![]() |
| Chwila przed zmierzchem |
„Chłodne powietrze
górskiej okolicy przyniosło muzykę. Zestawienie dżungli na końcu świata z
prościuteńką, nieomal słowiańską melodią fujarki było tak silne, że nie mogłem
zasnąć. To melodia niemożliwa do powtórzenia, czy też raczej bogactwo krótkich
prostych fraz, z których splatała się sieć dźwięków. Ta sieć zatrzymała się na
moim oknie jak moskitiera i po chwili wypełniła całą chatę. Kiedy wstałem i
podszedłem do okna, zobaczyłem ogień na zboczu najbliższej góry. Dokładnie w
miejscu, gdzie ciasno stłoczona roślinność dżungli ustępowała uprawnym poletkom
Pigmejów. Muzyka przychodziła stamtąd. To nocny strażnik odstraszał zwierzęta
od pola kartofli. Robił to z taką czułością, że wszystkie kameleony o
trójrogich pyskach i pluszowe goryle górskie, i owady wielkości wróbli powinny
zlecieć się z wulkanicznych lasów, by obsiąść grajka kołem jak ptaki świętego
Franciszka.
Różnica pomiędzy
muzyką fujarki w górach Zairu a muzyką, jaką pamiętałem z afrykańskich dróg i
wnętrz północy czy wschodu, jest
zasadnicza. Fujarka była refleksyjna. Zdradzała u artysty proces myślenia i
wymagała, by zbliżony proces zachodził w głowach słuchaczy. Przynajmniej w
przypadku goryli nasz flecista mógł liczyć na powodzenie. Jego muzyka była
introspekcją. Opowiadała o samotnym nocnym strażniku kartoflowych pól.
Przenikała w naturalny dźwięk lasu, wibrujący od uderzeń miliardów owadzich
skrzydeł, od krzyków małp i chrzęstu gałęzi pod stopami wielkich zwierząt.
Tymczasem muzyka północy, ta z
sudańskich taksówek pustynnych, z autobusów w skalistych pejzażach Erytrei, z
etiopskich kiosków z kasetami, miała inne zadanie. Ogłuszyć. Uniemożliwić
refleksję. Wypełnić pustkę tysiąca mil
piasku i skał. Podkreślić wspólnotę. Nawet gdyby podróżujący czternaście godzin
tym samym autobusem przez trzy dni nie czuli się sobie bliscy, to muzyka miała
ich pojednać w ten napastliwy sposób nie znoszący sprzeciwu. Była jak głos z
wielkich megafonów w świecie orwellowskim.
A przy tym nieznośnie jazgotliwa, z bezmyślnie powtarzaną w
nieskończoność jedną frazą, drażniącą jak
kolec cierniowca w krtani. ”
Marcin Kydryński:
"Chwila przed zmierzchem". Prószyński i S-ka, Warszawa 1995

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.