– Nazywam je krainą ain – błysnęła oczami w jego kierunku
nieufnie i wyzywająco.
– Czy to jest w ich języku?
– Nie – zaprzeczyła niechętnie. – To z piosenki.
– Z jakiej piosenki?
– Był kiedyś w naszym szkolnym zespole taki jeden, który to
śpiewał, i przyczepiło się do mnie. Nawet połowy nie mogłam zrozumieć. To jest
chyba po szkocku. Nie wiem nawet, co oznacza „ain”. – W zażenowaniu mówiła tak,
jakby była zła.
– Zaśpiewaj – poprosił Hugh bardzo cicho.
– Połowy słów nie znam – odparła i wtem nie patrząc w jego
stronę zaśpiewała:
Kiedy w pączku kuli się kwiat
i drzewo się liśćmi okrywa,
wiedzie mnie w dom skowronka śpiew,
do ain krainy mnie wzywa.
Głos jej przypominał głos dziecka, głos ptaka, naturalny,
czysty, łagodny. Ten głos i ta tęskna melodia sprawiły, że włos jeżył mu się na
głowie, oczy zaszły mgłą i drżenie lęku czy rozkoszy przeszło przez ciało.
Dziewczyna podniosła wzrok, wpatrując się w niego pociemniałymi oczami.
Uzmysłowił sobie, że wyciągnął rękę w jej stronę, żeby uciszyć śpiew, chociaż
nie chciał, żeby przestała, nigdy nie słyszał równie słodkiej melodii.
– Nie powinno się... nie powinno się tutaj śpiewać –
powiedziała szeptem. Popatrzyła wokół, a potem znów na niego. – Nigdy dawniej
nie śpiewałam. Do głowy mi nie przyszło. Dawniej tańczyłam. Ale nie śpiewałam
nigdy...
Ursula le Guin - Miejsce początku. Wydawnictwo Iskry 1987, s. 105; tłumaczenie Macieja Buszewicza

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.