Nagle zdaję sobie sprawę, że słychać muzykę.
Dźwięk nie jest bardzo głośny, a wydobywa się z niewidzialnych głośników, które rozpraszają go po całej kuchni.
Thy hand, lovest soul, darmness shades me,
Only thy bossom let me rest.
When I am laid in earth
May my wrongs create
No trouble in thy breast.
Remember me, remember me,
But ah! Forget my fate.
To śmierć Dydony w Dydonie i Eneaszu Purcella. Jeśli chcecie znać moje zdanie - najpiękniejsze dzieło operowe świata. Nie tylko urodziwe, ale także wzniosłe, a to dzięki niewiarygodnej bliskości dźwięków, jakby trzymała je razem jakaś niewidzialna siła i jakby - chociaż każdy inny - stapiały się w jeden, na granicy możliwości głosu ludzkiego, niemal zahaczając o zwierzęcy jęk; ale krzyki zwierząt nigdy nie osiągną takiej urody, urody zrodzonej z obalenia artykulacji fonetycznej i z poniechania precyzji, z którą język zwykle rozróżnia dźwięki.
Zakłócić tempo kroków, stopić dźwięki.
Sztuka to życie, ale w innym rytmie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.