany, że całkiem zabrakło mi sił dla stawiania czoła przeciwnościom. Starałem się jednak tak zachować, jakby mnie to w ogóle nie obeszło, gdy nagle z sali dobiegł głos o mocnym miejscowym akcencie:
— Chyba mam te nuty przy sobie — i już po chwili mówiący znalazł się na podium z zeszytem w podartej papierowej okładce, który zatytułowany był, do dziś pamiętam: Popularne pieśni.
— Opuścimy pierwszą zwrotkę? — spytała Marian, ale prosiłem, by mi pozwoliła zaśpiewać.

     Zaiste już śmierć wolę!
     Prowadźcie straże,
     Na łoże tortur mnie prowadźcie czy w płomienie,
     Wielką mi uczynicie łaskę.

Tak brzmiał motyw, zakończony jak zwykle u Händla pom... pom... Z dumą to zaśpiewałem, przez cały czas była to tonacja molowa, a interwały ogromnie zaskakujące. Sam byłem wystarczająco muzykalny, aby wiedzieć, że bez tego urocza melodia, która potem następowała, nie byłaby tak efektowna. Lubiłem śpiewać tę pieśń, bo sama myśl o czymś gorszym niż śmierć ogromnie działała na moją wyobraźnię.
Młody minstrel wybrał się po śmierć, lecz bohaterce tej pieśni groziło coś gorszego niż śmierć. Co to było, nie miałem pojęcia, ale przy mojej pasji doszukiwania się niezwykłości, rozmyślałem o tym w uniesieniu. Poza tym to pieśń kobieca i czułem, że doświadczam tych ciężkich przeżyć nie tylko dla Marian, ale razem z nią... Razem stawaliśmy wobec losu gorszego niż śmierć, razem wznosiliśmy się ku naszej apoteozie:

     Wiedźcie mnie, jaśni anieli,
     W szatach nieskalanej bieli.
     Unieście mnie w swe dziedziny,
     Strzeżcie jak słabej dzieciny,
     Strzeżcie jak słabej dzieciny.

Cała moja istota przepojona była wizją aniołów, szat, dziewictwa i bieli, przeciągającą się w nieskończoność, i poczuciem wznoszenia się ku niebiosom, które to poczucie z przemożną siłą potęgowała muzyka i jej coraz wyższe tony. Ale głos mój nie wyrażał tych uczuć, miałem bowiem do śpiewu wcale nie mniej poważny stosunek niż do krykieta — z żadnymi uczuciami nie należy się zdradzać.
Marian pozostała chwilę przy fortepianie, abym sam przyjmował oklaski. Ponieważ jednak nie milkły, lecz się nasilały, nagle wstała i ująwszy mnie za rękę skłoniła się słuchaczom, następnie puściła moją dłoń, odwróciła się i nisko skłoniła.
Wróciłem na miejsce...

L.P. Hartley - Posłaniec. PIW, seria KIK, Warszawa 1978, tłumaczenie: Ryszarda Grzybowska

czwartek, 2 lutego 2017

Kalina, wielka diwa polskiej piosenki

KALINA®



Bąbelki, brązowy kolor, biała czcionka na czerwonym tle – to Coca-Cola. Przymknięte powieki, pełne usta, zmysłowy szept – to Kalina, wielka diwa polskiej piosenki. Co je łączy? Obie są znakami towarowymi.
Oto opowieść o kobiecie, która nie chciała być postrzegana jako człowiek, a jako zjawisko nieskrępowane regułami rządzącymi światem – choć los nawet na chwilę nie pozwalał jej zapomnieć, że wciąż jest jednak śmiertelna.
O konstruktorce własnego mitu, która zżymała się na jego użycie. O wielkiej falsyfikatorce, która najbardziej bała się zamknięcia w jednej formie. O micie, lepionym z ról, prasy, anegdot, wspomnień kochanków i męża – Pigmaliona. O kobiecie – matrioszce, choć, jak mówiła, matrioszki ją przerażają. Wreszcie – o znaku towarowym, używanym i reprodukowanym w kolejnych opowieściach.
Znaku, który chciał być słuchany i pragnął zrozumienia.
Czy dostanie je od nas?

Koncepcja, wybór piosenek, wykonanie: ANNA MIERZWA
Reżyseria: AGATA BIZIUK
Tekst, dramaturgia: MAGDALENA ZANIEWSKA
Aranżacje muzyczne: KRZYSZTOF “WIKI” NOWIKOW
Scenografia i kostiumy: JUSTYNA PRZYBYLSKA
Ruch sceniczny: KAMIL GUZY
Video: KRZYSZTOF BLOK
Inspicjent: AGNIESZKA RYDELLEK

Zespół muzyczny:
KRZYSZTOF “WIKI” NOWIKOW (gitara)
MIESZKO ŁOWŻYŁ (perkusja)
STANISŁAW PAWLAK (instrumenty klawiszowe)
PIOTR „MAX” WIŚNIEWSKI (gitara basowa)
Spektakl realizowany przez Annę Mierzwę w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Młoda Polska”.
Spektakl bierze udział w 23. edycji Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Materiał o spektaklu pochodzi ze strony Teatru Nowego w Poznaniu

piątek, 27 stycznia 2017

Głos jej przypominał głos dziecka, głos ptaka, naturalny, czysty, łagodny.

– Nazywam je krainą ain – błysnęła oczami w jego kierunku nieufnie i wyzywająco.
– Czy to jest w ich języku?
– Nie – zaprzeczyła niechętnie. – To z piosenki.
– Z jakiej piosenki?
– Był kiedyś w naszym szkolnym zespole taki jeden, który to śpiewał, i przyczepiło się do mnie. Nawet połowy nie mogłam zrozumieć. To jest chyba po szkocku. Nie wiem nawet, co oznacza „ain”. – W zażenowaniu mówiła tak, jakby była zła.
– Zaśpiewaj – poprosił Hugh bardzo cicho.
– Połowy słów nie znam – odparła i wtem nie patrząc w jego stronę zaśpiewała:

          Kiedy w pączku kuli się kwiat
          i drzewo się liśćmi okrywa,
          wiedzie mnie w dom skowronka śpiew,
          do ain krainy mnie wzywa.

Głos jej przypominał głos dziecka, głos ptaka, naturalny, czysty, łagodny. Ten głos i ta tęskna melodia sprawiły, że włos jeżył mu się na głowie, oczy zaszły mgłą i drżenie lęku czy rozkoszy przeszło przez ciało. Dziewczyna podniosła wzrok, wpatrując się w niego pociemniałymi oczami. Uzmysłowił sobie, że wyciągnął rękę w jej stronę, żeby uciszyć śpiew, chociaż nie chciał, żeby przestała, nigdy nie słyszał równie słodkiej melodii.
– Nie powinno się... nie powinno się tutaj śpiewać – powiedziała szeptem. Popatrzyła wokół, a potem znów na niego. – Nigdy dawniej nie śpiewałam. Do głowy mi nie przyszło. Dawniej tańczyłam. Ale nie śpiewałam nigdy...

Ursula le Guin - Miejsce początku. Wydawnictwo Iskry 1987, s. 105; tłumaczenie Macieja Buszewicza

wtorek, 24 stycznia 2017

Wraz z Phillym ryczymy nasze ulubione piosenki...

  Chowam się. Zachowuję się jak zbieg, którego wspólnikami są Philly i J.P. Co wieczór chodzimy do starej kawiarni o nazwie Peppermill na Stripie. Pijemy hektolitry kawy, zajadamy się ciastem i gadamy, gadamy bez końca - oraz śpiewamy. J.P. niedawno właśnie zrobił istotny krok w życiu i z pastora przeistoczył się w muzyka - kompozytora. Przeprowadził się do Orange County i poświęcił się muzyce. Wraz z Phillym ryczymy nasze ulubione piosenki, aż pozostali klienci kawiarni odwracają się i patrzą na nas.
   J.P. jest również pozbawionym złudzeń satyrykiem, wielbicielem Jerry'ego Lewisa i często robi jakiś slapstickowy numer, aż Philly i ja nie możemy złapać tchu ze śmiechu. Wtedy staramy się przebić J.P. Tańczymy wokół kelnerek, pełzamy po podłodze i w końcu śmiejemy się we trójkę tak mocno, że może to skończyć się zapaścią. Śmieję się częściej, niż kiedy byłem chłopcem i chociaż jest to dość histeryczny śmiech, to i tak ma właściwości terapeutyczne. Śmiech przez kilka godzin późnym wieczorem sprawia, że czuję się jak dawny Andre, choć zupełnie nie znam tej osoby.

Andre Agassi - Open. Autobiografia tenisisty. Wydawnictwo Bukowy Las, Wrocław 2012, s. 158; przełożył Jarosław Rybski

piątek, 4 marca 2016

Ostatnia to dziewczyńska zabawa jutrzejszej panny młodej...

   W przeddzień ślubu zebrały się dziewczęta, krewne i sąsiadki narzeczonej Kacpra, na dziewiczy wieczór.
   Ostatnia to dziewczyńska zabawa jutrzejszej panny młodej. Nie ma na tym wieczorze chłopców, nie ma mężatek, same aby dziewczęta.
   Pośrodku izby stos liści, gałązek i kwiatków. Przy tym stosie na ławach siedzą druhny i plotą wianki dla drużbów. Wszystkie inne dziewczęta stanęły kręgiem wokół nich, objęły się wzajemnie za szyję, chwieją się rytmicznie w prawo i w lewo, i chórem śpiewają:

W ogródeczku lelija,
pod leliją szałwija.
Tam panienki siadały,
tam wianeczki wijały.
Toć pewnie! Toć pewnie!

Przyszedł do niej dziad stary,
prosił ci ją o dary.
- Uboga ja dzieweczka,
nie mam dla cię wianeczka.
Toć pewnie! Toć pewnie!

Przyszedł do niej młodzieniec
i prosił ją o wieniec.
- A mam ci ja wieńców sześć,
weźże sobie, który chcesz.
Toć pewnie! Toć pewnie!


Janina Porazińska - Kto mi dał skrzydła. Rzecz o Janie Kochanowskim. Czytelnik 1967 s. 211-212
[zamieszczona wyżej okładka pochodzi z wydania Czytelnika z roku 1974]

Włodzimierz Tetmajer - Zrękowiny. 1895
Muzeum Narodowe w Szczecinie

czwartek, 11 grudnia 2014

Na biedę najlepsza jest skoczna piosenka...

  Wyszliśmy. Lśniły gwiazdy. Mleczna Droga przepływała z jednego krańca nieba na drugi. Pieniło się morze.
  Siedliśmy na kamieniach, a fale lizały nasze stopy.
  - Na biedę najlepsza jest skoczna piosenka - rzekł Zorba. - Nie damy się, co? Chodź tu, santuri!
  - Może jakaś macedońska melodia z twojej ojczyzny, Zorbo? - podsunąłem.
  - A może z twojej ojczyzny, z Krety! Co? - rzekł. - Zaśpiewam ci piosenkę, której nauczyłem się w Kastellionie. Odkąd ją znam, zmieniło się moje życie.
  Zastanowił się chwilę.
  - Nie, nie tyle zmieniło się - powiedział - ile przekonałem się, że mam rację.
  Położył grube palce na santuri i wyprostował się. Zaśpiewał dzikim, ochrypłym, bolesnym głosem:

                           Gdy się na coś zdecydujesz,
                           To odważnie naprzód idź.
                           Puść młodości swojej wodze,
                           Nie szczędź jej, nie bój się żyć.

  Rozpłynęły się gdzieś troski, zniknęły dokuczliwe kłopoty, podnieśliśmy się na duchu. Lola, kopalnia, kolejka, wieczność, małe i wielkie strapienia, wszystko przekształciło się w błękitnawą mgłę i rozproszyło w powietrzu, pozostał tylko stalowy ptak, rozśpiewana dusza człowiecza.
  - Wszystko ci darowałem, Zorbo! - zawołałem, kiedy skończył swoją dumną pieśń. - Wszystko ci darowałem: fordanserkę, ufarbowane włosy, wyrzucone pieniądze, wszystko, wszystko! Śpiewaj jeszcze!
  Znów wyciągnął chudą, pokrytą bruzdami zmarszczek szyję: 

                          Śmielej idź, do diabłów kroćset,
                          Stanie się, co ma się stać.
                          Możesz wszystko naraz stracić,
                          Albo los najlepszy brać!

  Robotnicy, nocujący w pobliżu kopalni, usłyszawszy śpiew, wstali i zebrali się wokół nas. Słuchali swojej ulubionej melodii, a ich nogi same rwały się do tańca.
  W końcu nie wytrzymali i nagle, wyłoniwszy się z ciemności, półnadzy, rozczochrani, w szerokich szarawarach, rozpoczęli przy dźwiękach santuri, wprost na kamieniach, swój dziki tan.
  Patrzyłem na nich, przykuty do miejsca ogromnym wzruszeniem.
  To jest ten najcenniejszy kruszec, którego szukałem, niczego więcej nie pragnę. 

Nikos Kazantzakis: Grek Zorba. Wydawnictwo Książka i Wiedza, Warszawa 1989, s. 156-157, tłum.  Nikos Chadzinikolau

A ta scena należy do najbardziej chyba znanych w światowym kinie:

Anthony Quinn (Grek Zorba) i Alan Bates (Basil)
film Zorba Greek (1964)
reż. Michael Cacoyannis

niedziela, 6 kwietnia 2014

Sotionie, zaśpiewaj nam pieśń o Spartaku...

Uczniowie Spartakusa
Młodszy pasterz, wysoki, o sterczących kolanach i rozkudłanej czuprynie, wstał nagle i pobiegł do szałasu. Po chwili wrócił trzymając w ręku niezgrabną, własnym widocznie pomysłem wykonaną lutnię. 
– Sotionie, zaśpiewaj nam pieśń o Spartaku, tyle ich układałeś. 
– Zaśpiewaj, zaśpiewaj! – powtórzyli gorącymi głosami. 
Sotion ujął w ręce lutnię, obejrzał i brzęknął kilka taktów. 
– Dobry ma ton, chociaż taka niezgrabna – pospiesznie wyjaśnił młody pasterz. 
– Tak, tak, spróbuj tylko – poparli go towarzysze. 
Sotion uderzył znów w struny. Zmarszczył się i utkwił wzrok w dogasającym ognisku. Szukał snadź melodii. Ton rósł, wzmacniał się i naraz zabrzmiał skargą i bólem. Sotion pół śpiewając, pół recytując zaczął swoją pieśń:

Synowie ziemi, uszliśmy z pogromu 
Garsteczka licha – było nas tysiące. 
Krzyże przed nami, a z naszego domu 
Łunami krzyczą zgliszcza gorejące... 
 
Słuchacze zacisnęli kurczowo pięści. Prysnęła w górę iskra żaru i zgasła 
 
Na polu walki kruki dziś żerują, 
Samotny cyprys płacze cnych rycerzy. 
Nie pogrzebionych dusze lamentują, 
Odejść nie mogą od ziem tych rubieży. 
 
Lęk przeleciał ponad ogniskiem i powiał po twarzach słuchających. Zbledli. 
 
Nike i Wolność – niebiańskie siostrzyce, 
Wierne Spartaka towarzyszki broni, 
Gniewne dziś od nas odwróciły lice. 
Krassusa zbiry za nami w pogoni... 
 
Karpos przymknął oczy. Zobaczył triumfalną drogę Krassusa od Kapui do Rzymu. Drogę w cieniu sześciu tysięcy krzyży. 
 
Na te dni klęski, na dni pohańbienia, 
Którym Herakles nawet nie podoła, 
Zabrakło nam siły groźnego ramienia 
Wodza naszego, Spartaka – sokoła. 
 
Kalias poruszył się i jęknął. Pasterz siedzący obok niego pochylił się i spojrzał w jego twarz. Chłopiec miał przymknięte powieki, spod ciemnych rzęs, które rzucały czarny cień, płynęły wielkie łzy. Czy chłopiec płacze przez sen? Pasterz nie śmiał odezwać się do niego. Sotion śpiewał dalej: 
 
Dziś krzyżowani i w kajdany skuci
Za świętą sprawę giną ziemi syny, 
Pieśń tylko wolna dla przyszłości rzuci 
Ziarna nadziei i Spartaka czyny. 
 
Sotion podniósł głowę, zapatrzył się na wschód, gdzie nad górami różowe blaski rozpinała Jutrzenka. 
 
Wieki przeminą, Kapitolu mury 
Trawa porośnie, oset i mech siwy - 
Sława Spartaka wzięci ponad chmury. 
Gdzie bój o wolność – Spartak będzie żywy. 
 
I struny rozśpiewały się triumfalnym tonem zwycięstwa. Pasterze wstrzymali dech w piersiach, na policzki trysnęła im krew, zdało się, że pieśń uskrzydla ich, że znowu zerwą się i polecą z pieśnią na nowy bój. 
Siwa broda Sotiona zapożyczyła blasków od nieba, oczy rozżarzyły się. Głos zabrzmiał pewnością i spokojem: 
 
Jak orły zlecą Spartaka dziedzice 
Myśli i czynów. Będą ich miliony - 
Spełnią się ludów cierpiących tęsknice, 
Wstanie wiek złoty z ich walki zrodzony. 


Halina Rudnicka: Uczniowie Spartakusa. Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1974, s. 245-247

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Muzykujący strażnicy

Okładka
"Jean Pascal skierował naszą uwagę na château.
- Popatrzcie, nad całym zamkiem dominuje wieża - powiedział. Kiedyś była wieżą strażniczą. W niespokojnych czasach siedział na niej człowiek, którego jedynym zadaniem było obserwowanie okolicy. Miał ostrzegać, gdyby zauważył jakieś podejrzane osoby kręcące się koło zamku. Człowiek ten, żeby mu się nie nudziło, grał na flecie albo śpiewał piosenki. Do tego zajęcia zawsze wybierano muzyków, ponieważ, pilnując zamku, mogli doskonalić swą sztukę. Pamiętam, że było tak jeszcze w latach siedemdziesiątych, kiedy spodziewaliśmy się problemów. Słysząc śpiew czy głos fletu, ludzie wiedzieli, że wszystko jest w porządku. My również mieliśmy tu swojego strażnika. Często strażnicy sami układali piosenki. Nazywano je chansons de guettes.  Spójrzcie, wieża jest usytuowana centralnie nad częścią mieszkalną château."

Philippa Carr [Victoria Holt]: Czarny Łabędź. Świat Książki, 1998, s. 131, tłum. Anna Zielińska

piątek, 22 marca 2013

Rozśpiewany powozik

Helimadoe
"Gdyśmy mijali miletińską gajówkę, rozległ się za nami turkot pojazdu, podrzucanego na kamienistej szosie.
Zeszliśmy do rowu, aby się, o ile to możliwe, uchronić od wdychania wirującego kurzu. Uwagę naszą zwróciła okoliczność, że wraz z turkotem pojazdu zbliżał się śpiew na kilka głosów. Byliśmy ciekawi, kto to śpiewa. Może to jadą podochoceni weselnicy? Czy też ktoś uradowany i beztroski wraca z podmiejskiej wycieczki? Na zakręcie ukazał się żółty powozik z czarnym opuszczonym daszkiem, na koźle siedziała chuda dziewczyna i strzelała z bata, dwie inne w przedziwnych kapeluszach kuliły się przy sobie zajmując zapasową ławeczkę, z tyłu zaś siedział wygodnie rozparty tęgi człowieczek o pryszczatym nosie. Do niego przytulało się dziewczątko z oczkami jak niezapominajki, w wianuszku z polnych kwiatów nad czołem - istny obrazek z bajki.
Kobiety w powozie śpiewały czystymi sopranami, wytrwale, jakby z obowiązku albo z nagle wezbranej radości życia, zaś dziewczynka z wianuszkiem na włosach wtórowała im srebrzystym głosikiem. Stałem z otwartymi ustami. Ogarnęła nas chmura pyłu. Ojciec wyciągnął rękę uzbrojoną w laskę i krzyknął w kierunku turkocących kół:
- Patrzcie, to jest starohradzki doktor Hanzelin ze swymi córkami!
Patrzyliśmy za bryczką jeszcze chwilę, my obaj w niemym zdziwieniu, matka pogardliwie skrzywiwszy usta. 
[...]
Gdy pierwsza wizyta dobiegła końca, Hanzelin wsiadał niezgrabnie do powozu, drobniutka laleczka przytulała się do jego ramienia, doktor z miłością wytrzeszczał do niej oczy, kurczowo zaciskał rękę na ramie starej, spuszczonej budki, kobieta-stangret podnosiła bat, cmokała, konik ruszał. Spokojnie, jak na rozkręcającej się płycie gramofonowej, rozwijała się pieśń Helmadonn, melodia następowała po melodii, skoczna po smętnej, jak gdyby uprzednio ustaliły sobie program, bez przerwy na spoczynek, bez sprzeczki co do wyboru.
Dziewczęta śpiewały, kryształowy głosik dzwoneczka przytulonego do ojcowskiego płaszcza dźwięczał do wtóru. Powozik podskakiwał po kamieniach, resory skrzypiały, droga wznosiła się, opadała z góry w dół, znów biegła pod górę, pieśń rozlegała się niby wyraz życiowej odwagi, to znowu niby tęsknota, wspomnienie minionej młodości, żałość straconych nadziei. Od Miletina ku Vratni, od Vratni ku Hloubietinowi, ku Czimelicom, ku Otroczni, pieśń kończyła się i zaczynała na nowo. W czasie tego wyjazdu wszystkie smutne panny młodniały, w czasie tego wyjazdu fruwały rozsypane przez wiatr włosy Heleny, śniada twarz Lidy ciemniała jeszcze bardziej, posępne podkowy pod oczyma Marii pogłębiały się. Dora błyskała szerokimi murzyńskimi zębami. Teraz wszystkie były zaczepne, wszystkie były śmiałe, niepodobne do żadnych innych kobiet w całej rozległej okolicy, wyrażały swoje prawo do śpiewu. 
[...]
Gdyby koło tej czy owej chałupki powozik przejechał cicho, ludzie zaniepokojeni wyszliby na próg i pytaliby jeden drugiego:
- Co się stało? Czemu nie śpiewają? Może mają jakieś zmartwienie? Czy coś złego zdarzyło się na świecie?
Śpiew córek Hanzelina w życiu mieszkańców wiosek należał do codziennego programu, należał do okolicy, był jednym z praw natury, tym, czego nie mogło nie być."

Jaroslav Havlíček: "Helimadoe". Czytelnik, Warszawa 1978, s. 57-61, przekład Helena Gruszczyńska-Dębska

czwartek, 21 marca 2013

tylko z akompaniamentem gorzej...

Wojna domowa trwa
"Wiosenny syndrom
Robiłam sałatkę wiosenną. Młoda cebula, rzodkiewka, jajko na twardo, majonez. Trzeba to siekać. Siekałam. Siekałam i śpiewałam "My jesteśmy tanie dranie".
Prawdę mówiąc fałszowałam tych tanich drani, bo to wcale nie jest taka łatwa melodia, jakby się na pozór wydawało. Ale byłam sama w domu, więc pozwalałam sobie. Okazało się już po kilku minutach tej radosnej twórczości, że wcale sama w domu nie jestem. Rozczochrana głowa Anuli wyjrzała przez uchylone drzwi. Zamilkłam z miejsca.
- Nie chciałam cioci przerywać - powiedziała Anula, przeciągnęła się i nalała sobie szklankę wody z kranu. 
- Właśnie i tak kończyłam - odpowiedziałam uprzejmie i przyjrzałam jej się. Odwrócona do mnie plecami coś przełykała z tą wodą.
- Ciocia nawet nieźle śpiewa - powiedziała równie uprzejmie - tylko że z akompaniamentem gorzej.
- Z jakim akompaniamentem?
- No z tym siekaniem. Sieka ciocia nierytmicznie."

Starsi Panowie oraz tanie dranie
Kabaret Starszych Panów (1958-1966)
Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski
tanie dranie: 
Mieczysław Czechowicz i Wiesław Michnikowski

My jesteśmy tanie dranie

My jesteśmy tanie dranie,
Dranie tanie niesłychanie.
Nie potrzeba mnożyć zdań,
By powiedzieć, czym dla pań
I dla panów tani drań.

Za świństewka drobne, proszę
Pani, pani płaci grosze,
I za świństwo większej skali
Budżet panu nie nawali.
Stosujemy zniżek system
Za abonamencik świństew.
Kto rąk nie chce kalać, zań
Je pokala tani drań.

My jesteśmy tanie dranie...

Zakopanie trupa w porcie,
Zakładanie myszy w torcie,
Uwiedzenie córki w poście,
Uczynienie dziurki w moście,
Zanurzenie wuja w stawie,
Osaczanie pary w trawie,
Usuwanie zbędnych pań
Wykonuje tani drań.

My jesteśmy tanie dranie...

Dokuczanie radiem z góry,
Wymuszanie przez tortury,
Usypianie extra proszkiem,
Uduszenie przez pończoszkę,
Obrzydzanie cynaderką,
Usuwanie śladów ścierką.
Całą listę takich dań
Oferuje tani drań.

My jesteśmy tanie dranie...

Autor: Jeremi Przybora
Kompozytor: Jerzy Wasowski
Wykonanie w Kabarecie Starszych Panów: Mieczysław Czechowicz i Wiesław Michnikowski
1966

sobota, 9 marca 2013

Ella Fitzgerald żyła, by śpiewać...

Ella Fitzgerald
Ellę lubiłam, lubię i zapewne będę lubić; podziwiam jej łatwość swingowania, czystość dźwięku, wyraźny, jakby niekłamany, optymizm w głosie, gdy śpiewa wesołe standardy, budowanie nastroju w balladach. „Porgy and Bess”, songbooki i „Ella intymnie” należą do moich ulubionych płyt. Wiedziałam, że nie było jej łatwo i życia usłanego różami nie miała, ale nigdy się nad tym specjalnie nie zastanawiałam. 

Ale najpierw Stuart Nicholson: 
„Ella Fitzgerald żyła, by śpiewać. Nic innego w jej życiu tyle dla niej nie znaczyło. Śpiewanie było centrum całego jej istnienia, wznosząc ją na szczyt profesji na siedem dziesięcioleci. Jej styl wokalny, powszechnie uznany za probierz doskonałości, był podziwiany za czystość tonu, klarowność dykcji, wyobraźnię harmoniczną i niezwykle subtelne poczucie swingu. Najwidoczniej niepodatna na nieustanne wstrząsy związane z ogłaszaniem nowości, które co jakiś czas przenikały zarówno jazz, jak i popularną muzykę, była w stanie zapełniać wielkie sale koncertowe świata bez względu na panujące prądy.” 
[s. 17] 

„Muzyka znaczyła dla Elli wszystko. Przyjaciele i bliscy jej muzycy mówili, jak nieustannie obracała melodie w myślach lub nuciła je cicho, wyobrażając sobie, jak mogłyby brzmieć w trakcie występu.” 
[s. 18] 

„”Śpiewanie i muzyka to jej życie – powiedział Paul Smith.- Oto dlaczego śpiewała aż do lat dziewięćdziesiątych. Ożywała, gdy wchodziła na scenę. Reszta jej życia… no cóż, nie miała rodziny, o której można by mówić. Bez względu na sukcesy, a nie sądzę, by ktoś mógł mieć większe powodzenie, nigdy przed występem nie opuszczała jej obawa o to czy spodoba się ludziom?...” 
[s. 222 – 223] 

„…Kochała śmiech i lubiła mówić o muzyce i piosenkach. To temat, który był jej bliski”. Wraz z końcem trasy, kończyły się jednak żarty i wspólna radość i Ella chowała się do wieży z kości słoniowej […] 
Być może ostateczną ceną za status gwiazdy jest samotność. Prywatność Elli tak zazdrośnie była strzeżona przez innych, że jej życie publiczne (poza występami) zostało ograniczone niemal do zera.” 
[s. 294]

„Pracuje teraz mniej więcej raz w miesiącu, by nie wypaść z branży. Nie wiedziałaby, co z sobą robić, gdyby nie śpiewała. Wraca do życia, gdy jest na scenie. Jej pozostałe życie? No cóż, właściwie nie ma rodziny. Ta, która jest, zawsze była na jej utrzymaniu. Ponieważ jako jedyna z rodziny coś zdziałała, sądzili, że nie muszą się zbytnio wysilać. Ella przez całe lata opiekowała się nimi. Wywiązywała się z tego wspaniale, ale sądzić można, że oni też byliby zdolni do zadbania o siebie.” 
[s. 298] 

„Odyseja Elli wiodła ją od strasznej nędzy do luksusu Beverly Hills przez sale tańca, mroczne nocne kluby, segregowane pomieszczenia w kraju, który ciągle był chwiejny w kwestii podziałów rasowych. Na swój własny spokojny sposób Ella stawiała czoło problemom, jakie niosło życie czarnego człowieka w przeważająco białym społeczeństwie.…” 
[s. 302] 

Można by powiedzieć, że człowiek jest spełniony, jeżeli ma talent i pasję, dzięki której może z pełnym zaangażowaniem wykorzystać swój dar i wspiąć się na wyżyny. A jednak… 
Zastanawiam się, czy cena, jaką za to płaci nie jest jednak zbyt wysoka? I co w życiu jest ważniejsze: zrealizowanie się w życiu publicznym czy prywatnym? 

Z drugiej jednak strony, ilu ludzi nie ma ani talentu, ani pasji, ani satysfakcji w życiu prywatnym… 
Sama nie wiem… 

[tekst zamieściłam w BiblioNETce 30 września 2009]

Wszystkie cytaty pochodzą z książki „Ella Fitzgerald” Stuarta Nicholsona, w przekładzie Andrzeja Schmidta. Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2008 

Ella Fitzgerald w Downbeat, Nowy Jork (1947) - fot. William Gottlieb

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Elizabeth Dunkel - Wszystkie kobiety kochają rosyjskiego poetę

Okładka
     Tulili się, pijąc szampana. Borys był szczęśliwy z powodu takiego zamieszania wokół swojej osoby. Kate zaś uradowana, że sprawiła mu przyjemność.
     - Gdybym jeszcze mógł posłuchać teraz Schuberta, to byłoby naprawdę coś - powiedział z zadumą.
     - Naprawdę? - zapytała Kate. - To naprawdę byłoby coś? - Wstała i nastawiła płytę z kwartetem Schuberta w tonacji d-mol na instrumentach Guarneriego. Usiadła uśmiechając się szeroko i pocałowała go w policzek. - Wszystkiego najlepszego, Borys - powiedziała. Zamknęli oczy, popijali szampana i słuchali Schuberta. Jakże wspaniałe może być życie! Nigdy jeszcze nie była tak zadowolona. Tego własnie pragnęła. Wydawało się, że to, co zawsze jej umykało, teraz stało się faktem.
     Zabrali ze sobą do sypialni butelkę szampana i kiedy oglądali w łóżku amerykańską telewizję, obsypał ją szampańskimi pocałunkami. Nigdy nie miał dość amerykańskiej telewizji, ale uważał, że reklamy są okropne. Jednak Kate nie chciała, żeby tego wieczoru poświęcał uwagę telewizji. Chciała, żeby zajmował się tylko nią, wyłączyła więc telewizor. Borys usiadł i parodiował Chruszczowa, Breżniewa, Andropowa, potem dziwkowate Francuzki i francuskich pedałów. Kate śmiała się jak szalona.
     - Co mogę dla ciebie zrobić? - zastanawiała się głośno. - Och, wiem - powiedziała. Wyprostowała się i przybrała patriotyczny wyraz twarzy. - Nauczyłam się tego na letnim obozie. - I słodkim czystym głosem zaśpiewała:

                            Kocham Stany Zjednoczone,
                            Kocham mój odważny kraj,
                            Chcę głosować i wybierać,
                            W każdej sprawie głos zabierać,
                            Kocham, bo to istny raj.

                            To szczęście żyć w Ameryce,
                             Więc mi to szczęście, Boże, daj,
                             Bo tu mogę robić to, co chcę.
                             Bo tu nikt nie powstrzyma mnie,
                             Kocham, bo to istny raj.

                             Wejdę na szczyt
                             Góry wysokiej
                             I głowę swą ku niebu wzniosę,
                             I Bogu dzięki swe zaniosę
                             Za to, że w takim kraju żyję,
                             Pracuję dla ojczyzny miłej,
                             Kocham ją,
                             Kocham,
                             Bo to istny raj!

     Borys ryczał ze śmiechu.

Elizabeth Dunkel - Wszystkie kobiety kochają rosyjskiego poetę. Książka i Wiedza 1995, str.88-89, tłum. Dorota Gostyńska

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Janusz Majewski - Siedlisko (2)


Siedlisko
"... Krzysztof nastawił jakąś stację, która nadawała stare dobre standardy amerykańskie, zaczął kołysać się w fotelu, słuchając i nucąc.
Marianna wyniosła do kuchni tacę. Wróciła w jego starym kapeluszu i wełnianym szalu zarzuconym na ramiona, jakby to była etola.
- "Kupisz mi nowy kapelusz..." - zanuciła fragment piosenki Rostworowskiego.
Krzysztof dośpiewał natychmiast:
- "Bo zawsze miałaś zły gust".
I razem:
- "A wśród drobiazgów niewielu puder i szminkę do ust...".
Krzysztof popatrzył uśmiechnięty, jak Marianna tańczy z miną szalonej uwodzicielki, parodiując tancerki kabaretowe. W gruncie rzeczy nie gustował w takich zachowaniach, trochę go żenowały, jeśli dawał się w coś takiego wciągać, to dla świętego spokoju, który cenił ponad wszystko. Podkręcił troszkę radio, bo usłyszał ulubioną melodię z filmu Casablanca. Wstał.
- Ingrid... pani tutaj?
Marianna natychmiast podjęła grę.
- Tak długo na ciebie czekałam, Humphrey...
Przytuliła się do niego i zaczęli tańczyć jak filmowa para amancka. On odchylał się przesadnie, patrząc jej przeciągle w oczy.
- Czy jest pani bezpieczna tu w Casablance?
- Z panem? Nie obawiam się niczego... nawet grypy...
Przywarli znów do siebie, on nucił zmysłowo. Parodiowaniem stwarzał sobie wewnętrzne alibi, dystans do sentymentalnych nastrojów, które Marianna traktowała serio, szczerze się angażując.
As Time Goes By się skończyło. Marianna zdjęła szal i kapelusz.
- Muszę pana pożegnać, Humphy. Odlatuję... robota."

Janusz Majewski: "Siedlisko". Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2011, s. 204-205

Ingrid i Humphrey... "Casablanca" (1942)
Piosenkę wykorzystaną w filmie Michaela Curtiza, Casablanca - As Time Goes By, napisał Herman Hupfeld w roku 1931 do broadwayowskiego musicalu Everybody's Welcome, dla Frances Williams. Ale dopiero wykorzystanie piosenki w Casablance zapewniło jej nieśmiertelność. W filmie śpiewał ją, akompaniując sobie na fortepianie, Doodley Wilson (filmowy Sam). 
Któż z nas nie pamięta tej kwestii... Play it for me, Sam... 

Zagraj to dla mnie, Sam...
[This day and age we're living in
Gives cause for apprehension
With speed and new invention
And things like fourth dimension.

Yet we get a trifle weary
With Mr. Einstein's theory.
So we must get down to earth at times
Relax relieve the tension

And no matter what the progress
Or what may yet be proved
The simple facts of life are such
They cannot be removed.]

You must remember this
A kiss is just a kiss, a sigh is just a sigh.
The fundamental things apply
As time goes by.

And when two lovers woo
They still say, "I love you."
On that you can rely
No matter what the future brings
As time goes by.

Moonlight and love songs
Never out of date.
Hearts full of passion
Jealousy and hate.
Woman needs man
And man must have his mate
That no one can deny.

It's still the same old story
A fight for love and glory
A case of do or die.
The world will always welcome lovers
As time goes by.

Oh yes, the world will always welcome lovers
As time goes by.

© 1931 Warner Bros. Music Corporation, ASCAP

Tekst piosenki znalazłam TU

niedziela, 6 stycznia 2013

Jodi Picoult - W naszym domu

W naszym domu
"Wychodzę z dyżurki i uchylam drzwi do korytarza, w którym znajdują się cele. Głos Jacoba jest cichy, ledwie się niesie:

Szukają mnie w całym mieście,
Znają każdą moją ścieżkę.
Chcą zobaczyć mnie w pętach
Mówią: krew masz na rękach.

Popycham drzwi i podchodzę do celi Jacoba, który wciąż śpiewa "I Shot the Sheriff". Jego głos to się podnosi, to znów opada. Kroki na betonowej podłodze niosą się głośnym echem, ale on nie przestaje śpiewać, nawet gdy staję tuż za kratą, na wprost niego, z ramionami skrzyżowanymi na piersi.
Jacob powtarza jeszcze dwa razy refren, a potem milknie."

Jodi Picoult - W naszym domu. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011, s. 250, tłum. Michał Juszkiewicz

Bob Marley: "I Shot the Sheriff" (1973), fragment użyty w tekście książki Jodi Picoult:

Yeah! All around in my home town,
They're tryin' to track me down;
They say they want to bring me in guilty
For the killing of a deputy,
For the life of a deputy.


Bob Marley (1945 - 1981)

czwartek, 3 stycznia 2013

J.K. Rowling - Harry Potter i Czara Ognia

Harry Potter i Czara Ognia
Upewnił się, ze Marta zasłoniła dokładnie rękami okulary, po czym wyszedł z basenu, owinął się ciasno ręcznikiem i poszedł po złote jajo.
Kiedy wszedł z powrotem do wody, Marta zerknęła na niego przez palce i powiedziała:
- No, dalej, otwórz je pod wodą!
Harry zanurzył jajo w pienistej wodzie i otworzył je. Tym razem nie zaniosło się ˙żałosnym jękiem. Tym razem zaśpiewało bulgotliwie, tak ˙ze nie zrozumiał słów. 
- Musisz zanurzyć głowę pod wodę - powiedziała Marta, której pouczanie go najwidoczniej sprawiało wielką przyjemność - No, śmiało!
Harry wziął głęboki wdech, zanurzył się i usiadł na marmurowym dnie basenu wypełnionego różnokolorowymi bąbelkami, a wtedy usłyszał chór dziwacznych głosów, wyśpiewujących z otwartego jaja w jego dłoniach:

Szukaj nas tam tylko, gdzie słyszysz nasz głos,
Nad wodą nie śpiewamy, taki już˙ nasz los,
A kiedy będziesz szukał, zaśpiewamy tak:
To my mamy to, czego tobie tak brak.
Aby to odzyskać, masz tylko godzinę,
Której nie przedłużymy choćby i o krztynę.
Po godzinie nadzieję przyjdzie ci porzucić,
A to, czego tak szukasz, nigdy już nie wróci.


Harry odbił się od dna, wytknął głowę z piany i strząsnął włosy z oczu.
- Słyszałeś? - zapytała Marta.
- Tak. . . „Szukaj nas tam tylko, gdzie słyszysz nasz głos”, jakbym potrzebował zachęty. . . Chwileczkę, muszę posłuchać jeszcze raz. - I zanurzył się ponownie.
Musiał zanurzać się trzykrotnie, zanim wyuczył się słów piosenki na pamięć. Potem brodził przez chwilę w wodzie, rozmyślając ze zmarszczonym czołem, a Marta siedziała cicho, przyglądając mu się uważnie.
- Muszę poszukać ludzi, którzy nie mogą używać głosu nad woda.

J.K. Rowling: „Harry Potter i Czara Ognia”. Media Rodzina, Poznań 2001, 766 s., tłum. Andrzej Polkowski

czwartek, 4 października 2012

Małgorzata Musierowicz: "McDusia"

McDusia

"Słychać było, jak Róża namawia siostrę, żeby zaśpiewała "tę" kolędę, jak Laura protestuje, a goście protestują przeciw jej protestom.
W końcu solistka posłusznie siadła do pianina, przemknęła palcami po klawiszach i zaczęła śpiewać, a gwar nagle umilkł, jak nożem uciął - zawsze tak na ludzi działał jej srebrzysty, ciepły sopran. Łapała ich uwagę natychmiast, jakby zarzucała sieć.
- Jeszcze nie wyjdę - postanowiła Gabriela. - Jeszcze momencik.
Bo i na nią zadziałał ten czar.
To była ulubiona kolęda Laury - od czasów szkolnych, kiedy to, śpiewając ją na przedstawieniu jasełkowym, odkryła, że ma władzę wzruszania, nadawaną jej przez własny głos. 
Gabriela wtedy też coś zrozumiała: to śpiew był właściwym sposobem ekspresji tego dziecka. Laura była jak syrenka, przez pomyłkę zamknięta w ludzkim ciele, które jej ciążyło i przeszkadzało. Kiedy używała ludzkiej mowy, wciąż raniła innych - a więc i siebie. Śpiewając, wracała do swojej prawdziwej natury, a jednocześnie unosiła za sobą słuchaczy.
Ludzie zawsze to wyczuwali. Także tym razem goście weselni siedzieli zagapieni, zasłuchani, z bezwiednymi uśmiechami, z rozchylonymi błogo ustami, z błyszczącymi oczami skierowanymi na wiotką postać przy pianinie. Ciekawe, nikt nie podejmował śpiewu, nie przyłączał się do kolędy, jak to jest w zwyczaju. Po prostu wszyscy zamarli.
Adam, oparty o parapet okna, stał naprzeciwko swojej żony; wyraz jego twarzy zdradzał bezradne oczarowanie, a w spojrzeniu miał całą miłość świata.
Będą szczęśliwi - zrozumiała Gabriela..."

Małgorzata Musierowicz: "McDusia". Wydawnictwo Akapit Press, Łódź 2012, s. 255-256