Pokazywanie postów oznaczonych etykietą - taniec/śpiew rytualny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą - taniec/śpiew rytualny. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 marca 2016

Ostatnia to dziewczyńska zabawa jutrzejszej panny młodej...

   W przeddzień ślubu zebrały się dziewczęta, krewne i sąsiadki narzeczonej Kacpra, na dziewiczy wieczór.
   Ostatnia to dziewczyńska zabawa jutrzejszej panny młodej. Nie ma na tym wieczorze chłopców, nie ma mężatek, same aby dziewczęta.
   Pośrodku izby stos liści, gałązek i kwiatków. Przy tym stosie na ławach siedzą druhny i plotą wianki dla drużbów. Wszystkie inne dziewczęta stanęły kręgiem wokół nich, objęły się wzajemnie za szyję, chwieją się rytmicznie w prawo i w lewo, i chórem śpiewają:

W ogródeczku lelija,
pod leliją szałwija.
Tam panienki siadały,
tam wianeczki wijały.
Toć pewnie! Toć pewnie!

Przyszedł do niej dziad stary,
prosił ci ją o dary.
- Uboga ja dzieweczka,
nie mam dla cię wianeczka.
Toć pewnie! Toć pewnie!

Przyszedł do niej młodzieniec
i prosił ją o wieniec.
- A mam ci ja wieńców sześć,
weźże sobie, który chcesz.
Toć pewnie! Toć pewnie!


Janina Porazińska - Kto mi dał skrzydła. Rzecz o Janie Kochanowskim. Czytelnik 1967 s. 211-212
[zamieszczona wyżej okładka pochodzi z wydania Czytelnika z roku 1974]

Włodzimierz Tetmajer - Zrękowiny. 1895
Muzeum Narodowe w Szczecinie

wtorek, 30 grudnia 2014

rytmy indiańskie były dość proste, a bębny ładnie grały, więc miałem dużą frajdę...

  W Los Alamos pracowaliśmy w dużym napięciu, a poza tym nie mieliśmy dostępu do żadnych rozrywek: nie można było pójść do kina ani nic takiego. Odkryłem jednak kolekcję bębnów, zgromadzoną przez szkołę męską, która się tam poprzednio mieściła: Los Alamos leży w Nowym Meksyku, gdzie jest mnóstwo wiosek indiańskich. Miałem więc rozrywkę - czasem sam, czasem z kimś innym - hałasując na tych bębnach. Nie znałem żadnych konkretnych rytmów, ale rytmy indiańskie były dość proste, a bębny ładnie grały, więc miałem dużą frajdę.
  Czasem zabierałem się z bębnami do lasu, żeby nikomu nie przeszkadzać, tłukłem w nie pałeczką i śpiewałem. Pamiętam, że pewnego wieczoru stanąłem pod drzewem, patrzyłem na księżyc, grałem na bębnie i udawałem, że jestem Indianinem.
   Pewnego dnia podszedł do mnie któryś z kolegów i spytał:
  - Czy w Święto Dziękczynienia nie grałeś przypadkiem w lesie na bębnie? 
  - Tak, grałem - odparłem.
  - A, czyli moja żona miała rację! - Po czym opowiedział mi następującą historię:
  W jego domu były dwa mieszkania, na dole i na górze. Pewnego wieczoru usłyszał dobiegające z oddali granie na bębnach, poszedł na górę i współlokator powiedział, że też słyszy. Trzeba pamiętać, że byli to ludzie ze Wschodniego Wybrzeża. Nic nie wiedzieli na temat Indian i bardzo ich to zaciekawiło: Indianie odprawiają jakiś obrzęd, więc postanowili pójść i sprawdzić, jak to wygląda.
  W miarę, jak zagłębiali się w las, muzyka robiła się coraz głośniejsza, a oni byli coraz bardziej zdenerwowani. Zdali sobie sprawę, że Indianie na pewno wystawili czujki, żeby nikt im nie zakłócał obrzędu. Położyli się na brzuchach i zaczęli się czołgać ścieżką. Po jakimś czasie odnieśli wrażenie, że dźwięk dobiega tuż zza niewielkiego wzgórka. Podczołgali się na szczyt wzgórka i ku swojemu zdumieniu odkryli, że obrzęd odprawia jeden samotny Indianin - tańczy wokół drzewa, uderza w bęben pałeczką i śpiewnie zawodzi. Powoli się wycofali, bo nie chcieli mu przeszkadzać. Uznali, że rzuca urok albo coś w tym guście. 
  Opowiedzieli swoim żonom, co widzieli, a one powiedziały:
  - E, to na pewno Feynman - on lubi grać na bębnach.
  - Nie bądźcie śmieszne! - odrzekli mężowie. - Nawet Feynman nie jest aż taki szajbnięty!


Richard P. Feynman - "Pan raczy żartować, panie Feynman!". Przypadki ciekawego człowieka. Wysłuchał Ralph Leighton. Wydawnictwo Znak, Kraków 2007, s. 321-322, przełożył Tomasz Biedroń

czwartek, 10 stycznia 2013

Sarita Mandanna - Tygrysie Wzgórza

Tygrysie Wzgórza
"Wiejski wyplatacz mat zrobił matę z wikliny specjalnie na pogrzeb. Rozłożono ją na werandzie i usiadły na niej wszystkie domowniczki z rozpuszczonymi włosami sięgającymi pasa, z jardami białego muślinu udrapowanymi i zawiązanymi wokół ramion. Ponuro, w takt bicia w bębny, pogrzebowi śpiewacy śpiewali żałobną pieśń.

   To twój koniec, Tajawwa, twój ostateczny koniec.
   Strata którą poniosłaś, Tajawwa,
   Och! Cóż to za straszna strata!
   Zostałaś pokonana. Tajawwa, ostatecznie pokonana.

   Dewi siedziała jak wyrzeźbiona w marmurze. Wyglądała tak, jakby wcale nie oddychała.
   Tukra dotrzymywał kroku bębnom. Zdawał się tańczyć instynktownie, prawie nie słuchając dudnienia. Twarz miał wykrzywioną smutkiem, rysy zamazane i nachodzące na siebie nawzajem - może od mgły, a może przez łzy w jej oczach. Dewi nie była do końca pewna.
   Uparł się, by zatańczyć na pogrzebie, choć żona go ostrzegała, że ucierpią na tym jego kolana.
   - Jesteś już za stary, zostaw taniec pogrzebowy młodym - radziła, lecz on był niewzruszony.
   - To dla taji - płakał. - Dla taji.
   Teraz krążył wokół lampki, krok w przód, krok w tył. Głosy śpiewających otaczały żałobników, niosły się nad ponurymi wzgórzami.

   Jak siedem sznurów złotych koralików Pana,
   Zerwanych i rozsypanych, Tajawwa,
   Tak i ty się rozsypałaś.
   Jak jego zwierciadło,
   Które wypadło z dłoni i się potłukło, Tajawwa,
   O! Tak i ty się potłukłaś, Tajawwa."

Tygrysie Wzgórza - Sarita Mandanna, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2011, s. 387-388, tłum. Anna Gralak

poniedziałek, 16 lipca 2012

Sat-Okh - Ziemia Słonych Skał

Ziemia Słonych Skał

"Pierwsze promienie słońca padają skośnie. Ich blask jest czerwony, a długie cienie mają kolor granatowy. Słońce dopiero wzeszło, lecz wioska nie śpi. Na placu przed palem totemowym odbywa się taniec, który rozpoczął się wraz ze wschodem słońca. Prowadzi go czarownik Gorzka jagoda.
W ostrym świetle czerwonych promieni widzę go wyraźnie. Przypomina stojącego na tylnych nogach skrzydlatego bizona. Na głowie ma bizoni skalp o szeroko rozstawionych rogach. Ich końce – tak jak dziób sowy na totemowym palu – błyszczą czerwienią. Twarz pomalował w niebieskie i żółte pasy. Do szeroko rozpostartych ramion przytwierdził grzechotki z kopyt jelenich, które trzaskają jak tętent karibu pędzącego po kamiennym brzegu rzeki.
Wraz z nim tańczy wojownik obnażony do pasa: Nepemus – Silna Lewa Ręka, wielki myśliwy i tancerz naszego plemienia. . Obaj krążą w środku wielkiego koła wojowników, wybijających rytm na bębnach i grzechotkach z żółwich skorup.
Rytm jest coraz głośniejszy, szybszy. Ciało Nepemusa wysmarowane tłuszczem niedźwiedzim, lśni jak brąz. Chwilami wydaje się, że tancerz posiada kilka par nóg, to znów, że jak czapla wiruje na jednej nodze – a za to na szyi, obwieszonej sznurami z pazurów i kłów wilczych chwieją się trzy głowy.
Tomahawk Nepemusa zadaje ciosy niewidzialnym przeciwnikom. Ręka wojownika jest niezawodna, jego mięśnie twarde jak kły niedźwiedzia. Każdy cios tomahawkiem, świst jego ostrza to Pieśń śmierci dla wroga. Coraz wyżej wzniósł się śpiew wojowników:

Manitou, Manitou,
Daj im siłę niedźwiedzia,
By byli odważni jak wilk w ataku,
By męstwo swe wzięli od brata rysia...

Jest to dzień Nanan-cisu, „Oddalenia”, święto przyjmowania małych chłopców do szkoły natury.
Dlatego, gdy nagle słabnie pieśń i zwalnia się rytm tańca, Nepemus kieruje swe kropki w stronę tipi naczelnika plemienia, Leoo-karko-ono-ma, Wysokiego Orła. Nepemus skrada się, stąpa parę kroków, to znów zatrzymuje się. Wznosi w górę tomahawk i tańcząc w miejscu, nasłuchuje odgłosów z wewnątrz namiotu.
W ślad za nim osuwa się krąg wojowników, wśród nich Gorzka jagoda. Nepemus staje przed wejściem do namiotu. Ale dwóch wojowników z dzidami strojnymi w pióra występuje naprzód i zagradza mu wejście do tipi. Nepemus raz za razem próbuje się przedrzeć do środka namiotu, lecz raz za razem krzyżują się przed nim dzidy wojowników i Nepemus cofa się od wejścia.
Pięciokrotnie krzyżowały się dzidy i tylekroć Nepemus cofał się od namiotu. Znaczyło to, że chłopiec, po którego przyszedł, ukończył pięć lat i że nadszedł nań czas, by rozpoczął życie wśród wojowników, uczył się ich mądrości, poznawał prawa plemienia i puszczy.
Ja byłem tym chłopcem."

Sat-Okh: "Ziemia Słonych Skał". Czytelnik, Warszawa 1974, s. 10-12