![]() |
| Pogoda dla bogaczy |
Armatka
wystrzeliła. Podniosły się radosne okrzyki. Rudolf podniósł trąbkę do ust i
zaczął grać „Amerykę”. W pierwszej chwili tłum umilkł i muzyka dźwięczała solo,
uroczyście, nuta po nucie nad stłoczonymi głowami. Później wszyscy zaczęli
śpiewać i wnet rozbrzmiewał chór głosów: „Ameryko, Ameryko! Niech spłynie na
cię łaska Boża! Braterstwo niechaj kwitnie od morza do świetlistego morza...”
Po
zakończeniu pieśni rozbrzmiały znów radosne okrzyki i Rudolf zagrał:
„Gwiaździsty sztandar na wieki”. Przy tej melodii nie mógł ustać spokojnie,
więc zaczął maszerować wokół boiska. Inni podążyli za nim i wnet prowadził
pochód chłopców i dziewcząt - najpierw poprzez szkolne tereny, później, wciąż w
rytmie trąbki, ulicami miasta. Tuż za nim, na czele korowodu, szli chłopcy
obsługujący armatkę i na kolejnych skrzyżowaniach ulic przystawali, by oddać
strzały. Młodzież wznosiła wtedy okrzyki, a dorośli na trasie klaskali i
powiewali flagami.
Odbywał
się triumfalny pochód przez miasto, a Rudolf kroczący na czele swojej armii
wygrywał” Gdy jeszcze turkocą na drodze” i „Kolumbia, klejnot oceanu”, i
oficjalny hymn szkół średnich:
„Naprzód,
żołnierze Chrystusa”. Poprowadził kolegów ku Vanderhoff Street i zatrzymawszy
się przed piekarnią zagrał na cześć matki:
„Gdy
uśmiechają się irlandzkie oczy”. Po chwili zobaczył matkę, która otworzyła okno
na piętrze i niewątpliwie podniosła chusteczkę do oczu. Chłopcom obsługującym
armatkę nakazał salut, a gdy strzał huknął, setki chłopców i dziewcząt jęły
wiwatować, a pani Jordach rozpłakała się szczerze. Przykro mu trochę było, że
przed otwarciem okna matka nie poprawiła włosów i że przez cały czas trzymała w
ustach papierosa. W oknie sutereny nie jaśniało światło, więc Rudolf zdawał
sobie sprawę, że nie ma tam ojca. Nie wiedziałby, co zagrać dla niego. W tę
właśnie noc niełatwo byłoby wybrać melodię stosowną do weterana niemieckiej
armii.
Chętnie
przeszedłby przed szpital i tam urządził serenadę siostrze oraz jej
podopiecznym żołnierzom, ale byłaby to droga zbyt daleka.
Po
finałowej fanfarze dla matki ruszył na czele korowodu w stronę śródmieścia,
wygrywając po drodze „Boola-Boola”. Może pójdzie do Yale, gdy w przyszłym roku
skończy szkołę? W taką noc wszystko wydaje się prawdopodobne.
Nie
zamierzył tego świadomie, lecz znalazł się jakoś na ulicy, przy której
mieszkała panna Lenaut. Nieraz wystawał dawniej przed tym domem i ukryty w
cieniu drzew po przeciwległej stronie jezdni spoglądał w znajome sobie okno na
drugim piętrze - w jej okno.
Tego
wieczora było oświetlone.
Śmiało
ustawił się na środku jezdni naprzeciw domu i zwrócił wzrok w górę ku jej oknu.
Za nim dziewczęta i chłopcy zapełniali wąską uliczkę skromnych, dwurodzinnych
domków z małymi trawniczkami.
Było
mu trochę przykro i współczuł pannie Lenaut, która jest sama i tak daleko od
kraju w porze, gdy jej przyjaciele i krewni weselą się na ulicach Paryża.
Chciał okupić jakoś winy wobec tej biednej kobiety, dać znak, że jej
przebaczył, wykazać, że są w nim głębie, jakich ona nie podejrzewa, że jest
czymś więcej niż rozmiłowanym w pornograficznych rysunkach bezwstydnym
chłopcem, który za ojca ma grubiańskiego Niemca. Przyłożył do ust trąbkę i
zaczął grać „Marsyliankę”. Zawiła, bohaterska melodia pełna reminiscencji na
temat sztandarów i bitew, upadku ducha i heroizmu rozbrzmiewała w ciasnej
uliczce, a chłopcy i dziewczęta śpiewali w takt muzyki bez słów, gdyż słów nie
znali. Na Boga! - pomyślał Rudolf. Nigdy dawniej nie przytrafiło się nic
podobnego żadnej nauczycielce szkolnej z Port Philip. Zagrał hymn do końca,
lecz panna Lenaut nie pojawiła się w oknie. Jakaś dziewczyna z płowym warkoczem
na plecach wyszła z drzwi sąsiedniego domu, stanęła obok Rudolfa i
przypatrywała mu się, gdy grał dalej. A on rozpoczął Marsyliankę od początku,
ale tym razem pozwalał sobie na godne solisty popisy, raz grał wolno i cicho,
raz donośnie i prędko. Wreszcie otworzyło się okno i stanęła w nim panna Lenaut
w szlafroku. Patrzyła w dół, lecz oczywiście nie mógł widzieć wyrazu jej
twarzy. Postąpił krok tak, by jasno oświetlał go blask latarni, zwrócił trąbkę
w kierunku panny Lenaut i teraz grał bardzo głośno, pompatycznie.
Nie
mogła go nie poznać. Przez chwilę słuchała spokojnie, bez ruchu. Później
zatrzasnęła okno i opuściła roletę.
Francuska
pinda, pomyślał, i zakończył Marsyliankę zgrzytliwym, szyderczym akordem.
Opuścił rękę z trąbką. Dziewczyna, która wyszła z drzwi sąsiedniego domu, stała
wciąż obok niego. Teraz objęła go za szyję i pocałowała. Młodzież zaczęła znowu
wiwatować."
Irwin Shaw: "Pogoda dla bogaczy", Wydawnictwo Książnica, Warszawa 1991, tom 1-415 s., tom 2-294 s., tom 3-387 s., tłum. Tadeusz Jan Dehnel

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.